Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Steve Howe (Yes)

Steve Howe (Yes)

Zespół Yes to bez wątpienia jeden z najznamienitszych przedstawicieli progresywnego rocka w historii muzyki. Równie imponujące jak ich dokonania jest fakt, że po bez mała pięćdziesięciu latach na scenie kapela ta jest nadal w świetnej formie i daje koncerty na całym świecie.

Tym razem udało nam się zamienić kilka słów z ikonicznym gitarzystą tej formacji, Stevem Howe, który zdradził nam receptę na długowieczność zespołu i wyjaśnił jakich pytań nie powinno mu się zadawać…

Na scenę muzyczną wkroczyłeś jeszcze w latach 70. Powiedz mi proszę jak po ponad czterech dekadach nagrywania piosenek zachowuje się świeżość i entuzjazm do tworzenia muzyki?


Kiedy byłem jeszcze młodym chłopakiem wykształciłem w sobie pewien entuzjazm do grania na gitarze. Dawało mi to mnóstwo satysfakcji. Potem przerodziło się to w sposób na życie. Prawda jest taka, że na pewnym etapie przestajesz sobie zadawać takie pytania i po prostu tworzysz na podstawie tego czego doświadczasz. Może to być miłość, smutek, piękno, czy nawet sztuka. Nie zastanawiasz się po co tworzysz ten czy tamten kawałek - po prostu grasz to co czujesz, a że jako wieloletni wegetarianin, spełniony muzyk i dumny ojciec czuję się bardzo dobrze, to przychodzi mi to niemalże naturalnie (śmiech).


Nie masz wobec tego czasami wrażenia, że z takim bagażem płyt i dokonań powinieneś być może trochę zwolnić tempo? Jakby nie było, od 1998 roku wydajesz średnio płytę rocznie…


Kiedy tak o tym mówisz, to rzeczywiście zaczynam się zastanawiać czy aby trochę nie przesadzam (śmiech). Niemniej jednak wierz mi, że ja ciągle mam apetyt na robienie nowej muzyki i nie wyobrażam sobie przechodzić na wcześniejszą emeryturę. Były oczywiście w mojej karierze chwile kiedy robiłem sobie długie przerwy od grania. Były również albumy, których ukończenie przeciągało się latami, jak chociażby w przypadku Time. Jest też zapoczątkowana w 1996 roku seria płyt Homebrew, którą sobie co jakiś czas rozszerzam. Jak zatem widzisz na nudę nie narzekam, a praca nad tym wszystkim daje mi mnóstwo radości. Na tym etapie swojej kariery nie muszę się już tak przejmować wynikami sprzedaży i mogę sobie pozwolić na komfort tworzenia muzyki dla samego siebie.


Twój imponujący staż na scenie muzycznej rodzi pewne oczywiste pytanie: jaka jest recepta na długowieczność zespołu?


Przede wszystkim przynajmniej jeden członek zespołu powinien mieć łeb na karku (śmiech). W przeciwnym wypadku prędzej czy później wszystko runie jak domek z kart. Bycie w zespole jest czasami bardzo wyczerpujące, tak fizycznie jak i psychicznie, co z kolei rodzi wiele problemów personalnych. Jednego dnia wszyscy są najlepszymi kumplami, innego największymi wrogami. Wszystko to miałem okazję przerobić w praktyce. Niestety ludzie czasami nie nadają na tych samych falach, mają tendencję do wchodzenia w konflikty, nie dbają o siebie, swoją karmę i innych. Możesz tego nie dostrzegać, ale wiele z tych problemów jest również wynikiem nadużywania alkoholu i narkotyków, które mieszają ludziom w głowach. Dlatego właśnie twierdzę, że musi być zawsze ktoś, kto trzyma to wszystko w ryzach. Mi udało się to przetrwać, gdyż dbałem o swoje ciało i samopoczucie. Od około 30 lat jestem wegetarianinem, oddaję się medytacji i biorę odpowiedzialność za własne czyny. Zespoły rozpadają się najczęściej dlatego, że niektórzy ich członkowie uważają, iż świat to jeden wielki plac zabaw, który funkcjonuje pod ich dyktando. Dopiero kiedy jest już za późno przekonują się, że to była tylko iluzja. To doświadczenie sprawiło, że jestem dzisiaj dużo bardziej wymagający jeśli chodzi o ludzi, z którymi współpracuję - zbyt wiele razy w życiu się sparzyłem, żeby ciągle popełniać te same błędy.


Wspomniałeś o byciu wegetarianinem. Dzisiaj nie wzbudza to już takiej sensacji, ale 30 lat temu była to mimo wszystko osobliwość. Jak twój żołądek wspomina tamte czasy?


To prawda, że dzisiaj łatwiej o pewne produkty, a ludzie nie robią już tak wielkich oczu kiedy obwieszczasz im, że nie jesz mięsa. Wszystko jednak zależy od tego czy masz w sobie tyle silnej woli, aby wytrwać w postanowieniu. Wyzwania i problemy są zawsze, niezależnie od tego na co się porywasz. W dzisiejszych czasach uważam to za szczyt ignorancji, kiedy dowiaduję się, że dana restauracja nie podaje dań wegetariańskich, ale jeszcze 20 lat temu to był standard. Zdarzają się też "inteligenci", którzy na wieść o moim wegetarianizmie zachodzą w głowę co ja w ogóle jem (śmiech). Można się z tego śmiać, ale wierz mi, że jest mnóstwo ludzi, którzy nie wyobrażają sobie posiłku bez kawałka padliny. Przy całej technologii żywieniowej i przemyśle, który nasza rasa wykształciła, dalsze hodowanie i zabijanie zwierząt dla pokarmu jest przejawem czystej ignorancji i stagnacji umysłowej. Większość toksyn jakie krążą w naszym organizmie pochodzi właśnie z mięsa zwierząt, które karmiono pestycydami, antybiotykami i bóg wie jaką jeszcze inną chemią. Niestety jednak machina marketingowa nie śpi i każe nam myśleć, że mięso, piwo czy nawet czekolada są nam w życiu niezbędne. Potem tylko czytamy, że jakiś idiota rozjechał kogoś po pijaku, a połowa dzieci w USA ma nadwagę. Umysłowe niewolnictwo to nadal jeden z największych problemów trawiących nasze społeczeństwo.


Kiedy ustalałem szczegóły tego wywiadu z twoim managementem, wraz z numerem telefonu otrzymałem jedno zdanie przestrogi: Nie zadawać głupich pytań i dobrze znać historię zespołu Yes (śmiech). Pomóż mi pomóc sobie i wyjaśnij proszę jakie pytania uważasz za głupie?


Ciekawe, że pytasz mnie o to z tej właśnie strony. (śmiech) Wierz mi jednak, że bardzo często zdarzają się pytania, na które po prostu nie wiem jak odpowiedzieć. Nie dalej jak kilka tygodni temu jakaś dziennikarka zadała mi pytanie: "O czym myślę kiedy gram na scenie?" (śmiech) Pamiętam, że zbiła mnie tym pytaniem zupełnie z tropu, gdyż po pierwsze nie byłem na nie gotowy, a po drugie co ja do cholery mogę na coś takiego odpowiedzieć? (śmiech) Po prostu nie lubię tak osobistych pytań i denerwuje mnie kiedy ludzie próbują ode mnie wyciągnąć takie informacje. Kiedy stoisz na scenie i grasz, w głowie pojawiają ci się przeróżne myśli - często takie, które są przeznaczone tylko dla ciebie. Nie twierdzę, że rozwikłuję wtedy tajemnice wszechświata, ale cenię sobie swoją prywatność i na niektóre pytania po prostu nie odpowiadam. Poza takimi kwiatkami bardzo często ludzie wkurzają mnie pytaniami o to czy chciałbym zagrać jeszcze kiedyś z niektórymi byłymi członkami zespołu. W takich sytuacjach zawsze pytam delikwenta czy on z kolei chciałby zejść się ze swoją byłą żoną? (śmiech) Jest również kategoria pytań oczywistych, na które odpowiedź każdy z łatwością znajdzie w internecie. Takim czymś właśnie poczęstował mnie wczoraj pewien dziennikarz, który zapytał: "Dlaczego na koncertach gramy utwory tylko z trzech albumów?" Odpowiedziałem mu równie inteligentnie: "Bo ludzie je lubią". To właśnie są głupie pytania. Niektóre rzeczy są tak elementarne i oczywiste, że jedyną odpowiedzią jaką możesz udzielić jest "tak" lub "nie". Co byś odpowiedział, gdyby ktoś zapytał cię dlaczego nadal grasz w zespole? Jak można komuś wyjaśnić coś takiego? Czasami po prostu tego nie pojmuję. Dziękuję ci zatem, że dałeś mi w końcu możliwość podzielenia się tym ze światem w przyjaznej atmosferze. (śmiech) Może ktoś teraz dwa razy pomyśli zanim zapyta mnie znowu dlaczego chce mi się jeszcze grać w Yes (śmiech).


To teraz może coś mniej błyskotliwego. (śmiech) W historii waszego zespołu był okres kiedy grało w nim jednocześnie ośmiu muzyków. Rezultatem tego wymuszonego niejako eksperymentu była płyta Union, która chyba żadnemu z was nie przypadła do gustu. Jak wyglądały wasze prace nad tym krążkiem i dlaczego było to przedsięwzięcie z góry skazane na porażkę?


Rzeczywiście nie jest to najlepsza płyta Yes, ale co ciekawe proces jej nagrywania nie różnił się praktycznie niczym od powstawania krążka ABWH. Było tak dlatego, że podczas prac w ogóle nie widywaliśmy się z "drugim" składem. Nasz zespół zrobił jakieś dwie trzecie albumu jeszcze w Europie, oni dograli swoje rzeczy w Los Angeles i jakoś skleiliśmy to wszystko do kupy. Trasa jaka towarzyszyła promocji tego krążka miała wtedy chyba tylko jeden dobry moment, kiedy koncertowaliśmy w Anglii. Każdy się pilnował, działał dyplomatycznie i bardzo profesjonalnie. Poza tym krótkim epizodem cały czas zmagaliśmy się z "podkradaniem" sobie nawzajem uwagi publiczności. To było dość kuriozalne, gdyż nawet kiedy ktoś grał jakąś solówkę, światło padało na kogoś innego, kto wchodził w tym czasie w interakcję z publiką. Poziom ego był zdecydowanie powyżej normy, a niektórym z nas po prostu nie zależało na muzyce. Ważne było to jak się wygląda, ile na tym zarobimy i czy jesteśmy w stanie zarobić jeszcze więcej. Prawda jest taka, że mieliśmy zbyt wielu członków zespołu, zbyt wielu managerów i prawników. Sama idea nie była aż taka zła, ale kiedy ktoś chce schodzić ze sceny wcześniej niż pozostali, a ktoś inny pozostać na niej dłużej niż wszyscy inni, to zaczyna się robić prawdziwy bałagan. Czy na tym zarobiliśmy? Owszem. Czy chciałbym to jeszcze kiedykolwiek powtórzyć? Zdecydowanie nie.


Yes to zespół, który inspirował swoją muzyką takie kapele jak Rush czy Dream Theater. Dla nich to wy jesteście wzorem, ale kto był nim dla was? Inspirowaliście się dokonaniami takich zespołów jak chociażby Pink Floyd czy Genesis w latach 70. i 80.?


Nigdy nie przyglądaliśmy się specjalnie innym zespołom, gdyż byliśmy zbyt pochłonięci tym co działo się u nas. Nie chcieliśmy, aby ich dźwięki w jakikolwiek sposób wpływały na nasze. Nie znaczy to oczywiście, że zupełnie izolowaliśmy się od tego co działo się dokoła nas. Po prostu nie zwracaliśmy na to aż takiej uwagi. W tamtym czasie bardzo podobał mi się zespół Dixie Dregs, który z kolei wiele czerpał z muzyki Yes. To bardzo miłe, kiedy dociera do ciebie, że ktoś inny inspiruje się twoimi pomysłami i tworzy na ich podstawie własne. Co innego, że w tamtym okresie odnotowaliśmy dość spory skok własnego ego po kilku kolejnych sukcesach. (śmiech) Z drugiej jednak strony doszedłem po jakimś czasie do wniosku, że zespół musi byś świadomy swojej wartości i potrafić to wykorzystać. W przeciwnym wypadku branża zje go na śniadanie i zdąży o nim zapomnieć jeszcze przed kolacją. Ponieważ nam się udało, mogliśmy sobie pozwolić na komfort uważania się za najlepszy zespół na świecie, co w rezultacie pozwoliło nam osiągnąć naprawdę duży sukces i dało mnóstwo frajdy z tworzenia muzyki. Jak się okazuje, czasami samo przekonanie o swojej wartości potrafi zdziałać więcej niż miliony wydawane dzisiaj na promocję.


rozmawiał Marcin Kubicki

GALERIA
Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie