Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Bruce Bouillet

Bruce Bouillet

Rozmawiamy z Bruce Bouilletem.

Bruce, Powiedz, jak rozpoczęła się twoja przygoda z muzyką gitarową?


Mając lat 12 zobaczyłem koncerty KISS i Judas Priest, i od tego momentu wiedziałem, że chcę grać na gitarze. Rok później dostałem pierwsze wiosło, którym był, o ile się nie mylę, Lotus Les Paul i mały piecyk Peavey. Kiedy się mieszkało w małym miasteczku pośrodku Ameryki, nie za bardzo było z czego wybierać. W pierwszym roku nie zrobiłem prawie żadnych postępów, a potem wziąłem kilka lekcji od gościa, który grał na basie z Johnem Mellencampem. Wtedy wszystko zaczęło nabierać jakiegoś sensownego kształtu, bo pokazał mi, jak stroić gitarę, a pierwszym kawałkiem, jaki zagrałem był "You Really Got Me" Van Halen. Rok później poznałem kumpla, który także grał na gitarze i razem stworzyliśmy pierwszy zespół, który przetrwał przez całe gimnazjum. Pisaliśmy własne kawałki i graliśmy też sporo coverów. Moi rodzice bardzo mnie wspierali i pozwalali mi grać w barach wieczorami, w środku tygodnia. Tam właśnie otrzymałem pierwsze szlify, grając 3-4 sety przez 4 noce w tygodniu.


Którzy artyści mieli największy wpływ na twoje młodzieńcze granie?


Miałem szczęście widzieć na żywo wielu z moich gitarowych idoli, kiedy dorastałem. Byłem na koncertach Van Halena, widziałem też Randy Rhoadsa podczas trasy Ozzy’ego, Blizzard of Ozz. Ponieważ nie mogłem jeszcze mieć prawa jazdy, moja mama mnie woziła na koncerty. Poza tym moimi wielkimi idolami byli Michael Schenker, Gary Moore i Alex Lifeson. Granie na gitarze poszło w owym czasie mocno do przodu, ale było to jeszcze przed eksplozją Shrapnel Records. Pamiętam, jak zamówiłem pierwszy album z U.S. Metal, który wypuścił Mike Varney. Byłem pod wielkim wrażeniem gry gitarzystów na tej płycie. Nawet nie mogłem wtedy spodziewać się, jak wielki wpływ na moją karierę będzie miał Mike Varney. Jedyny problem w tym czasie polegał na tym, że informacja docierała do ciebie bardzo wolno, nie było przecież internetu, więc nie można było usłyszeć tych wszystkich gości z niezwykłymi pomysłami i setupami wzmacniaczy, czy efektów. Nie było wtedy pieców, do których można się było podłączyć i z miejsca mieć zawodowe brzmienie. Nie było też szkółek wideo, z których dowiedziałbyś się, jak co zagrać. Dzisiaj też jest trudno mieć indywidualne brzmienie, bo wszyscy mają dostęp do tych samych zabawek i znają wszystkie zagrywki. Wypracowanie własnego, indywidualnego stylu i brzmienia jest więc nielichym wyzwaniem.


Twoja prawdziwa, profesjonalna kariera nabrała tempa po dołączeniu do Racer X. Kto był siłą napędową tego całego przedsięwzięcia?


Racer X to był i jest, i będzie Paul Gilbert. Ktokolwiek grał w zespole, zawsze był muzykiem najwyższej klasy. Ale to kompozycje i umiejętności Paula stanowiły od samego początku paliwo dla tego projektu. Spotkałem Paula tuż po tym, kiedy nagrali z Juanem i Harrym "Street Lethal", pierwszy album. Przyjechałem właśnie do Hollywood, żeby zacząć naukę w G.I.T. (przyp. Red.: Guitar Institute of Technology). Pierwszego dnia wszedłem do starej szkoły, powyżej Muzeum Figur Woskowych, gdzie Paul grał cały materiał z pierwszej płyty w ramach punktów do egzaminu końcowego. Miał wtedy z 17 lat. Nie muszę chyba mówić, że jego gra mnie natychmiast powaliła na kolana. Reszta zespołu też brzmiała doskonale. Krótko po poznaniu Paula zostałem jego uczniem, a nieco później dostałem od niego kasetę "Street Lethal" z zapytaniem, czy nie chciałbym z nimi pojammować i zagrać kilka prób. W okolicach trzeciej próby Scott Travis został przyjęty do grupy i kilka miesięcy później byliśmy w drodzie do Prairie Sun Studios (przyp. Red.: nadworne studio nagrań Shrapnel Records), żeby nagrać drugi album Racer X, "Second Heat". Album powstał bardzo szybko, bębny i bas zostały nagrane praktycznie w jeden dzień, co daje obraz umiejętności Scotta i Juana. Tak na marginesie, nie było wtedy klika i prawie wszystko było nagrane w pierwszym take’u, bez żadnych dogrywek. Dzisiaj nie do pomyślenia z całą tą technnologią ProTools. My z Paulem nagraliśmy wszystkie gitary w dwa dni, a w tym samym czasie Jeff zrobił wokale. Cały album został nagrany i zmiksowany praktycznie w mniej niż tydzień. Po nagraniu "Second Heat" wróciliśmy do LA i zaczęliśmy intensywne granie po klubach, wyprzedając większość, zarówno w Los Angeles, jak i w San Francisco. To skutkowało nagraniem albumu live, ale wszystkie większe wytwórnie były zainteresowane bardzo przyjaznymi dla radia kawałkami, więc po półtora roku zespół został rozwiązany. Była to niezwykła, bardzo intensywna przygoda dla wszystkich i każdy trafił potem do jakiegoś znanego zespołu. Później zespół został na krótko reaktywowany, ale z uwagi na kontuzję ręki nie mogłem wtedy zagrać, pomagałem jednak miksować i wyprodukować jeden z jego solowych albumów.


Nagraliście razem 3 albumy w najlepszych dla instrumentalnej muzyki gitarowej czasach. Skąd więc tak niespodziewany pomysł rozwiązania zespołu?


Osiągnęliśmy pewną formę szklanego sufitu. Wyprzedawaliśmy kluby, ale nie mieliśmy profesjonalnego managementu, więc pojawiła się frustracja, bo chcieliśmy ruszyć w trasę i grać w większych salach, poza Kalifornią. Wszystko więc po prostu zaczęło się sypać. W tym czasie Paul poznał Billy Sheehana, a resztę znasz. Scott został zaproszony do Judas Priest, a my z Juanem, na krótko założyliśmy The Scream. Jeff w końcu zaczął grać na bębnach w Badlands, a Juan dołączył do The Mars Volta, jednego z najbardziej przełomowych progresywnych zespołów. Być może przebilibyśmy się, gdybyśmy zagrali nieco ciężej, ale byliśmy zbyt młodzi, żeby przebić się w mediach bez żadnego profesjonalnego wsparcia. Ja, w każdym razie, jestem bardzo dumny, że dane mi było grać z tak niezwykłymi muzykami.


Po rozpadzie Racer X straciliśmy cię nieco z pola widzenia. Co porabiałeś w owym czasie?


Założyliśmy z Juanem The Scream, którego podstawą były 8-10 minutowe, ciężkie kawałki, w stylu Led Zeppelin z lat 70. Kiedy pojawił się John Corabi na wokalu zmiękczyliśmy nieco sound, by stał się bardziej przystępny dla stacji radiowych. Podpisaliśmy kontrakt z Hollywood Records i nagraliśmy album z Eddie Kramerem, jako producentem i Garthem Richardsonem, który pomagał miksować materiał. Zespół rozpadł się po tym, jak Corabi dołączył do Motley Crue. Była też przez chwilę wersja The Scream z Billym Fogarty na wokalu, z którym również nagraliśmy płytę dla Hollywood Records, ale została ona położona przez wytwórnię na półce i nigdy się nie ukazała. Potem powstał zespół DC-10 w podobnym składzie, ale z Abem Laborelem Jr. na bębnach. I znów nagraliśmy album, który nigdy nie został wydany. W 1995r. opuściłem zespół i zacząłem na pełny etat zajmować się produkcją, realizacją i miksowaniem dla innych artystów. Stało się tak głownie z powodu urazu ręki, jaki postępował u mnie od czasu rozwiązania Racer X. Uczestniczyłem też w budowie kilku studiów nagrań w okolicach Van Nuys i po kilku latach stałem się dość dobrze znany w środowisku realizatorów dźwięku. Pracowałem z wieloma zespołami, m.in. Buckcherry, którym nagraliśmy wszystkie taśmy demo. W 2001r. zaangażowałem się w projekt Epidemic z Jimmy McDanielsem na basie i Timem Ganardem na bębnach. Podpisaliśmy deal z Electrą i objeździliśmy całą Amerykę Północną z Nickelback, Jimmy Cantrellem, Seether, Sinch i innymi wielkimi zespołami. Niestety, znów, z powodu polityki wytwórni, musieliśmy rozwiązać zespół. Wróciłem do pracy w studiach nagrań z moim kumplem Bobem Kulickiem. Zaczęliśmy produkować razem różnego rodzaju albumy typu tribute, na których grało po 50 muzyków, reprezentujących różne style muzyczne. Poza tym pracowaliśmy nad solowym demo Paula Stanleya z KISS i Motorhead.


Dziwnie to wygląda, ale taki koleś jak ty wydaje pierwszy solowy materiał dopiero po 20 latach profesjonalnej kariery. Dlaczego tak późno?


To wszystko było spowodowane moją kontuzją ręki. Musiałem nawet przestać grać na gitarze na kilka lat. Wróciłem do gry dopiero w Epidemic i to wszystko przy wymyślonym przeze mnie nieco dziwacznym strojeniu do otwartego Drop A, żebym mógł grać wszystkie kawałki jednym lub dwoma palcami. Nie było na nim żadnych solówek, bo znów by mi się odnowiła kontuzja. Mimo to czułem się świetnie mogąc znów grać. Mniej więcej w tym samym czasie doszło do reaktywacji Racer X, ale nie mogłem w niej wziąć udziału, ponieważ w dalszym ciągu odczuwałem ból grając. W 2005 r. zacząłem się wypalać w tej robocie realizatorskiej, więc sprzedałem całe moje wyposażenie studia i kupiłem gitarkę 3/4. Znów zacząłem ćwiczyć i grać, z początku wolno, zmieniając sposób, w jaki trzymałem kostkę i gryf. Po mniej więcej roku zacząłem znów grać, jak dawniej, a kontuzja minęła na dobre. I mniej więcej od wtedy zacząłem pracować nad moim solowym materiałem na "Unspoken". To było w okolicach 2007 r. Skończyło się na pewnej formie kompilacji demo, surowo nagranej i zmiksowanej. W tym czasie też Paul Gilbert usłyszał, że znów gram i zaprosił mnie na trasę po Japonii i z G3 Joe Satrianiego.


Następny album wychodzi od razu w 2008r?


Po trasie z Paulem Gilbertem zacząłem znów poważnie myśleć o zawodowym graniu. Grałem w zespole The Bottom Dwellerz, który nagrał album "Cracks of the Concrete", ale ekipa się rozpadła. Jednak zaprzyjaźniłem się bardzo z Davem Foremanem, zawodowym gitarzystą, ale grającym wyśmienicie na wszystkich instrumentach. Więc podczas komponowania dla Fox TV nagrałem drugi solowy album, wykorzystując żywe bębny na prawie wszystkich trackach.


W międzyczasie znów produkowałeś albumy z gigantami rocka?


Tak, praca z Motorhead była super doświadczeniem. Lemmy, Mickey i Phil stanowią niezwykłą moc, kiedy grają razem. Pracowaliśmy z nimi przy kilku rzeczach, produkując, nagrywając i miksując cover Metalliki, który w 2005r. otrzymał nagrodę Grammy. Praca z Lemmym jest rewelacyjna, bo to bardzo bystry, fajny i bardzo w porządku gość. Za każdym razem, kiedy pracujesz z gwiazdami rocka tego kalibru możesz usłyszeć niezłe historie z ich życia. Uwierz mi, Lemmy ma ich całkiem sporo do opowiedzenia (śmiech). Bardzo ważnym wydarzeniem była też praca z Paulem Stanleyem, kolejnym bystr ym gościem. Poza tym byli też Roger Daltry, Ben Harper. No i praca z Bobem Kulickiem sama w sobie była niezwykłą sprawą. Te wszystkie albumy typu tribute angażowały gwiazdy w osobach Dave’a Lombardo, Zakka Wylde’a, Steve’a Lukathera, czy Simona Philipsa.


Za chwilę ukaże się twój kolejny album “The Order of Control" (album ukazał się w styczniu 2014 r. - przyp. red.). Co nowego chcesz przez niego przekazać fanom gitarowego grania?


Ta płyta jest oparta na temacie, który niesie przesłanie o ludziach, którzy wyglądają tak jak ty i ja, ale posiadają zdolność czytania w myślach i wspomnieniach, kontrolują wszystkie twoje emocje, manipulują myślami i wizualizacjami w twojej głowie. Kontrolują i manipulują. Mogą to być twoi sąsiedzi, współpracownicy lub przyjaciele. Album ten jest odwołaniem do moich cięższych, metalowych, muzycznych doświadczeń. Gram na nim ja, Glen Sobel na bębnach (Alice Cooper, Orianthi) i Dave Foreman na basie (DJ Quick, Rihanna). Wszyscy muzycy mieli wielki wkład w jego ostateczną formę. Jestem z niej bardzo zadowolony i już pracuję nad drugą częścią.


Jakieś plany na trasę w 2014r?


Ponieważ album zostanie wydany przez Music Theories należącą do wytwórni MascotLabel Group, mam nadzieję na znacznie większą obecność w mediach. To powinno zaowocować jakimś konkretnym graniem w Stanach i Kanadzie. Może także w Europie. W takim razie do zobaczenia na trasie!


Michał Kubicki

GALERIA
The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Oneiric Big Jesus

Niezwykle konsekwentny i spójny kolaż gatunków zaserwowała czwórka muzyków z Atlanty podpisująca się nazwą Big Jesus. Przy okazji zabrała...Gramy dalej

5 /10
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Against the Grain
Gatunek: Southern rock
Zobacz wszystkie