Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Max Cavalera (Cavalera Conspiracy)

Max Cavalera (Cavalera Conspiracy)

Max Cavalera, współzałożyciel Sepultury - jednego z najbardziej wpływowych zespołów metalowych ostatnich lat - realizuje nowy projekt: Cavalera Conspiracy. Co więcej, realizuje go z własnym bratem Igorem. Po wielu latach milczenia bracia podali sobie ręce i znowu grają razem.

Po długiej przerwie znowu grasz z bratem. Jak wam się nagrywało album "Inflikted"?

Pracuje nam się inaczej niż dawniej, być może dlatego, że ten album jest ostrzejszy niż muzyka, którą graliśmy kiedyś w Sepulturze. Jeśli miałbym porównać "Inflikted" do mojego ostatniego albumu z Sepulturą, "Roots", powiedziałbym, że jest dużo bardziej agresywny i mroczny. Wiadomo, są elementy podobne, ale przez te lata na tyle się zmieniliśmy, że gramy po prostu inną muzykę. Ewoluowaliśmy, mamy nowe pomysły, i to jest ekscytujące, choć jest w tym ten sam duch co w muzyce Sepultury i Nailbomb.

Skąd pomysł, żeby po tak długiej przerwie znów grać razem z bratem?

Najpierw zaczęliśmy razem jamować. Potem skomponowałem dziesięć utworów, nagrałem je w formie materiału demo i wysłałem do Igora. Byłem podekscytowany, bo materiał bardzo mi się podobał. Okazało się, że przed nami było jeszcze mnóstwo pracy, ponieważ niektóre utwory - na przykład "Black Ark" czy "Bloodbrawl" - są naprawdę skomplikowane i zawierają wiele partii gitarowych. Poza tym muszę pamiętać o całej aranżacji, jestem bowiem trochę jak dyrygent. Oczywiście gram i śpiewam, ale moim najważniejszym zajęciem jest pisanie i aranżacja utworów.

Jaki utwór zagraliście jako pierwszy, gdy po tej znaczącej przerwie weszliście razem do studia?

Podczas pierwszego jam session, który odbyliśmy razem po tych wszystkich latach, zagraliśmy "Bloody Roots". Muszę przyznać, że ten kawałek wspaniale się wykonuje - jest łatwy i ma tylko dwa riffy na krzyż! To było bardzo przyjemne, pełne emocji, ale także energii. Perkusja brzmiała jak grzmot pioruna. Szczególnie podobała mi się ta część pod koniec, kiedy zwalniamy tempo i udaje nam się stworzyć nastrój grozy.

Jak opisałbyś brzmienie, które dominuje na albumie "Inflikted"?Dla mnie brzmijak mieszanka thrash metalu i hardcore punka...

No cóż, metal i punk to moje dwa ulubione gatunki muzyczne. Oczywiście nie mówię o tym punku, który jest ostatnio modny. Tego rodzaju papka mnie nie interesuje. Natomiast bardziej ciekawi mnie muzyka takich zespołów, jak: Discharge, Doom, Cro-Mags, Agnostic Front, Sick Of It All, Minor Threat, Dead Kennedys, Bad Brains i Suicidal Tendencies. Być może jest to zabawne, ale gdy gram z Igorem, to zupełnie inaczej podchodzę do instrumentu, niż gdy gram sam. Podobno gramy w dziwnym tempie (śmiech). Dźwiękowiec sprawdził do dokładnie i powiedział, że zazwyczaj trafiamy w tempo o pewnej określonej wartości wyrażonej w BPM, ale nie pamiętam już, ile ona konkretnie wynosi... Nie za szybko, nie za wolno, tylko gdzieś pomiędzy. To coś charakterystycznego tylko dla naszego duetu. Postanowiliśmy więc tego nie zmieniać.

Czy inaczej podszedłeś do tworzenia materiału na nowy krążek?

Riffy piszę cały czas, bo to moje ulubione zajęcie. Wszystko jedno jakiego sprzętu używam, ważne, żebym miał przester. Dobry przester to 90 procent riffu. Najpierw gram do utworów zespołów metalowych, na przykład Mercyful Fate, potem przełączam się na... Beethovena (śmiech). To ciekawe, bo za każdym razem, kiedy zderzają się te dwa odmienne style, wpadają mi do głowy różne pomysły. Próbowałem też z Mozartem. Muszę więc powiedzieć, że sposób komponowania różnił się od tego w Soulfly czy kiedyś w Sepulturze. Chciałem, żeby członkowie zespołu znali riffy, ale też aby zachowali świeże spojrzenie na muzykę. Postanowiłem więc, że wyślę im materiał, zanim spotkamy się w studiu. Pomysł okazał się trafiony - pracowało nam się bardzo sprawnie.

Na basie w zespole gra Joe Duplantier z grupy Gojira, a na gitarze twój kolega z Soulfly,MarcRizzo.Dlaczego zdecydowałeś się na współpracę akurat z nimi?

Jestem wielkim fanem zespołu Gojira, a poza tym chciałem mieć w zespole kogoś z Europy, nie z Ameryki czy Brazylii, jak się tego wszyscy spodziewali. Joe jest niezmiernie utalentowanym muzykiem i poza tym świetnie się nam razem pracuje - ma mnóstwo nowatorskich pomysłów. Z kolei Mark to prawdziwy killer, jeśli chodzi o grę na gitarze - potrafi przejść płynnie od flamenco do thrashu i hardcore’u! Przez parę lat graliśmy razem w jednym zespole i wiele się od siebie nawzajem nauczyliśmy. Na płycie "Inflikted" wykonał kawał dobrej roboty. Powiem nawet, że jeśli chodzi o grę na gitarze prowadzącej, mało który gitarzysta osiągnął takie wyżyny jak właśnie Marc.

A ty nie próbowałeś graæ na gitarze prowadzącej?

Nie! Nigdy nie uczyłem się grać solówek, ponieważ od tego mam gitarzystę prowadzącego. Bardziej interesuje mnie brzmienie. Reprezentujesz magazyn gitarowy i wiem, że powinienem mówić o tym, jaką inspiracją był dla mnie Yngwie Malmsteen i tego typu rzeczy -ale to nieprawda. Oczywiście podziwiam go, ale nie czuję tego rodzaju gry. Bardzo cenię tych gitarzystów, którzy potrafią wyczarowywać nowe przestrzenie samym tylko brzmieniem.

W takim razie jacy gitarzyści cię inspirują?

Zawsze uwielbiałem Eddiego Van Halena. Pięciu pierwszych albumów grupy Van Halen słuchałem bez przerwy. Dosłownie dziesięć razy dziennie! Szczególnie podobała mi się płyta "Fair Warning". Co ciekawe, z upływem lat ich krążki nic nie straciły ze swej świeżości i wciąż brzmią świetnie. Drugim ważnym dla mnie gitarzystą jest Brian May. Słyszałem, że zrobił swoją gitarę z części starego kominka. To jest coś! Poza tym bardzo lubię zespół Voivod i uważam, że gitarzysta Denis "Piggy" D’Amour był genialny, szczególnie jeśli chodzi o podejście do nietypowych współbrzmień i dysonansów. Ich pierwszy album "War And Pain" z 1984 roku miał niesamowite riffy, po prostu z piekła rodem.

Czy tym razem miałeś inne podejście do gry na gitarze rytmicznej?

Z jednej strony było to wyzwanie, ale z drugiej - materiał na tym krążku nie był aż tak wymagający, ponieważ jest na nim mniej odgłosów akustycznych instrumentów, bębnów i innych dziwactw, z którymi eksperymentowałem wcześniej. Płyta jest agresywna i można powiedzieć - brzmieniowo prymitywna. Dlatego łatwiej mi grać w Cavalera Conspiracy niż w Soulfly, gdzie muzyka jest znacznie bardziej skomplikowana.

Czy wciąż używasz tylko czterech najniższych strun w swojej gitarze?

Tak, oczywiście! Mam bardzo dziwną relację ze swoimi gitarami, bo traktuję je trochę jak broń. Przed trasą biorę gitarę do ręki i mówię, że pora jechać na wojnę! Sygnowany przeze mnie ESP to bardzo prosty instrument. Ma tylko jedno pokrętło głośności - kiedyś miałem gitary z czterema pokrętłami i nie znosiłem ich. Obecnie pracuję nad korpusem własnego projektu. Nie wiem jeszcze, jak będzie dokładnie wyglądał, ale chcę, żeby gitara zadawała fizyczny ból ludziom, którzy na niej grają (śmiech).

Czy przy nagrywaniu tego albumu używałeś innego sprzętu?

Grałem na tej samej gitarze co zwykle, czyli na moim brazylijskim ESP Viper z czterema strunami i przetwornikiem Seymour Duncan SH6. Tym razem używałem jednak basowego wzmacniacza firmy Peavey, ponieważ zależało mi, żeby brzmienie było naprawdę surowe i ostre - chciałem, żeby różniło się od thrashu Marca, który miał wiele z "Beneath The Remains" czy "Arise". Moje brzmienie miało być bardziej punkowe, a wzmacniacz basowy pozwala go uzyskać w większym stopniu niż normalny sprzęt gitarowy.

Czyli extreme metal jeszcze cię nie znudził?

Ależ skąd! To genialna forma muzycznego wyrazu. Ciągle można wymyślać nowe rzeczy, nieważne, ile razy się grało. Tylko głupcy tego nie wiedzą. Według niektórych ludzi - zresztą dość ograniczonych - w extreme metalu wszystkie utwory brzmią tak samo. Ale to nieprawda, one nie brzmią
tak samo! Trzeba się tylko dobrze wsłuchać. Wystarczy posłuchać choćby jednego utworu Soulfly i jednego Sepultury. Obydwa to zespoły metalowe, ale ich muzyka bardzo się różni. Muzyka Soulfly z czasem staje się coraz bardziej ekstremalna, ale dla mnie i tak niewystarczająco ekstremalna. Stąd projekt Cavalera Conspiracy.

Jaki jest motyw przewodni w tekstach, które znalazły się na tym albumie?

Przy pisaniu tekstów inspirowaliśmy się trzema filmami: "Mechaniczna Pomarańcza", "Czas Apokalipsy" i "Miasto Boga". Nigdy wcześniej wpływ filmów na nasze teksty nie był tak jednoznaczny i czytelny. Skąd ten pomysł? Chcieliśmy, żeby to było coś świeżego i bez powtarzania motywów z twórczości Soulfly czy Sepultury.

Igor powiedział, że jeśli wskrzesilibyście Sepulturę, byłby to krok wstecz. Zgadzasz się z tym?

Nie lubię o tym mówić. Zobaczymy, co przyniesie czas. Kolejny album Soulfly ukaże się w lipcu. W jednym utworze zaśpiewa gościnnie David Vincent z Morbid Angel. Mowa tu o piosence "Blood Fire War Hate". To oczywiście aluzja do "Blood Sugar Sex Magik" Red Hot Chili Peppers. Uwielbiam Red Hotów, ale tutaj delikatnie z nich zażartowaliśmy.

Rok 2007 był dla ciebie bardzo pracowity. Oprócz "Inflikted" nagrywałeś jeszcze album z zespołem Soulfly...

To było zupełne szaleństwo, kompletny młyn. Już kiedyś pracowałem nad dwoma albumami jednocześnie - pracowałem z Nailbomb i w tym samym czasie nagrywałem z Sepulturą płytę "Chaos A.D.". Zeszły rok przypominał mi bardzo tamten okres, było w tym wszystkim dużo energii i wiele pomysłów przenikało się wzajemnie - jeden projekt miał wpływ na drugi. Bałem się, że wskutek tego oba mogą nieco ucierpieć na tempie, ale było zupełnie odwrotnie, ponieważ każdy z nich na tym de facto zyskał. Jestem bardzo ciekawy jak ludzie odbiorą nowy album Soulfly. Myślę, że będzie brzmiał bardzo, ale to bardzo ostro!

Rob Laing

Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Zobacz wszystkie