Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Guthrie Govan

Guthrie Govan

Kilka godzin przed warszawskim koncertem The Aristocrats, o najnowszej płycie zespołu oraz tajnikach gitarowego warsztatu rozmawialiśmy z Guthrie Govanem.

Cześć Guthrie. Jak leci? Byłeś już wcześniej w Warszawie?


Cześć, całkiem nieźle. Chyba ze Stevenem Wilsonem graliśmy gdzieś niedaleko Poznania. A w Warszawie grałem wiele lat temu z Asia...


To pewnie pod koniec lat '90?


Hm.. gdzieś w okolicach 2001 lub 2002 roku.


Miałeś dziś okazję zobaczyć choć część Warszawy?


Niestety nie, przyjechaliśmy wczoraj w nocy kompletnie wykończeni. Dzisiaj rano miałem nadzieję na mały spacer po mieście, ale pogoda się popsuła, więc widziałem lokalnego Starbucksa i tamten wysoki budynek (Pałac Kultury - przyp. SK). Nie mam dziś szczęścia z pogodą.


Pamiętasz wasz występ z The Aristocrats, promujący pierwszą płytę w listopadzie 2012 roku w klubie Blue Note w Poznaniu? Miałem okazję obserwować wszystko z pierwszego rzędu i pamiętam, że publiczność szalała a wy sprawialiście wrażenie zaskoczonych aż tak owacyjnym przyjęciem


Dokładnie. Z moich doświadczeń wynika że im bardziej się przemieszczam w kierunku równika i im jest cieplej, tym bardziej ludzie są zrelaksowani, mniej dbają o czas, co za tym idzie są bardziej przyjaźni i entuzjastycznie nastawieni. Więc w bardziej "zimnych" miejscach, jak podczas koncertu w Poznaniu, mieliśmy praktycznie "meksykańską publiczność" w niemeksykańskich warunkach klimatycznych, więc było to dość zaskakujące doświadczenie.


Ponieważ spędzasz sporo czasu w trasie przy tak różnie reagującej publiczności, czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jakie typy zachowań u publiczności można wyróżnić w zależności od miejsca na świecie? Słyszałem że Azjaci lubią pokrzyczeć, a w Południowej Ameryce są najwięksi fanatycy gitary.


Absolutnie, wszyscy mieszkańcy Ameryki Południowej są szaleni, dają ci mnóstwo energii podczas koncertu. Jest to ważne, kiedy dajesz z siebie maksa a publiczność oddaje ci z powrotem swoją energię. Wtedy czuję, że to co robię działa. Natomiast tam gdzie mieszkam, w Wielkiej Brytanii, kultura jest bardziej zachowawcza. Japończycy zaś szaleją na koncercie, ale w bardzo ustrukturyzowany i zdyscyplinowany sposób, są śmiertelnie cicho podczas całej piosenki, a na koniec każdy wstaje i krzyczy jak szalony przez dokładnie 23 i pół sekundy! Następnie wszyscy znów siadają w tym samym momencie i czekają na kolejną piosenkę. Więc potrafią dać czadu, ale w wysublimowany, pełen szacunku sposób.


Musisz więc być i na takie niespodzianki przygotowany podczas utworu, kiedy wszyscy nagle wstają lub siadają.


Najlepszą opcją jest po prostu być przygotowanym na wszystko.


Słyszałem że Wasz najnowszy album "Culture Clash" był nagrany w niecałe dwa tygodnie. Jak daliście radę zarejestrować go w tak krótkim czasie?


Właściwie to w około 8 dni. Byliśmy dobrze przygotowani przed wejściem do studia. Mieliśmy przygotowane swoje utwory i nagrane ich pełne demo, tak aby każdy z nas miał przygotowany "szkielet" utworu. Na przykład kiedy Marco Minnemann (perkusista - przyp. SK) wysyłał mi utwory, zawierały one nie tylko partie perkusji, ale też rozpisane partie gitary i basu. Czasami zawierały nawet kilka partii gitar i musiałem zastanowić się nad interpretacją, aby wybrać właściwą tak abym potem na żywo podczas koncertu nie musiał używać podkładów. Więc właściwie bierzemy ze sobą mp3 do nagrywania i podczas trasy rejestrujemy kawałki, więc gdy docieramy do studia mamy już gotowe szkielety kawałków, następnie musimy już tylko zagrać dany utwór kilka razy w studio, pozwolić mu się "uzewnętrznić", w sensie gdzie ma iść głośna gitara, gdzie ma iść cicha gitara, którą część utworu trzeba wydłużyć, którą skrócić.


"Culture Clash" to chyba jeden z najszybciej ostatnio nagranych albumów.


Cóż, nie mamy żadnych wokali, więc pewnie większość świata nie czeka na naszą muzykę (śmiech). Musimy więc pogodzić się z rzeczywistością i jeśli chcemy być prawdziwym zespołem i być na przykład w studio wszyscy naraz, na czym nam bardzo zależy, nie ma wbrew pozorom tak wielu dni, w których możemy sobie na to pozwolić, również dlatego, że każdy z nas jest dość zajęty. Byłoby zabawnie wynająć studio na 2 miesiące, wejść do niego bez żadnych przygotowanych wcześniej pomysłów i po prostu napisać coś jako grupa i zobaczyć jak wypadłby efekt końcowy.


Słyszałem, że każdy z Was przygotowuje osobno po 3 utwory na płytę prawda?


Zgadza się.


Jak to działa w szczegółach? Czy każdy z Was uczestniczy również w produkcji i masteringu utworów? Czy kreujecie wszystkie utwory również w ujęciu np. kiedy ma się zatrzymać utwór?


Nie. Ujmę to tak, nasza produkcja nie ma nic wspólnego z finalnym miksem i masteringiem. Porównałbym to do sytuacji, kiedy wszyscy jedziemy jednym autem, ale ktoś musi w danym momencie prowadzić. Czasem są pewne rzeczy, które słyszę i nie wiem jak je zaprogramować, więc komunikuję wówczas coś w stylu "chodziło mi o trochę inną atmosferę w tej sekcji" albo "może ten utwór zabrzmiałby lepiej gdybyśmy go zagrali trochę szybciej" czy "popracujmy nad tym akordem"... Tego typu rzeczy. Wiesz, po prostu oferujesz wsparcie członkom zespołu w różnych kwestiach, tak aby wiedzieli zawsze co chcesz uzyskać w danej frazie gdy już gracie, również po to, by mieli sami więcej przestrzeni żeby być sobą. I działamy tak, dosłownie według kolejki. Ktokolwiek jest autorem danego utworu, ten jest "szefem" i ma decydujący głos w kwestii jego ostatecznego kształtu.


Guthrie, nagrałeś również absolutnie świetny solowy album. Czy bardzo różni się nagrywanie płyty solowej od instrumentalnych krążków z The Aristocrats?


O tak. Zdecydowanie. Album solowy nie był tworzony z jakimś specjalnym celem z tyłu głowy. Były to utwory, które nagromadziłem z upływem czasu i czułem że muszą w końcu ujrzeć światło dzienne. Poza tym jest na tym krążku mnóstwo overdubbingu i przyznam szczerze, że na żywo podczas koncertu ciężko odtworzyć każdą partię. Teraz zaś, gdy gram w zespołach, np. z The Aristocrats, staram się zabierać utwory w trasę i wiem, że będą musiały być zagrane na żywo z trio, więc to tak jakby te numery nie miały żadnego make-upu. To daje ci więcej możliwości do interakcji z muzykami i masz więcej okazji do grania na żywo trochę innych partii niż nagranych w studio Z drugiej strony, kiedy nagrywasz w taki sposób, musisz pamiętać, że jedna gitara elektryczna plus jedna gitara basowa dadzą wystarczająco dużo harmonii, aby utwór był rozpoznawalny i miał sens.


Pora na nigdy nie kończące się pytanie o datę Twojego następnego albumu solowego, myślisz czasami o tym?


Myślę, że przyjdzie jeszcze na niego czas. Uważam, że najbardziej użytecznym muzykiem jest ten, kto podąża za tym co go najbardziej aktualnie ekscytuje. Więc nie mam poczucia misji, aby wydać kolejny solowy album tylko dlatego, że ludzie chcieliby go usłyszeć. Myślę, że najlepsze co mogę robić to podążać za instynktem i jeśli ekscytuje mnie konkretny nurt muzyczny powinienem w to wejść, a ludzie powinni mi zaufać. W tej chwili mamy naprawdę dobrą energię z trio The Aristocrats i czuję się raczej jak członek drużyny niż ten gość z gitarą stojący na podium z anonimowym bandem w tle. Więc tak, będzie solowy album, ale jeszcze nie teraz.


Więc koncentrujesz się teraz na graniu w zespołach...


Tak, ostatnio bardzo dużo gram w trasie z The Aristocrats i ze Stevenem Wilsonem. Do tego dochodzi sporo warsztatów gitarowych, a warto byłoby jeszcze pojawić się raz na któryś weekend w roku w domu. Nauczyłem się nie składać obietnic kiedy będzie następny album solowy (śmiech). Kiedyś tak robiłem, ale nie byłem często w stanie dotrzymać terminu.


Jak bardzo różni się Twój obecny sprzęt koncertowy od tego z roku 2012 kiedy grałeś na wzmacniaczu Suhr Badger 30 dopalanym m.in. efektem Suhr KoKo Boost?


Jakiś czas temu zmieniłem tę głowę na zupełnie inną. To model nowej firmy z Wielkiej Brytanii, która nazywa się Victory. Ten wzmacniacz został stworzony przez tego samego gościa, który stworzył wzmacniacze Cornford, na których grałem kilka lat temu. Eksplorowanie Badgera było niezłą zabawą i nadal go używam, ale gdy zaczęliśmy odsłuchiwać materiał na "Culture Clash" zdałem sobie sprawę, że będę potrzebować wzmacniacza, który "pociągnie" wszystkie barwy, które udało się uzyskać na nagraniach, w szczególności na czystym kanale. Głowę Victory używałem już w trasie ze Stevenem Wilsonem, gdzie mam zdecydowanie bardziej skomplikowany rig z dwupoziomowym pedalboardem i z systemem zmieniającym kanały z przesterowanego na czysty we wzmacniaczu. Postanowiłem więc z The Aristocrats zastosować podstawową wersję Victory.


Rozumiem że to pozwoliło Ci zastosować czyste brzmienie na koncercie. Pamiętam, że w przypadku Badgera musiałeś sporo pracować z pedałem głośności, aby uzyskać bardziej czyste brzmienie...


Zdecydowanie tak. I nadal bardzo mocno korzystam z manipulacji głośnością podczas koncertu, aby uzyskać klasyczne blues-rockowe czyste brzmienie, jak w utworach Louisville Stomp czy Desert Tornado. Kiedy słuchałem demo tych kawałków (autorstwa kolegów z zespołu - przyp. SK) wiedziałem od razu, gdzie chłopaki zmierzają i jakie brzmienie chcą osiągnąć. I to jest inny rodzaj czystego brzmienia, bardziej przypominający vintage clean głowy Fendera niż "zrolowanego" w dół przez potencjometr głośności czystego soundu w stylu Eddie Van Halena.


W utworze "Ohhhh Noooo", który ma charakterystyczną, wpadającą w ucho główną frazę, stosowałeś jakieś kombinacje efektów? Wydaje mi się, że brzmienie, które tu osiągnąłeś jest inne, jakby bardziej wysokie, mocno przebijające się przez miks.


Właściwie to poza delikatnym Reverbem dodanym w miksie nie ma w tej frazie żadnych efektów, tylko odpowiedni sposób uderzenia w struny.


Widziałem w dostępnych materiałach w internecie, jak w tym samym momencie, w którym zaczyna się fraza, przełączasz któryś z efektów.


A tak... wtedy tylko przełączam kanał we wzmacniaczu. Cała reszta tajemnicy to uderzenie strun końcówką kostki wraz z lekkim bardzo nagłym podniesieniem struny, więc wszystko zostaje "w rękach". Ale bardzo się cieszę że się nagłowiłeś nad tą frazą. Uwielbiam, gdy odbiorca zastanawia się nad tym nie wiedząc do końca jak coś zostało zagrane.


Myślę, że w Twojej grze jest wiele takich fraz, nad którymi my śmiertelnicy się głowimy, ale to jest też piękne zarazem! Guthrie, jestem również wielkim fanem Twoich warsztatów gitarowych "Creative Guitar", które wydałeś wiele lat temu. Chciałbym zapytać konkretnie o materiał skalowy i podejście "parallel" versus "derivative", o którym tam piszesz. Zauważyłem, że zajęło mi sporo czasu, aby stosować podejście "parallel" w improwizacji skal. Wcześniej zaś ucząc się skal używałem podejścia "derivative". Czy masz jakieś konkretne wskazówki, które podejście powinni stosować początkujący gitarzyści i czy je ewentualnie miksować ze sobą?


Hm... Wydaje mi się, że jedno podejście może być łatwiejsze do zrozumienia od drugiego w ujęciu teoretycznym, ale dla mnie muzyka nie ma znaczenia w ujęciu teoretycznym. Dla mnie muzyka to swoisty język, którego nauczyłem się gdy byłem bardzo młody, więc cokolwiek może teoria powiedzieć na temat tego co gram i jak gram, dla mnie to tylko kwestia jak coś brzmi. Idąc dalej, podejście "derivative" nie mówi Ci nic o tym, jak coś brzmi, tylko skąd pochodzi. Wydaje mi się zatem, że powinno się traktować każdą skalę jako unikalny zestaw dźwięków i interwałów, z własnym charakterem i kolorytem. Jedyne co mnie teraz martwi, to generacje młodych gitarzystów, którzy uczą się całej tej teorii, gdyż uważają, że uczyni ich ona lepszymi gitarzystami. To trochę jak uczenie się alfabetu bardzo, bardzo szybko w nadziei, że staniesz się pisarzem. Dobrze jest znać wszystkie litery alfabetu, ale ważne jest także, aby wiedzieć po co się uczysz teorii i zawsze wiedzieć jak ona brzmi, nie jak się nazywa. W innym wypadku, kiedy będziesz chciał użyć tej teorii zawsze pojawi się dodatkowa faza związana z przełożeniem teorii na praktykę. Idealną sytuacją jest więc, kiedy grając muzykę nie zastanawiasz się nad niczym, tylko grasz to co czujesz. To trochę jak z pasywnym i aktywnym używaniem języka. Pasywne używanie oznacza, że rozumiesz słowa, które są spisane, rozumiesz je, ale nie używasz ich w konwersacji, zaś aktywny zasób słownictwa to te słowa, których swobodnie używasz na okrągło podczas rozmowy. Tak więc, jeśli ktoś zaczyna uczyć się skal, zaczyna rozumieć je pasywnie, jest ich świadomy, wie jak działają, ale nie używa ich jeszcze poprzez instynkt. Kluczowe jest więc, aby z czasem, zamiast dokładać kolejną wiedzę pasywną, użyć całego zasobu swojej wiedzy pasywnej i zacząć przekształcać ją w aktywną, tak aby zacząć ją stosować szybciej, niż pomyślisz o tym, aby ją zastosować... Czy to ma sens?


Tak, to naprawdę świetna rada Guthrie. Czy masz również przemyślenia dotyczące metrum, których używasz w swoich utworach? W swoim solowym albumie z lubością stosujesz różne metrum proste czy złożone, jak 4/4, 5/4, 6,4, 7/4. Czy po tych eksperymentach czujesz, że któreś metrum jest Tobie najbliższe?


Hm... Nieszczególnie, lubię je wszystkie. Tak naprawdę biorąc pod lupę dane metrum masz do czynienia z danym feelingiem w danym przebiegu melodii czy perkusji. Metrum zaś to tylko narzędzie, które pomaga ci zmierzyć jak długo fraza ma trwać zanim będzie "gotowa" do powtórzenia. Więc nigdy nie usiadłem myśląc sobie "napiszę utwór w 7/4", bardziej słyszę riff w mojej głowie i potem okazuje się, że jest on w danym metrum. Przywykłem do aranżowania w różnym metrum, słuchając Zappy kiedy dorastałem i innych tego typu kapel. Interesujące jest to, że jak pojedziesz do miejsc takich jak Grecja czy Bułgaria, dla tamtejszych dzieciaków kompletnie normalne jest używanie i słuchanie muzyki w metrum 9/8. Tak więc czegokolwiek słuchasz, po jakimś czasie stanie się dla Ciebie normalne.


Zgoda. Ale żeby tworzyć riffy w głowie w różnym metrum musimy zarazem "wydostać się" z metrum 4/4. Jak to zrobić, masz jakieś rady? Mnie osobiście ciężko jest wyjść poza 4/4 w kwestii tworzenia riffów.


To pewnie dlatego, że to czego słuchasz najwięcej jest właśnie w tym metrum, poza tym obecnie większość muzyki w radio, która nas otacza jest w 4/4 i wszyscy uważają to metrum za "normalną" muzykę. I nagle gdy usłyszysz jakieś dziwne metrum myślisz "to musi być Dream Theater, sprytnie to zagrali". Ciężko mi jest doradzić jak "wydostać się" z 4/4, bo mój umysł nie "przebywa" w tym miejscu. Po prostu czuję się dobrze w różnym metrum. I to nie przez fakt, że jestem wyjątkowy czy dziwny, tylko dlatego, że inspirowałem się bardzo zróżnicowaną muzyką.


A czy masz radę dla gitarzystów, którzy tworzą instrumentalną muzykę, starają się osiągnąć Twój poziom grania, tworzą zaawansowane technicznie kawałki, następnie borykają się z zagraniem ich perfekcyjnie na żywo na koncercie?


Mam tak naprawdę dwie rady, zgadniesz jakie?


Praktyka i jeszcze raz praktyka trudniejszych partii.


Dokładnie. Plus, kiedy tworzysz utwór aranżuj go tak, aby był potem możliwy do zagrania na żywo. Wiem, że w świecie "shredu" popularne jest obecnie posiadanie "worka" z 10 lickami, które chcesz wszystkie wcisnąć na siłę do utworu, aby inni gitarzyści się Ciebie bali. I wiele gitarzystów tak robi, mając potem problem z odtworzeniem tego na żywo. Grając z The Aristocrats często zastanawiam się, czy moja partia będzie współgrała z resztą zespołu na żywo. Wracając do wymagających partii - tak naprawdę uważam, że wszystko możesz zagrać jeśli włożysz w to odpowiednio dużo serca i jeśli naprawdę chcesz to zagrać, tak aby zabrzmiało to naturalnie. To jest wyzwanie.


Guthrie, ostatnie pytanie. Czy masz przemyślenia, jak granie na gitarze będzie wyglądać za 10 lat? Obserwuję, że obecnie gitarzyści coraz częściej sięgają po symulatory głośników, efekty z iPhone'a, zupełnie jakby brzmienie rozgrzanej lampy, dającej ciepłą barwę i możliwości artykulacji nie było już tym czego szukają...


Sam się nad tym czasami zastanawiam, czy to efekt ludzi, którzy słuchają obecnie muzyki niskiej rozdzielczości. Dzieciaki dorastając słuchają teraz mp3, mają gdzieś jak brzmi jakość nagrań CD. To dla mnie kuriozum, że teraz gdy pojemności dysków rosną, ich ceny są niższe niż kiedykolwiek wcześniej, jednocześnie liczba bitów w kawałku muzycznym maleje. Jeśli więc słuchasz kawałków takiej jakości, ma chyba sens stwierdzenie, że szukasz swojego brzmienia podobnego do tego, czego słuchasz. Wydaje mi się również, że gitarzyści, którzy chcą tworzyć zaawansowane technicznie kawałki często używają brzmienia gitarowego, które pozwoli im to osiągnąć, czyli ścięte częstotliwości, skompresowane, z dużą ilością przesteru. Coś takiego łatwo zaprogramować, w przeciwieństwie do brzmienia Jimmy Page'a lub Stevie Ray Vaughana - czegoś co jest tylko trochę przesterowane i brzmi bardziej ciepło, naturalniej. Te brzemienia pomiędzy skrajnościami właśnie najciężej uzyskać i wydaje mi się, że obecna generacja młodych ludzi coraz częściej nie szuka takich brzmień. Mam czasem wrażenie, że wybierają dane brzmienie, bo pomoże im ono grać rzeczy trudne, nie zaś bo fajnie to zabrzmi. A wracając do Twojego pytania - co będą robić gitarzyści za 10 lat? Cóż... Sam chciałbym wiedzieć (śmiech). Gdybym to wiedział, robiłbym to już teraz (śmiech). Lubię tajemnicę i fakt, że nie wiemy jak to będzie wyglądać.


Guthrie, dziękuję Ci za poświęcony czas. Udanych koncertów w Warszawie i Krakowie z polską publicznością i życzę Ci miło spędzonego w Polsce czasu


Dzięki, na pewno tak będzie, będziemy się świetnie bawić popijając polskie piwo!

Rozmawiał: Sławek Kołodziejski
www.facebook.com/GuitarTNTcom

GALERIA
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Zobacz wszystkie