Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Leszek Cichoński

Leszek Cichoński

Muzyk, kompozytor, twórca Thanks Jimi Festival a przede wszystkim popularyzator gry na gitarze, który za sprawą cieszących się ogromną popularnością podręczników, kursów multimedialnych i warsztatów jest Ojcem Chrzestnym kilku generacji gitarzystów.

Nie zabrzmi to oryginalnie, ale muszę Ci powiedzieć, że uczyłem się z Twoich podręczników.


To jest fajna sprawa, bo coraz więcej gitarzystów, którzy zaczynali swoją gitarową edukację z "Blues-Rock Guitar Workshop" kontaktuje się ze mną… zwłaszcza przez Facebook. Często wyrośli na dojrzałych muzyków. Z przyjemnością słucham linków do muzy, które przesyłają. Grają naprawdę bardzo zróżnicowane stylistycznie dźwięki. Zdarzają się sympatyczne podziękowania. Dla mnie to ogromna satysfakcja, że tysiące młodych ludzi zaczęło swoją przygodę z gitarą od moich kaset i płyt z instruktarzem a często też od moich programów w Telewizji Edukacyjnej TVP.


Planujesz może wznowienie, czy może raczej wydanie nowej szkoły?


Tak, mam plan, by zrobić kurs na telefony mobilne, aplikację z której można będzie korzystać również na iPadach i tego typu urządzeniach. To jest teraz najlepszy nośnik informacji i młodzież przede wszystkim z tego korzysta. To świeży pomysł. Jak się uda, to może na 1 maja zdążę - na pewno w tym roku będzie.


Miałem "Blues-Rock Guitar Workshop" z dwiema kasetami magnetofonowymi, później kasetę video.


Jest w sprzedaży do dziś. Wcale się nie zestarzała. Zamiast kaset audio są od dawna płyty CD.


Twoje kursy były też regularnie emitowane w telewizji - występował z Tobą Jurek Styczyński, Janek Borysewicz…


Grzesiek Skawiński... Później był następny cykl, w którym gośćmi byli Krzysiek Pełech, Marek Raduli, świętej pamięci Wojtek Seweryn, Wojtek Pilichowski i Zbyszek Lewandowski. To był też kurs na bas i perkusję. To były w sumie 62 10-minutowe odcinki. Przyjeżdżałem na 2 dni do Lublina i tam kręciliśmy to przez 36 godzin w zasadzie bez przerwy. To był niezły wyścig, bo zaraz potem jechałem do Warszawy, żeby to zmontować. Z tego co wiem, te odcinki cieszyły się dużym zainteresowaniem - masa osób z tego korzystała. Niedawno po koncercie podszedł do mnie młody dżentelmen, gitarzysta z jakiejś rockowej kapeli, i dziękował właśnie za te lekcje w telewizji, które były emitowane o 14:00, a on specjalnie uciekał ze szkoły, żeby się pouczyć i pograć trochę z tym telewizyjnym kursem.


Cofnijmy się na chwilę w czasie - jaki był Twój pierwszy poważny instrument?


W klasie maturalnej kupiłem sobie Graziellę - to była czeska Jolana robiona na eksport do NRD, semi-hollow body. Wiąże się z tym ciekawa historia. W liceum mieliśmy zespół , była tylko jedna gitara o dźwięcznym imieniu Jola. Wiedziałem, że w Polsce nie kupię dobrego instrumentu, zamarzyła mi się Musima, trochę podobna do Stratocastera. Były takie czarne modele Musima, wyglądały bardzo rockowo i można je było kupić tylko w Niemieckiej Republice Demokratycznej, a tam z kolei nie można było w owym czasie wjechać z taką kwotą pieniędzy, a tym bardziej wywieźć takiego instrumentu. Trzeba było mieć zaświadczenie, że się te pieniądze zarobiło oficjalnie. Okazało się, że mój wujek pracował wtedy w NRD i wyjechałem z nim na parę dni. Odwiedziłem kilka sklepów, pograłem trochę na tej wymarzonej czarnej Musimie, ale też wziąłem do ręki czeską Jolanę Graziella i to wiosło odezwało się zdecydowanie pełniej, śpiewniej i coś tam we mnie poruszyło. Grazziella co prawda była droższa, ale zachorowałem na tę gitarę i kupiłem ją. To była moja pierwsza gitara, na której zagrałem na balu maturalnym "Sambę Pa Ti", którą wyuczyłem się dźwięk w dźwięk. Wszystkim kopary opadły, że kolega z klasy gra na gitarze Santanę tak, że daj Boże zdrowie (śmiech). Mam z tego balu fajne zdjęcie publiczności, czyli mojej klasy - wszyscy mają taki błysk w oczach, jak gitarzyści na pierwszym Gitarowym Rekordzie. Grałem dość długo na tej gitarze, bo jeszcze pierwsze koncerty w C.D.N.-ie na niej zagrałem w 1981 r., czyli od 1976 do 1981r. Sprzedałem ją nie wiem komu... Tak naprawdę to nie jest koniec historii. Na moje 50-te urodziny dostałem tekturowe pudło a w niej moją starą Graziellę, którą kupiłem 33 lata wcześniej w NRD.


Jak Ci minął rok 2013?


Muzycznie trochę słabo, bo koncertów było dużo mniej niż w poprzednim roku. Starałem się promować ostatnią płytę "Sobą gram". Przez trudności finansowe, i nie tylko finansowe, z jakimi boryka się świat, przez ten kryzys - również kulturowy - mamy trudną sytuację instytucji kultury, dużo trudniej o sponsorów, koncertów było w zeszłym roku dużo mniej. Chyba wszyscy to odczuwamy. Ja tak naprawdę nie gram dużo - standardowo w ciągu roku jakieś 60-70 koncertów, w 2013 roku zagrałem niewiele ponad 30. Natomiast wydarzyło się dużo ciekawych, pozamuzycznych spraw. Miniony rok był to okres, który w zasadzie poświęciłem przede wszystkim na swój szeroko pojęty rozwój. Byłem na paru interesujących kursach, między innymi na kursie rozwoju duchowego u Basi Mieloch, którą znam od prawie dwudziestu lat. Byłem na przeciekawych warsztatach z Tomem de Winterem, mimo bluesowego nazwiska to sfery zupełnie pozamuzyczne, aczkolwiek widzę, że każdy mój krok w tym kierunku ma ogromny wpływ na moje granie. Od wielu lat inspirują mnie sprawy związane z duchowością, z szerszym postrzeganiem tego, co się dzieje na Ziemi i w każdej chwili. Miało to duży wpływ na treść i przekaz mojej ostatniej płyty "Sobą gram". Każda poszukująca osoba znajdzie na tym krążku wiele bliskich tekstów i ważnych podpowiedzi. Niektórzy fani twierdzą, że ta płyta ma właściwości terapeutyczne a nawet - przy odtwarzaniu w samochodzie - uzależnia (śmiech). Gdy gram unplugged, większość materiału z mojej ostatniej płyty śpiewam sam. To, że mogę przekazywać osobiście moje teksty to dla mnie nowe i często poruszające doświadczenie. Bardzo sobie cenię tę możliwość i kontakt z publicznością, zupełnie inny, niż w przypadku tylko grania na gitarze.


Jak już jesteśmy przy sprawach duchowych, czy natknąłeś się na strój naturalny 432 Hz, zamiast 440 Hz?


Kiedyś się z tym tematem spotkałem, a niedawno na Facebooku wrzuciłem o tym informację. To ciekawostka, że zmiana stroju naturalnego nastąpiła w połowie ubiegłego stulecia - czyli nie tak dawno. A więc przez setki lat wszyscy grali w stroju naturalnym - wszystkie orkiestry, Bach, Beethoven, klasycy… Wszyscy tworzyli muzykę i słuchali jej w stroju naturalnym. Około roku 1920 pojawiły się w Stanach pierwsze próby wprowadzenia nowego stroju i mimo protestów środowisk muzycznych, już po wojnie wprowadzono nowy standard i trzeba inaczej stroić instrumenty. Czy to nie jest absurdalne? Na pewno jest to jeden z elementów, a właściwie kolejny element naszej rzeczywistości, który nas ludzi odcina od wibracji Natury, od naturalnego brzmienia, od naturalnego stroju, który jest w harmonii z wszechświatem… I ma to jakiś cel. Jaki? Niech każdy sobie poszuka... Mam poczucie, że muzycy i w ogólności artyści, ze względu na większą wrażliwość mają pewną misję do spełnienia. Mamy dostęp do wiedzy, która płynie z serca i powinniśmy się nią dzielić. Właśnie z potrzeby ducha oprócz muzyki napisałem też kilka tekstów na ostatniej płycie, choć wcześniej to mi się nie zdarzyło.


Zastanawialiśmy się nad tym ostatnio w redakcji. Po przestrojeniu gitary akustycznej do 432 Hz nie mogłem uwierzyć, że brzmi tak pięknie i selektywnie jak nigdy wcześniej.


Słuchałem próbek różnej muzyki w tych dwóch strojach i ewidentnie strój naturalny jest głębszy, przyjemniejszy dla ucha, mniej jazgotliwy. Lepiej się tego słucha. Noszę się z takim zamiarem, żeby jakąś część koncertu, chociażby akustycznego, zagrać w stroju naturalnym.


Ostatnio zaszły ogromne zmiany w Twoim zapleczu sprzętowym.


Szczerze mówiąc nie mogę się otrząsnąć i pozbierać z tym wszystkim (śmiech). Przez 12 lat grałem na piecu Line 6 Vetta i to był wzmacniacz, który brzmiał mi i po cichu i głośno, w studio i na żywo, miał w sobie wszystkie potrzebne efekty, kostki i jeszcze więcej. Wszyscy się dziwili jak można grać bluesa na cyfrowym piecu (śmiech). Na Gitarowym Rekordzie stał zawsze obok najlepszych piecy, bo każdy przywoził to, co miał najlepszego i odkręcał na maksa. A ta moja Vetta na dwóch głośnikach ryczała wniebogłosy i się to broniło w każdych okolicznościach. Tak więc zmiana jest diametralna, bo wracam do lampy - właśnie uśmiecha się do mnie wzmacniacz Mesa Boogie Lonestar Special - 30-watowa lampka, która przypłynęła kilka tygodni temu. Zagrałem na nim krótką trasę z Wojtkiem Hoffmanem - "Urodziny Hendrixa" - trzy piękne koncerty na Mesie: we Wrocławiu, Zielonej Górze i Poznaniu - to mnie przekonało, że nie ma odwrotu. Dopiero po trasie przeczytałem instrukcje Lonestara, są tam pewne myki z equalizacją i setupem gainów, o których nie wiedziałem i na koncertach źle to ustawiłem, ale i tak brzmiało to pięknie - śpiewny, czysty, lejący się z palców sound. Natomiast dużym problemem jest dla mnie zbudowanie efektów, które zagrają mi tak jak w Vettcie. Zrobiłem jeden pedalboard, ale to nie zahulało tak, jak bym chciał. Całe szczęście jestem na dobrej drodze. Krzysiek Inglik poradził mi (thnx Krzysiek :)), żeby Marek Laskowski zbudował mi system wolny od uciążliwości szeregowego połączenia kostek. Nowy system i pedalboard już się buduje i mam nadzieje, że koncerty w lutym zagram już na nowym systemie. Sprawdzałem jak brzmi mój instrument na dwóch systemach zbudowanych przez Marka. To odzywa się pięknie i brzmi jak ze studia - perfekcyjny naturalny ton gitary plus przestrzenie.


Jesteś uzbrojony w kilka gitar Ibanez.


Bardzo się cieszę ze współpracy z Ibanezem. Firma Meinl - dystrybutor Ibaneza - zaprosiła mnie do swojej centrali pod Monachium. Spędziłem kilka godzin w show-roomie Ibaneza. Było tam ponad 300 gitar, wszystkie aktualne modele, zdążyłem pograć na około siedemdziesięciu. Instrumenty, które wybrałem dają mi wszystko, co cenię w gitarze. AT-100 jest bardzo bliski mojemu Stratocasterowi jeśli chodzi o barwę, dynamikę i sustain, natomiast jest bardziej śpiewny, zwłaszcza w górze. Powalił mnie na łopatki JSM-100 - sygnatura Johna Scofielda - przy samym dotknięciu struny czuje się ogromny potencjał dynamiki. To bardzo wymagający instrument, wszystko słychać, każdy niuans i potknięcie również. Będę musiał poświęcić mu więcej czasu, ale warto. Ma trochę szerszy gryf niż mój AM-200, na którym grałem od 1994 r. do momentu, gdy Marek Witkowski zaproponował mi swojego Stratocastera na targach Inter Media. Ale teraz świeżą inspiracją są dla mnie gitary Ibaneza. Dzwonkowym, a jednocześnie dynamicznym stratowym brzmieniem mile mnie zaskoczył model SA-960. Pod mostkiem ma humbucker, którego brzmienie świetnie się klei z singlami. Gitary Ibaneza tak mi przypasowały, że kupiłem sobie pod choinkę dwa starsze modele - Talman i stary Roadstar II - mam już w nim nowe pickupy APG - ciekawe mini-humbuckery od Andrieja Polakova. Ostatnio często gram sobie na tych nowych gitarach unplugged, wtedy można posłuchać jak naprawdę pięknie i zupełnie inaczej brzmią. Planujemy też prezentację gitar Ibanez w trakcie Thanks Jimi Festiwal.


Skoro już wspomniałeś o festiwalu, co przygotowujesz na ten rok?


Zagra Uriah Heep, czyli klasyka rocka dla wszystkich, legendarny band i ważny element w rockowym kolorycie. Prowadzimy też rozmowy z The Animals i czekamy na finalną odpowiedź. Bardzo bym się cieszył gdyby Eric Burdon przyjechał - zagralibyśmy razem "Dom wschodzącego słońca", od którego zaczynałem brzdąkanie na małym Defilku mając 12 lat. Hasłem towarzyszącym tegorocznej imprezie będą "gitarowe rodziny". Od lat można zauważyć, że pojawiają się rodzice z dziećmi - nie wiadomo kto kogo wyciąga - bywa różnie. Ważną ideą, którą rozwijam od 6 lat jest ONLINE Thanks Jimi Festival. Dzięki transmisji internetowej grają z nami w różnych miejscach na Świecie. Często angażują się w tę akcję polscy gitarzyści. Mirek Kaczmarczyk organizuje takie granie w Kolbotn w Norwegii, Bogdan Szweda w Niemczech, grali tez w Bristol w Anglii i w Rzymie… Arek Religa dwukrotnie zorganizował Chicago Thanks Jimi Festiwal, ale ze względu na różnicę czasu koncert odbył się jednak innego dnia. Jednak tego samego dnia i o tej samej porze grali z nami nawet w Australii. Mam więc apel do wszystkich gitarzystów: jeśli macie przyjaciół za granicą, spróbujcie ich zarazić tym pomysłem. Nie musi być to duża impreza, mogą się spotkać w klubie, odpalić Net na monitorze tj. obraz z Wrocławia i zagrać z nami ONLINE Hey Joe i inne piosenki, które można znaleźć na stronie heyjoe.pl


Jak oceniasz sytuację gitarową w Polsce z perspektywy nauczyciela prowadzącego warsztaty?


Myślę, że jest bardzo dobrze. To jest najcenniejsze, że młodzi ludzie chcą grać, uczą się, przyjeżdżają na warsztaty, szukają szkółek, szperają w Internecie, poznają nowe techniki. Ważnym elementem, który zawsze podkreślam, jest uczenie się ze słuchu, żeby słyszeć jak to jest zagrane, a nie tylko wiedzieć jaki to dźwięk, na którym progu podciągnięte itp. Muzyka jest zjawiskiem energetycznym. Słuchając nagrań można wczuć się w muzykę, przeżywać ją i kopiując solo ze słuchu łatwiej jest to później oddać artykulacyjnie. Poza tym uczenie się ze słuchu to pewien sposób przeżywania muzyki. Słucha się jednocześnie solówki i sekcji - jeśli nawet ktoś nie jest w stanie przeanalizować całości to może poczuć "sobą" co tam się dzieje, jak to się "w środku" muzycznie gotuje. Dlatego tak ważne jest czasem poświęcenie nawet paru godzin na zagranie kilku dźwięków. Pamiętam jak siedziałem całymi godzinami z taśmą i B. B. Kingiem - przecież On gra pięć dźwięków na krzyż, a zwłaszcza trzy, a ja mogłem siedzieć pół dnia i słuchać jak gra vibrato na jednym dźwięku, próbować tak, jak On i wciąż cofać taśmę, żeby poczuć ten feeling.


Czy przypadkiem nie ma w tym zagrożenia, że ktoś nauczy się określonej liczby zagrywek, które później będzie odtwarzał jak z samplera?


To jest jedna ze ścieżek edukacyjnych - bardzo istotna, ale na muzykę trzeba patrzeć szeroko. Zwłaszcza teraz są takie czasy, że trzeba być sprawnym, wszechstronnym muzykiem, który czyta, słyszy harmonię, potrafi się znaleźć w różnych stylistykach. Nie można się ograniczać. Ale nie widzę takiego zagrożenia. Takie fascynacje jednym tylko gitarzystą po pewnym czasie mijają. Świetnym przykładem jest Wojtek Garwoliński, który na pierwszych warsztatach "Blues nad Bobrem" w ’92 i jeszcze w ’93 roku grał jak Stevie Ray Vaughan, a rok później już było widać, że idzie w innym kierunku, szuka. Teraz jest jednym z ciekawszych polskich gitarzystów, którego styl trudno zaszufladkować - to po prostu Wojtek. To, co aktualnie jest jakby kulą u nogi młodych gitarzystów to koncentrowanie się głownie na technice, na wyścigach po gryfie a nie na esencji, którą tak naprawdę jest duch zawarty w muzyce. Trzeba oczywiście podnosić swój poziom, chodzi jednak o to, żeby wymaganiami wobec siebie nie zapędzić się w kozi róg, zwłaszcza w profesji artystycznej. Poradnie psychiatryczne są pełne perfekcjonistów, dotyczy to nie tylko artystów.


Ostatnio coraz więcej grasz na gitarze akustycznej.


Tak, to moja nowa pasja. Mam piękną dwunastkę Takamine z 1977 r., którą kupiłem na eBay-u. Miała małą wadę, wysoko struny i chyba nikt na niej nie grał, bo jest jak nowa. Filip Hoszko, który serwisuje moje gitary, wyregulował mi ją i skorygował mostek. Ten instrument odzywa się jak cała orkiestra, oprócz akompaniamentu gram też na niej solówki. Druga gitara to Martin 000-16GRTE, która brzmi zaskakująco głęboko jak na małe pudło. Całe życie grałem na stojąco, na gitarze elektrycznej, mając rozluźnione obie ręce i praktycznie bez chwytów barre, więc kiedy zacząłem grać recitale na gitarze akustycznej siedząc w statycznej pozycji nabawiłem się niestety przykrych dolegliwości nerwobólowych i nadwyrężenia ścięgien. Niech to będzie przestroga dla wszystkich zmieniających pozycję z instrumentem, trzeba pamiętać o rozgrzewce. Miałem rehabilitację, jest lepiej, ale walczę z tym do tej pory. Druga sprawa to fakt, że brudne bluesowo- -rockowe granie z zahaczaniem strun, alikwotami, do jakiego przywykłem, które świetnie brzmi na gitarze elektrycznej, na gitarze akustycznej brzmi chwilami wręcz fatalnie. Później słucham swojego grania i nóż mi się w kieszeni otwiera, bo to nie brzmi tak jak powinno. Z drugiej strony nie chcę rezygnować ze swojej brudnej artykulacji, bo to składa się na mój styl.


Czyli możemy wystosować odezwę do gitarzystów elektrycznych: chwyćcie za gitary akustyczne!
 

Tak, jak najbardziej, to uczy pokory i bezlitośnie obnaża wszystkie niedokładności. To też inny świat dźwięków, tak jak gitara klasyczna, w której też chodzi o coś innego. W ciągu ostatnich lat rzadko zdarzało mi się regularnie ćwiczyć, z wyjątkiem przygotowania jakiegoś nowego materiału, bo więcej grałem. Gitara akustyczna wymaga ode mnie ćwiczenia, co zresztą robię z przyjemnością, bo instrument odwdzięcza się pięknym brzmieniem. Trzeba bardzo uważać zmieniając instrument na inny i pamiętać o rozgrzewce przed graniem. Na YouTube są filmy ze specjalnymi ćwiczeniami dla gitarzystów - polecam bardzo. W młodym wieku wszystko łatwo skorygować... a ja już od czterech lat jestem dziadek Leszek (śmiech).


Duchem zawsze jesteś młody!

Wojtek Wytrążek
Zdjęcia: Maciej Famielec

GALERIA
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie