Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Marek Napiórkowski

Marek Napiórkowski

"Up!" - czwarty solowy album Marka Napiórkowskiego, który w swoim dorobku ma ponad 140 płyt nagranych z wielkimi postaciami muzyki, zaskoczył nie tylko świeżymi kompozycjami, ale przede wszystkim unikalnym instrumentarium.

Oprócz kwintetu wspomaganego przez Henryka Miśkiewicza na klarnecie basowym, w nagraniach wziął udział nonet muzyków symfonicznych. Jak mówi jej twórca, to efekt "poszukiwań i przemyśleń, historia faceta, który nie jest już młodzieniaszkiem, ale który nie chce oglądać się do tyłu. (…) UP! jest dla mnie czymś szczególnym. Sumą doświadczeń, wejściem na wyższy poziom i pierwszym krokiem, by iść… jeszcze wyżej".

Skąd wziął się pomysł na tak niezwykły skład instrumentalny?


Myślenie o tej płycie ewoluowało. Przygotowywałem utwory na kolejną płytę i na samym początku nie miałem wyobrażeń co do precyzyjnego składu personalnego. Rozwijając pomysły muzyczne, zamarzyłem, żeby zrobić kolorowy zespół - do istniejącego kwintetu jazzowego dopisać jeszcze nonet grający na instrumentach symfonicznych. Na początku nie wiedziałem, że będzie to dokładnie taki skład, jaki jest na płycie, tylko myślałem, że będzie to kwintet głównie złożony z instrumentów dętych drewnianych. Wiedziałem też, że musi tam być koniecznie wiolonczela. Dopiero po spotkaniu z Krzysztofem Herdzinem, który jest absolutnym fachowcem od pisania aranżacji orkiestrowych, ustaliliśmy, że zespół będzie liczył dziewięć osób.


W jaki sposób pracujesz nad kompozycjami?


Utwory powstają w bardzo różny sposób. Czasem przychodzi do głowy jakiś riff, na przykład basowy. Czasami pojawi się jakiś akord albo zaczątek melodii - nigdy nie wiadomo. Działa inspiracja, jednak nie jest to takie czyste przełożenie, że siadam i mam natchnienie. Czasami siedzę nad pustą kartką i coś próbuję wymyślić, czasami coś mnie zainspiruje od razu. Podobnie jest z tym, jak utwory dalej się rozwijają. Zdarza się, że pojawia się duży fragment utworu, a nawet prawie cały. Niekiedy krótki fragment musi poczekać na dopisanie dalszego ciągu. Tak się dzieje w przypadku moich płyt. One nigdy nie są wymuszone, zawsze pojawiają się wtedy, gdy mam coś do powiedzenia. Nie jestem zobligowany żadnymi terminami. Skądinąd wiem, że można pisać muzykę na zamówienie i ona wcale nie musi być gorsza. Jak człowiek poczuje się przyciśnięty, to się koncentruje i też może wyjść coś fajnego.


Jak wygląda Twój "dzień z życia jazzmana" przez pryzmat pracy z instrumentem?


To bardzo skomplikowane. Kiedy rozpocząłem przygodę z muzyką, miałem dużo więcej czasu na ćwiczenie. Pierwsze zauroczenie gitarą wiązało się przez wiele lat z tym, że po prostu czułem potrzebę grania, bez, obecnie odczuwanej, obligacji ćwiczenia. To mi sprawiało ogromną przyjemność - godziny mijały, a ja przesiadywałem z gitarą. W żaden sposób nie myślałem o jakimś reżimie pracy, który często towarzyszy rozwojowi muzyków klasycznych. Z czasem, kiedy zacząłem uprawiać zawód muzyka i jeździć w trasy, musiałem to jakoś regulować. W trasie ćwiczy się trudno i nie jest to ćwiczenie tak aktywne, jak domowe. Wraz z rozwojem sytuacji zawodowej miałem coraz mniej czasu na systematyczne działania. Jeżeli dużo pracuję koncertowo, zawsze dbam o to, żeby pograć przez godzinę przed koncertem. Będąc długo w trasie człowiek jest rozegrany, ale mimo to dbam o rozgrzewkę. Jeżeli mam trochę wolnego czasu, zdarza mi się siedząc w hotelu pomyśleć o muzyce, coś napisać, itd. Jeśli jestem w domu i nie mam nic do załatwienia związanego z normalnym, codziennym życiem, znajduję czas na pracę z instrumentem. W moim przypadku nie zawsze są to ćwiczenia. Oczywiście staram się utrzymywać w formie technicznej, ale zazwyczaj wiąże się to z myśleniem o muzyce, z ćwiczeniem rzeczy, które rozwijają muzykalność i mój koncept muzyczny, a nie to, by skalę as-moll grać szybciej, niż ktoś inny na mojej ulicy (śmiech). Nie mam i nigdy nie miałem takich ambicji. To jest bardzo nieregularny tryb życia, zupełnie inny niż młodego gitarzysty, być może Czytelnika naszej rozmowy, który po powrocie do domu siada i ćwiczy, bo może sobie na to pozwolić. Moje życie jest bardzo nieregularne. Trzeba oczywiście myśleć o utrzymaniu formy i rozwoju, ale żadnej systematyczności w tym nie ma.


W jaki sposób rozgrzewasz się przed graniem?


Zazwyczaj są to proste ćwiczenia techniczne, które, jak sądzę, wszyscy gitarzyści znają -ćwiczenia manualne polegające na koordynacji obu rąk. Z punktu widzenia muzyki one często są bez sensu - chociażby granie po kolei półtonów na jednej strunie. Druga, najbardziej sprawdzona i rozsądna forma, to ćwiczenie skal. Skale to język muzyczny. Układamy palce na gryfie, przy okazji sobie utrwalamy następstwa dźwięków. Wszelkie interwały grane na skalach to bardzo dobre ćwiczenia. To rozwija, oczywiście z założeniem, że granie skal to tylko ćwiczenia.


To bardzo ważna rzecz. Niektórym się wydaje, że w graniu na gitarze chodzi o szybkie i sprawne ogrywanie skal.


Słusznie zauważyłeś - to jest zagrożenie. W dobie zachwytu wirtuozerią często bardziej niż niuansem. Skale są wszędzie dostępne, każdy adept gitary może sobie wejść na YouTube i zobaczyć jak shredder wywija skale od góry do dołu. Ja cenię muzyków, którzy traktują to tylko jako narzędzie, jako materiał dźwiękowy do przekazania czegoś, co nie jest graniem skal, a jest przekazaniem emocji, muzyki. Muzyka nie jest graniem skal.


Jakie były najważniejsze punkty przełomowe w Twoim rozwoju muzycznym?


Pierwszym był moment, kiedy ciocia Basia, podczas wakacji na wsi, nauczyła mnie czterech akordów. To są totalne podwaliny: C-dur, a-moll, d-moll, G-dur. Kolejny, to gdy wróciłem do Jeleniej Góry, skąd pochodzę, i pokazałem te cztery akordy mojemu przyjacielowi z ulicy - Arturowi Lesickiemu.


Szybko zostałeś nauczycielem.


Stałem się jego mistrzem (śmiech). A tak na poważnie, to fakt, że na początku drogi spotkałem Artura był niezwykle ważny. To były czasy, gdy dostęp do jakichkolwiek informacji był znacznie ograniczony. Z Arturem zaczęliśmy ćwiczyć i grać w przeróżnych zespołach młodzieżowych. Kolejny bardzo ważny punkt miał miejsce gdy miałem bodaj 17 lat -pojechałem pierwszy raz na słynne, do dziś istniejące, warsztaty jazzowe w Chodzieży. Tam spotkałem starszych kolegów, wybitnych jazzmanów z Janem Ptaszynem Wróblewskim, Jarkiem Śmietaną i Henrykiem Majewskim na czele. To był wielki przełom. W muzyce jazzowej zobaczyłem dla siebie coś atrakcyjnego - wolność! Improwizacje mną tąpnęły i zacząłem rozwijać się w tym kierunku. A nawet więcej - to nie sam jazz mnie zachwycił, ale fakt, że muzyka, niosąc dużo informacji, może być wyrafinowana i swobodna. Duży wpływ miały też osobowości ludzi, których spotkałem. Następny ważny krok to moje koncerty. Grałem w przeróżnych zespołach, które prowadziłem sam albo z Arturem. Mając 22 lata, z moim zespołem Hurry Up zostaliśmy laureatami festiwalu Jazz Juniors. Mniej więcej na ten czas przypadają moje pierwsze prace jako profesjonalnego muzyka w zespołach artystów, którzy wówczas byli i nadal są gwiazdami. Zacząłem grać w zespole Ptaszyna, równolegle grając także z Krystyną Prońko. Mniej więcej w tym samym czasie powstał zespół Funky Groove, który prowadziliśmy z Arturem. Na basie grał Tomek Grabowy, na perkusji Marcin Jahr. Graliśmy razem przez wiele lat. Dwa razy byliśmy Elektrycznym Zespołem Roku w Jazz Forum. Nasza płyta, bodaj jako pierwsza po transformacji ustrojowej, została wydana przez gigantyczną wytwórnię Polygram i przez dwa lata była w światowym katalogu, czyli była osiągalna w sklepach na całym świecie. Kolejny ważny punkt to moja pierwsza solowa płyta "Nap" z 2005 r., kiedy poczułem, że mam coś do powiedzenia słuchaczom pod swoim szyldem. To było stuprocentowo to, co mi w duszy gra. Dalej to już poszło - każda moja płyta to kolejny przełom.


Jacy muzycy wywarli na Ciebie największy wpływ?


Moją pierwszą fascynacją był blues, a ukochanym gitarzystą był Albert Collins - znany mistrz Telecastera. Słuchałem Claptona, uwielbiałem Led Zeppelin, Jimi Hendrixa. Potem przyszła fascynacja jazzem i tu muszę się szczerze przyznać - mimo, że znam całą masę gitarzystów, to największy wpływ w pierwszym okresie wywarli na mnie Pat Metheny i John Scofield. Następnie wychodząc z przeświadczenia, że w muzyce bardzo ważne są korzenie, chciałem wiedzieć, z czego oni się uczyli. Poznałem muzykę takich gitarzystów jak Wes Montgomery, Joe Pass, Kenny Burrel, czy George Benson (mimo, że ten ostatni zajmuje się obecnie nieco lżejszą muzyką). Lubię gitarzystów z wielu dziedzin. Jeżeli czuję, że ktoś dobrze gra i przekazuje pięknie energię, to mi się to po prostu podoba. W ostatnim czasie niesamowite wrażenie zrobił na mnie Derek Trucks - bluesowy mistrz slide- -u. Pierwszy raz usłyszałem go w utworze "Space Captain" na jednej z piosenkowych płyt Herbie Hancocka. To jest tak świetnie zagrane, tyle w tym feelingu, emocji i muzykalności… Oprócz niego, także Adam Rogers, który gra bardzo skomplikowaną, ale bogatą i ciekawą muzykę, oraz Kurt Rosenwinkel.


Opowiedz o swoim zapleczu sprzętowym.


Od jakiegoś czasu staram się nie brać udziału w tzw. wyścigu zbrojeń. Mam nadzieję, że moje poszukiwania jakoś się kończą, chociaż ostatnio trochę zaszalałem jeśli chodzi o efekty… Moje ukochana gitara to John Suhr Standard - bardzo uniwersalny instrument, na którym gram od wielu lat. Sam z siebie nie ma wyjątkowego charakteru, ale daje możliwość balansowania między różnymi gatunkami. Ma świetny sustain, można zagrać czystą barwą, bardzo ciemnym dźwiękiem przypominającym brzmienia gitar jazzowych, można też ostro zarzęzić. Kupiłem ją 10 lat temu w Nowym Jorku chodząc tydzień po sklepach, żeby znaleźć taką gitarę, która na pewno będzie mi się podobać, więc to nie był przypadek. Mam historyczną gitarę Ibanez AS-100 - jazzowe półpudło. Kolejna to Don Grosh Set Neck - amerykański instrument lutniczy wysokiej klasy, trochę Les Paul-owata, ale mniej zamulona. Mam dwie niesamowite gitary akustyczne Lindy Manzer, która od lat buduje gitary dla Pata i różnych wielkich osobistości muzycznych. To wybitna lutniczka - spotkaliśmy się kilka razy w Toronto i w Warszawie. Zdumiewające jest to, że ona robi te gitary sama (ma tylko jednego pomocnika), a każda brzmi jak gitara Lindy Manzer - to jest jakaś metafizyka. Poznaliśmy się dzięki temu, że w 2003 r. wziąłem udział w nagraniu płyty i w dwóch koncertach Pata Methenego i Anny Marii Jopek. Mam jeszcze fantastyczną gitarę polskiego lutnika Bogusława Teryksa, mieszkającego na stałe w Meinz w Niemczech. On zazwyczaj buduje gitary klasyczne, dla mnie zrobił instrument z nylonowymi strunami, ale z krótszą menzurą. Do gitar elektrycznych mam dwa wzmacniacze - Bogner Ecstasy i Custom Audio Electronics, na którym gram najczęściej. Bogner gra z kolumną Fender Tone Master, którą kupiłem od Grzegorza Skawińskiego, kiedy grał jeszcze w zespole O.N.A. - z tyłu jest wielki napis, którego nie da się usunąć. Tu jazz, tam O.N.A. i jest super (śmiech). Do CAE używam dwugłośnikowej kolumny John Suhr. W obu są głośniki Vintage 30, ale różnica w ich brzmieniu jest ogromna. Fender jest jasny i gra pełnym pasmem, kolumna Suhra jest ciemna i równoważy brzmienie CAE. Mam jeszcze wzmacniacz combo do gitary akustycznej zrobiony przez wrocławskiego elektronika - Eugeniusza Czyżewskiego, który pracował nad nim razem z Arturem Lesickim. Pan Eugeniusz zajął się stroną techniczną, Artur wsłuchiwał się w niuanse.


Jakie jest Twoje podejście do efektów gitarowych?


Bardzo lubię grać z małą ilością efektów, ale coś mnie ostatnio podkusiło i chcąc troszeczkę rozwinąć paletę brzmień w związku z moim graniem w trio, gdzie lubię jak gitara mieni się barwami, zamówiłem system u Marka Laskowskiego, ale jeszcze nie miałem czasu, żeby to wszystko poustawiać (śmiech). Nie wyrzekam się sposobu gry, gdzie jest tylko kabel, Tube Screamer i nieco przestrzeni.


Co poradziłbyś młodemu gitarzyście, który chciałby nieco zgłębić zakamarki jazzowe?


Pierwsza opcja ma miejsce gdy ktoś naturalnie poczuł miętę do jazzu i zastanawia się co z tym fantem zrobić. Natomiast jeśli ktoś pomyśli "gram w zespole rockowym, ale chciałbym trochę poznać jazz w celu poszerzania języka", to takie podejście też ma duży sens. W przypadku pierwszego osobnika, który zafascynował się muzyką jazzową to nie trzeba wiele doradzać - trzeba słuchać, grać, pojechać na jakieś warsztaty, spotykać ludzi i muzykować. W drugim przypadku, wychodzimy z założenia, że gitarzyści, którzy odcisnęli piętno na muzyce, często byli świadomi różnorodności i bogactwa muzyki w jej szerokim spektrum. Na warsztatach zawsze powtarzam, że nie będę nikogo uczył jazzu (chyba, że ktoś bardzo chce, będąc na stricte jazzowych warsztatach). Zazwyczaj moje zajęcia, bez względu na to, czy są to warsztaty bluesowe w Bolesławcu, czy jazzowe w Chodzieży, sprowadzają się do nauki języka, który jest uniwersalny. Wiadomo, że styl jest ważny, jednak ja uczę materiału muzycznego, który sprawia, że muzyk może zagrać i opowiedzieć jakąś historię. Akord d-moll jest takim samym akordem w jazzie, w rock and rollu czy w muzyce klasycznej. Do tego akordu przynależą dźwięki, które tworzą określoną skalę. Dlaczego w szkołach amerykańskich ktoś uczęszcza na lekcje rocka, a mimo to, uczy się też jazzu? Dlatego, że jazz jest bardzo bogaty pod względem harmoniczno-melodycznym. Poznanie języka jazzu poszerza horyzonty, bo jest to język wyrafinowany i warto go znać. Tak też jest w moim przypadku, choć nie jestem przedstawicielem jazzowego mainstreamu. Grając na gitarze zawsze słyszałem swój dźwięk na lekkim rzęchu (z nielicznymi wyjątkami), bo chciałem śpiewać na instrumencie, a nie jest łatwo śpiewać na czystej jazzowej gitarze. Fascynuję się muzyką bogatą harmonicznie i melodycznie, i nie lubię szufladek, czy to jest jazz, czy nie. Zachęcam do nauki języka - jeżeli będziesz znał język, będziesz mógł decydować, jakie chcesz grać gatunki


SPRZĘTOLOGIA
• Gitary: John Suhr Standard, Ibanez AS-100, Don Grosh Set Neck, Don Grosh Relic Strat, 2 razy Linda Manzer Acoustic, Teryks Napiórkowski Acoustic Nylon.
• Wzmacniacze i kolumny: Bogner Ecstasy + Fender Tone Master 4×12", Custom Audio Electronics + John Suhr 2×12", Groove Tubes 45 , Eugeniusz Czyżewski Acoustic Combo.
• Efekty: Tube Screamer TS-10, efekty T-Rex, kilka kostek Strymon, Bogner Red... jest tego bardzo dużo.
• Akcesoria: struny Ernie Ball, kostki Dunlop Jazz 3

Wojtek Wytrążek
Fotografie: Rafał Masłow

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie