Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Krzysztof Wałecki (Vintage)

Krzysztof Wałecki (Vintage)

Charyzmatyczny muzyk, endorser gitar marki Vintage i lider zespołu o tej samej nazwie. Krzysztof Wałecki opowiedział dlaczego został gitarzystą, jak trafił do Oddziału Zamkniętego oraz co wyróżnia gitary Vintage od reszty.

Kiedy w Twoim życiu pojawiła się gitara?


W moim życiu gitara pojawiła się bardzo dawno temu. Od najmłodszych lat bardzo lubiłem instrumenty, właściwie od zawsze mnie czarowały. Miałem w podświadomości zakodowane to, że będę grał (śmiech). Pochodzę z muzykalnej rodziny. Mama śpiewała w "Zespole Pieśni i Tańca" Politechniki Warszawskiej. Natomiast tata - w "Poznańskich Słowikach". Rodzice nie chcieli bym grał, wtedy były trudne czasy, znali ówczesne realia. Obawiali się, że to będzie katastrofa.


I co dalej…?


Oczywiście zrobiłem swoje i spełniłem marzenie. Pierwszą gitarę pożyczyłem, zresztą nielegalnie ją przyniosłem do domu. Następnie pojawiła się elektryczna, Jola. Starsi gitarzyści dobrze pamiętają tę obciachową markę. Zarobiłem na nią, zbierając i sprzedając butelki. Kupiłem ją w sklepie muzycznym na MDMie. Trzymałem przez dwa lata, gdzieś pod kołdrą, za szafą, żeby rodzice nie wiedzieli, że ją mam (śmiech). Dopiero później zaczęły się pierwsze próby w zespołach, koncerty, przeglądy. Wtedy rodzice zauważyli, że coś gram, że nieźle to brzmi i wydało się, że gitara od dwóch lat jest w domu. Tak się zaczęła moja przygoda z tym instrumentem. Czasem w moje ręce wpadały katalogi reklamowe producentów, m.in. Fender, Gibson.


W tamtych czasach posiadanie takiego katalogu było rzeczą niebywałą (śmiech).


To było coś tak niesłychanego, jakbym oglądał jakieś rzeźby w muzeum, dzieła sztuki. Ja się zakochiwałem w tych gitarach. W katalogach były zdjęcia detali, m.in. mostków, przystawek, śrubek, kluczy. To lata ’70. Wtedy w Polsce było tylko kilka japońskich kopii tych gitar. Marzyłem o nich, uczyłem się ich nazw na pamięć. Tadeusz Nalepa miał wtedy Gibsona. To był mocarz, nasz cudowny pionier. Byłem prawdziwym pasjonatem. Zresztą jestem do tej pory. Jakiś muzyk kiedyś napisał, że na Gibsonie gra się tak wspaniale, że muzyka sama z niego płynie, a Fender to taka gitara, że po wpięciu w miejsce Gibsona masz wrażenie, że grasz na zwykłych drutach. Wg mnie, owe gitary to dwie różne drogi, a każda z nich jest przepiękna.


Jacy gitarzyści wtedy Cię fascynowali?


Jimi Hendrix, Jimmy Page, Ritchie Blackmore i inni klasycy.


Zanim założyłeś Vintage, grałeś przez sześć lat w Oddziale Zamkniętym.


Z zespołem znałem się jeszcze przed jego założeniem. Mieliśmy próby w tej samej salce. Spotykaliśmy się, przez lata był jakiś kontakt. Oni odnieśli gigantyczny sukces, a ja poszedłem do wojska w stanie wojennym (śmiech). Załatwili sobie kategorię D, czy wariatkowo, a ja nic i trafiłem do armii. Jednak w wojsku nie próżnowałem. Dołączyłem do zespołu Rogatywka. To było takie polskie Wishbone Ash, chłopaki jeździli na Jarocin. Tak się złożyło, że cały skład trafił do wojska. Brakowało im jednego gitarzysty i do nich dołączyłem. Jesteśmy w kontakcie do tej pory. Zresztą jeden z gitarzystów, Mariusz Czak prowadzi sklep muzyczny Czak Music. Długo by opowiadać (śmiech).


Jak trafiłeś do Oddziału?


Do Oddziału trafiłem po tym, gdy z zespołu odszedł wokalista. Grałem jakiś koncert, po którym Wojtek Pogorzelski zapytał, czy nie zechciałbym śpiewać w Oddziale. Zagraliśmy parę prób i okazało się, że w naszych żyłach płynie ta sama rock ‘n’ rollowa krew. Nosiliśmy kiedyś pod pachą te same płyty Stonesów, Purpli, Sweetów. Z moim udziałem powstała jedna płyta Oddziału.


Bycie endorserem firmy o tej samej nazwie, co Twój zespół to z pewnością nie przypadek.


Przed Audiostacją, dystrybucją gitar zajmowała się jakaś firma z Kalisza. Zadzwonili do mnie m.in. dlatego, że mój zespół nazywa się Vintage. Uznali mnie za dość dobrego gitarzystę, bym mógł promować tę markę, zaoferowali mi endorsing, a ja się zgodziłem. Otrzymałem kilka modeli gitar. Gdy wziąłem je do ręki i przetestowałem, okazało się, że są wykonane i brzmią, jak te najlepsze, a wydawać się może, że jest to sprzęt dla młodzieży ze względu na niską cenę. Trevor Wilkinson wypracował znakomity model taniej produkcji bardzo dobrego sprzętu.


Co wyróżnia instrumenty Vintage od reszty?


Gdy ktoś mnie pyta, dlaczego jestem do nich przekonany, opowiadam tę samą historię. We wszystkich swoich gitarach zakładam grube struny. Najcieńsze, jakie używam to 13-60. Do mojej ukochanej gitary zakładam 14-70, po prostu liny okrętowe (śmiech). W każdej z nich wyginały się gryfy od takich strun. Musiałem zrywać ich podstrunnice, tworzyć nowy kanał, wstawiać dwuteownik, między którym przechodzi pręt. Natomiast, gdy otrzymałem gitary Vintage, do każdej z nich bezlitośnie założyłem 13-60. Żadna z gitar mi się nie wygięła! Dodatkową rzeczą, która wyróżnia te gitary, jest seria z podniszczonymi modelami. Kiedyś natrafiłem na model, który miał z tyłu na główce specjalnie odciśnięty inny rodzaj kluczy, niż jest założony obecnie. W ręce młodego gościa trafia gitara, która wygląda tak, jakby na niej grał Keith Richards, albo inny tuz rock ‘n’ rolla.


Z których modeli Vintage korzystasz?


Mam aktualnie dwa modele: V100 i V6.


A wzmacniacze?


Lampowy wzmacniacz nie ma sobie równych. Obecnie gram na VHT i Orange. Jestem miłośnikiem prostoty. Dwa kanały i nic więcej. W Orange’u podoba mi się Attenuator, dzięki któremu mogę grać ciszej na pełnej mocy lamp.


W jaki sposób uzyskujesz swoje brzmienie?


Po prostu kręcę gałkami tak, jak czuję, a przestaję wtedy, gdy dźwięk zaczyna mnie kręcić (śmiech).


Mimo, że stawiasz na tradycjonalizm, korzystasz z ciekawych rozwiązań technologicznych, jeżeli chodzi o efekty.


Gramy jako trio. Jestem odpowiedzialny za harmoniczną kwestię w zespole, więc muszę się czymś podeprzeć. Mam rack od Mark L Custom. Do tego podłogowy sterownik i kaczkę. Marek chciał zaserwować mi przeróżne, atrakcyjne rzeczy. Jednak ja jestem zwolennikiem tradycyjnego grania i dostałem to, co chciałem. Ostatnio odkryłem Katanę Keeley’a. Jurek Styczyński, z którym gram sety akustyczne, sprzedał mi patent, że jest takie coś i sprawiłem sobie ten efekt. Korzystam z Katany, gdy chcę dopalić lampę i przebić się przez perkusję, nie zwiększając gainu. Mark L zrobił też znakomity efekt, Vanilla Sky. Jurek dowiedział się o tym efekcie ode mnie, zadzwonił do Marka i poprosił o Vanillę. Zarówno Katana, jak i Vanilla Sky nie obcinają pasma, a Katana wręcz poszerza, tworząc atrakcyjny kontur.


Nad czym aktualnie pracujesz?


Jesteśmy w trakcie nagrań utworów na trzecią płytę Vintage, którą wydamy w 2015 r. Nagrywamy także kilka coverów, może kiedyś też wydamy je na płycie. Występuję także w dwóch duetach akustycznie z Jurkiem Styczyńskim i Darkiem Pietrzakiem. Koncerty najchętniej gralibyśmy kilka razy w tygodniu, tak dla frajdy i żeby było na rachunki (śmiech)


Sprzętologia:

Gitary: Vintage V100, V6, Fender American Standard Stratocaster, Guild S-100 Polara, Gibson ES-135
Wzmacniacze: VHT Pitbull, Orange Thunderverb 200, Hiwatt Custom 100, Marshall Plexi
Kolumny: Hiwatt
Efekty: MLC Vanilla Sky, Keeley Katana, Ibanez TS9, MXR: Micro Amp, Phase 90, TC Electronic: Ditto, Spark, Polytune, Hughes&Kettner Tube Rotosphere, Morley Classic Wah, T-Rex Replica Delay

Rozmawiał: Wojciech Margula

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie