Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Grant Nicholas (Feeder)

Grant Nicholas (Feeder)

Z gitarzystą grupy Feeder spotykamy się w niecodziennych okolicznościach. Nie umówiliśmy się na spotkanie w pokoju hotelowym, studiu czy w pubie, tylko w... sklepie.

Grant Nicholas wybrał się bowiem na poszukiwanie nowej gitary i pozwolił nam towarzyszyć sobie w tej wyprawie. Spotykamy się więc na londyńskim West Endzie. Nicholas zaskakuje nas pierwszą wiadomością, mówiąc: "Zamierzam zrealizować solowy projekt jazz fusion.

Co o tym sądzicie?". Oczywiście wiemy, co to jest jazz fusion, ale jak mamy powiedzieć wokaliście zespołu Feeder, że dla niego byłoby to zawodowe samobójstwo? "Myślę, że powinienem pójść właśnie w tym kierunku" - dodał. Całe szczęście Grant się uśmiecha i już wiemy, że po prostu żartuje. Poza tym jest tak zapracowany, że z pewnością nie znalazłby czasu na dodatkowe projekty... W zeszłym roku zespół Feeder (Grant Nicholas - gitara i wokal, Taka Hirose - bas, Mark Richardson - perkusja) wydał album z utworami singlowymi, który miał być ukoronowaniem dziesięciolecia istnienia tejże formacji. W ciągu tych dziesięciu lat Feeder powoli, ale konsekwentnie, zdobywał publiczność brytyjską, stając się w końcu jedną z najbardziej popularnych grup rockowych ostatnich lat z liczbą trzech i pół miliona sprzedanych płyt.

Obecnie muzycy pracują nad kolejnym krążkiem, ale zanim Grant na długie tygodnie zaszyje się w studiu, musi dokonać ważnego zakupu: wybrał się na poszukiwanie nowego instrumentu. Szukasz gitary w Londynie? Musisz udać się na Denmark Street... Pierwsze kroki kierujemy do sklepu Regent Sounds. Szybko okazuje się, że Grant jest zagorzałym fanem Fendera. Natychmiast wpadają mu w oko dwa instrumenty: Relic Telecaster z 1963 roku w kolorze vintage blonde i Relic Stratocaster z 1965 roku.

 

Dlaczego akurat te instrumenty?

Podoba mi się Telecaster, bo to naprawdę dobra gitara. Mam już w swojej kolekcji Relic z tego samego roku, tylko niebieską, ale jeszcze jedna mi się przyda. Mój egzemplarz ma doskonałe przetworniki i muszę przyznać, że jest to jedna z moich najbardziej ulubionych gitar. Tak więc zgadza się - bardzo cenię sobie sprzęt vintage Fendera. Podoba mi się budowa tych instrumentów, choć nie wszystkich. Uwielbiam też gitary Jazzmaster z lat 60., ponieważ one mają swój charakter, a do tego każdy instrument z mojej kolekcji jest inny. Nie przekreślam nowoczesnego sprzętu, ale jest on bardziej zuniformizowany. Pewnie tak samo było dawniej i gitary nabierały charakteru dopiero z upływem czasu. Starzenie się czasem ma swoje plusy, szczególnie w przypadku gitar.

Fender Jazzmaster to wciąż twoja ulubiona gitara?

Mój Jazzmaster z 1959 roku to szczególny instrument. Używam go przy nagrywaniu demówek, choć równie dobrze mógłbym nagrać całą płytę, nawet choćby jutro, tylko że właśnie na tej gitarze. Mam też egzemplarze z 1964 i z 1967 roku, z których ten ostatni szczególnie rzuca się w oczy. Zamocowałem w nim kilka przetworników i jest cały pokryty naklejkami. To był mój pierwszy Jazzmaster. (W tym momencie jego oddanie dla Jazzmastera narażone jest na szwank. Grant właśnie wypróbował Stratocastera, a na jego twarzy maluje się zachwyt z odrobiną nostalgii). W latach 80., kiedy wszyscy mieli Stratocastery, grałem na gitarze Elite, którą w końcu wymieniłem na Telecastera. Szkoda, że nie zatrzymałem sobie tych instrumentów. Chyba każdy muzyk żałuje, że pozbył się kiedyś jakiejś gitary! (Grant jest prawie zdecydowany na tę gitarę, ale jego wzrok pada na Gretsch Silver Jet Reissue - w jego oczach widać błysk. Pięć minut później dokonuje transakcji przy kasie).

Na okładce płyty "The Singles" nie zostałeś sfotografowany z Jazzmasterem. Masz w ręku jakiś inny instrument. Co to za gitara?

To Jazzbird, który ma gryf w stylu Jazzmastera, a korpus z Firebirda. Instrument wykonał japoński producent, ten sam, który robił basy Taka. To wspaniała gitara, której bardzo ważną częścią są przetworniki. To rzadko spotykane pickupy, które wykonał Tom Holmes. Mam też przetwornik Holmesa na jednym z moich Jazzmasterów, który zamocowałem przy mostku.

Pamiętasz swoją pierwszą gitarę?

To była czarna kopia Les Paula. Ta gitara miała być zachętą do pracy - mama mi ją kupiła i w zamian kazała obiecać, że będę się bardziej przykładał w szkole. Gitara pochodziła z drugiej ręki i kosztowała 25 funtów, ale - jak na tamte czasy - to była spora sumka. Niestety na początku nie miałem wzmacniacza, dopiero później dorobiłem się 15-watowego Selmera. Ale już go nie mam, ponieważ sprezentowałem go po pewnym czasie koledze. Co ciekawe, pozostaje on w jego rękach do dziś!

Miałeś jakichś gitarowych idoli?

Na samym początku fascynowałem się Lennonem i George’em Harrisonem. W latach 80. był Eddie Van Halen i Tony Iommi. Potem przyszedł czas na Ozzy’ego Osbourne’a z Randym Rhodesem - pamiętam, że mój pierwszy koncert, na który poszedłem, to był właśnie występ Ozzy’ego Osbourne’a. Randy Rhodes zginął w katastrofie samolotu niedługo potem. Bardzo ceniłem sobie też zespół Def Leppard - podobno Joe Elliot jest fanem naszej muzyki... Była też grupa The Police z Andy Summersem na czele, którego gra wywarła na mnie olbrzymi wpływ. Wielkie wrażenie zrobił również na mnie Steve Jones z Sex Pistols i zespół The Buzzcocks. Poza tym uwielbiałem amerykański rock z lat 70. Dawniej na okrągło słuchałem zespołu Boston i Toma Sholtza - bardzo podobały mi się jego melodie na gitarę. Miałem przyjaciela, który przeprowadził się do Walii ze Stanów Zjednoczonych i odkrył przede mną całe pokłady nowej muzyki, to się nazywało AOR. Wprawdzie ta muzyka nie jest dzisiaj doceniana, ale gdyby nie "More Than A Feeling", to nie byłoby "Smells Like Teen Spirit"...

Wasza pierwsza EP-ka "Swim" i debiutancki album "Polythene" były podobne stylistycznie do muzyki The Smashing Pumpkins...

No cóż, zaczynaliśmy w podobnym czasie co The Smashing Pumpkins. Tak naprawdę odkryliśmy to brzmienie, zanim oni zadebiutowali. Na początku ludzie bardzo często nas porównywali przede wszystkim z powodu efektu Big Muff, ale tę kostkę miałem, brzdąkając jeszcze w szkolnym zespole! Kiedy zaczynaliśmy, rządził britpop, dlatego sukcesy The Smashing Pumpkins dodały nam pewności, że idziemy w dobrym kierunku. Graliśmy muzykę bardziej popową niż oni, a nasze płyty podobne były bardziej pod względem produkcji niż kompozycji. Jednak wciąż są dla mnie wielcy - uważam, że jest to jeden z najlepszych zespołów lat 90. Z nowo zakupionym Gretschem w futerale kierujemy nasze kroki do Vintage & Rare Guitars, który znajduje się nieopodal. Wzrok Granta od razu pada na instrument, którym okazuje się Jazzmaster z 1959 roku. "Nie planowałem kupować kolejnego Jazzmastera, wierzcie mi. Czy dwa to za dużo?" Grant bierze gitarę na kolana i gra kilka akordów na próbę, a potem odkłada instrument na bok. Po chwili idziemy do pubu, żeby zadać muzykowi kilka pytań związanych z zespołem Feeder...

Czy dziesięciolecie zespołu było okazją do jakichś przemyśleń, podsumowań?

Rok 2006 obfitował w wydarzenia i w związku z tym nie mieliśmy zbyt wiele czasu na refleksje. Skupialiśmy się na nowej płycie, która - nawiasem mówiąc - powinna być już gotowa, tak przynajmniej planowaliśmy. Na początku roku zabrałem się za pisanie piosenek, bo miałem sporo ciekawych pomysłów. Sam nagrywałem demówki, w wyniku czego miałem około dziesięciu, dwunastu gotowych kawałków. Potem jednak doszliśmy do wniosku, że wydamy album z singlami - ale przez jakiś czas wahaliśmy się, czy w ogóle go wypuszczać na rynek. Rozumiecie, nie chcieliśmy, żeby ludzie pomyśleli, że kończymy karierę lub coś w tym rodzaju.

Czy album "The Singles" również był sposobem na dotarcie do młodszych słuchaczy, którzy dotąd nie znali waszej muzyki?

W pewnym sensie tak, chociaż z drugiej strony Feeder ma wiernych fanów, którzy są z nami od samego początku. Możemy się również pochwalić całkiem liczną grupą nowych fanów, którzy nie znają naszych utworów z lat wcześniejszych. Wtedy graliśmy cięższą muzykę i jest to wciąż ważna część naszej tożsamości. Zresztą lubimy wracać do starych kawałków na koncertach, dlatego właśnie poczuliśmy, że album z singlami ma sens, ponieważ dzięki niemu odświeżymy naszą historię z myślą o młodszej publiczności. W wytwórni płytowej przygotowali się, że zarobią trochę pieniędzy, ale uparliśmy się, iż umieścimy na płycie także nowe utwory: "Lost And Found", "Save Us" i "Burn The Bridges", które napisałem podczas tego pracowitego okresu na początku zeszłego roku. Wszystkie te trzy kawałki są dla nas wystarczająco reprezentatywne.

Na albumie "Pushing The Senses" zmieniliście styl na bardziej łagodny. Czy byliście za to krytykowani? Nowe utwory są dowodem, że wróciliście do dawnego stylu.

Szczerze mówiąc, za ten album zebraliśmy więcej pochwał niż krytyki. Myślę, że gdybyśmy nagrali bardziej rockową płytę, to właśnie wtedy zostalibyśmy skrytykowani za to, że się powtarzamy. Nie planowaliśmy nagrać takiej płyty, po prostu taka nam wyszła. To się stało całkiem spontanicznie. Wprawdzie mogliśmy umieścić więcej rockowych kawałków, lecz nie było takiej potrzeby. Staram się być ostrożny w tym, co mówię, ale jeśli chodzi o materiał na nową płytę, to w utworach na pewno jest więcej gitary. Ten album będzie bardziej rockowy, ale czy cięższy? To zależy od tego, co kto rozumie przez to słowo. Myślę, że istnieje błędne przekonanie na temat tego, co jest uważane za ciężkie - osobiście nie lubię tego określenia. Wolę, gdy mówi się o energii utworu. Uważam, że niektóre kawałki Arctic Monkeys są nieco cięższe niż pewne utwory metalowe. Ale sam fakt, że coś ma dużo gitary, wcale nie przesądza o tym, że jest to ciężkie. Fanom, którzy lubią nasze rockowe oblicze na pewno spodoba się nowa płyta. Utwory będą popowe - bo tym się zajmujemy i nie zamierzamy rezygnować z naszego stylu - będą też i fragmenty ostrzejsze.

Czy kolejny album grupy Feeder zamierzasz wyprodukować sam?

Jest to całkiem możliwe. Teraz o wiele łatwiej idzie mi produkcja - jest to właściwie część procesu komponowania. Ale to może być też zdradliwe. Czasem, kiedy nagram jakieś dobre demo, dochodzę do wniosku, że nie wolno za bardzo w nie ingerować, bo wszystko się popsuje. Wtedy szukam porady innego producenta i jeśli on się ze mną zgadza, to znaczy, że wszystko jest w porządku. Czasami zdarza się, że za bardzo ingeruję w demo i efekt jest koszmarny - zdarzyło mi się to kilka razy. Dlatego ostatnio kieruję się zasadą, żeby za dużo nie zmieniać. Na ostatnich dwóch albumach siedemdziesiąt procent materiału to nagrania pochodzące z demówek. Na krążku "Comfort In Sound" tylko kompozycja "Just The Way I’m Feeling" została poddana przeróbce i stała się największym przebojem na płycie. No cóż, w tym przypadku okazało się, że zmiany wyszły piosence na dobre...

Z której kompozycji w swoim dziesięcioletnim dorobku jesteś najbardziej dumny?

Moim dużym osiągnięciem pod względem aranżacji jest z pewnością "Forget About Tomorrow" z płyty "Comfort In Sound". Utwór ten był dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Sporo się przy nim napociłem, ale zależało mi, żeby samemu zająć się aranżacją. Zainspirował mnie do tego utwór "Tonight, Tonight" grupy The Smashing Pumpkins. Co ciekawe, później okazało się, że Audrey Riley, aranżer, który pracował z nami przy utworach "High" na "Forget About Tomorrow", pracował właśnie przy wspomnianym "Tonight, Tonight". Ale o tym dowiedziałem się dopiero po pewnym czasie.

Na waszej stronie (www.feederanorak.co.uk) znajdują się tytuły wszystkich waszych piosenek - brakuje tam tylko tytułów na literę K, N, X i Z. Czy macie zamiar wypełnić cały alfabet?

Naprawdę? (śmiech). Pomyślę o tym! Moja dziewczyna ma na imię Kana, ale to byłoby zbyt banalne i zbyt ckliwe. Może jednak zostawię to na album solowy, kiedy będę miał taką fazę jak John Lennon. Często mam problem z wymyślaniem tytułów piosenek i twoje spostrzeżenie może być tu bardzo przydatne.

Pod koniec waszego występu na festiwalu Download w 2005 roku rozwaliłeś jakąś gitarę. Co to był za instrument? Nie było ci go żal?

W pewnym sensie jest mi żal, bo to była bardzo dobra gitara, a do tego Jazzmaster... Ale niczego takiego nie planowałem. Download to był festiwal metalowy i zostaliśmy poproszeni o zagranie, ponieważ organizatorom zależało na dotarciu do nieco innej publiczności - chcieli zrobić z Download festiwal nieco bardziej rockowy. Dlatego był to dla nas szczególnie trudny koncert, tym bardziej że czuliśmy się (w pewnym sensie) jak króliki doświadczalne. Ale w drugiej połowie udzieliła nam się atmosfera i adrenalina uderzyła mi na tyle do głowy, że kilka razy uderzyłem gitarą o podłogę. Wciąż mam gryf, mostek, tremolo i mogę je jeszcze wykorzystać, lecz cała reszta gitary poleciała na widownię. Jeśli coś takiego znowu mi się zdarzy, na pewno nie będzie to Jazzmaster! (śmiech)

GALERIA
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie