Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Grzegorz Skawiński

Grzegorz Skawiński

Rok 1954 był bardzo istotny w historii muzyki. W USA w ręce muzyków trafił Fender Stratocaster - najpopularniejsza na świecie gitara elektryczna, którą wspólnie stworzyli Leo Fender, Bill Carson, George Fullerton i Freddie Tavares.

W Polsce, w Mławie 6 lipca 1954 r. urodził się Grzegorz Skawiński, który w swojej karierze najczęściej posługuje się wspomnianą wyżej gitarą i podobnie jak Stratocaster znakomicie odnajduje się w różnorodnych i niekiedy odległych klimatach muzycznych, przez co jest znany i ceniony przez kilka pokoleń słuchaczy.

Kończąc 60 lat, jak długo jesteś muzykiem?


Około 40 lat, granie zawodowe liczę od 1976 r.


Teraz okazuje się, że "wszystko jest jak pierwszy raz" - wracasz do starych klimatów funkowych?


Akurat tak mi zagrało w duszy, a tam grają mi różne rzeczy - taka muzyka też. Fajnie jest czasem wrócić do takiego grania, tym bardziej, że dzisiaj takiej muzyki nie gra się za dużo, nawet na świecie, a przynajmniej nie w ten sposób. Nawet w muzyce funkowej jest bardzo dużo wszechobecnej elektroniki, programowanych rytmów itd. Chcieliśmy, by to było naturalne i stwierdziliśmy - dlaczego nie? Funk graliśmy jeszcze w pierwszym składzie Kombi - choćby utwory: "Jak ja to wytrzymam", czy "Przytul mnie". Słuchaliśmy takich wykonawców jak Chic, Brother Johnson, Quincy Jones - była to świetna muzyka z pogranicza disco, nie mylić z dance (śmiech).


Kto najbardziej Cię inspirował w młodości?


Jako dziecko słuchałem tego, co było w radiu - głównie The Shadows, Beatlesi, Stonesi. To było we wczesnym okresie, kiedy zacząłem się interesować muzyką nie tylko jako podglądacz, czy bierny obserwator. Kiedy już zainteresowałem się muzyką poważniej, był Hendrix, zespół Cream, byli Zeppelini, Deep Purple, Black Sabbath - to jest muzyka mojej młodości na tym się wychowałem. Gitara shadowsowska, czy sposób w jaki grali Beatlesi, Stonesi i granie bigbitowe odeszło w cień kiedy pojawiła się nowa muzyka hardrockowa na bazie bluesa. To kompletnie zmieniło mój światopogląd i pogląd na muzykę - dopiero wtedy zechciałem grać. Byłem przekonany, że będę się starał moją przyszłość związać z muzyką.


Historia Twojej kariery jest bardzo długa. Czy mógłbyś wskazać kilka istotnych zwrotów?


Zwrotów było wiele. Pierwszym było poznanie Waldka Tkaczyka, kiedy postanowiliśmy założyć pierwszy szkolny zespół, a od tamtych czasów gramy razem do dzisiaj. Drugi zwrot to wyjazd do Trójmiasta, granie w grupie Horoskop z Waldkiem Tkaczykiem na basie i z Jankiem Plutą na perkusji. Kolejne etapy można podzielić na kolejne zespoły: Kombi, Skawalker, który później ewoluował w O.N.A. Chciałbym też wspomnieć o swojej pierwszej płycie solowej - "Skawiński" - na którą się odważyłem, pokazując się światu jako gitarzysta, ponieważ ówczesne Kombi nie dawało mi do końca takich możliwości. Ta płyta była kamieniem milowym w moich dokonaniach. Były też inne bardzo ważne rzeczy: pierwsze koncerty rockowe, które obejrzałem jako młody człowiek, między innymi koncert Czesława Niemena z zespołem Akwarele, czy koncert Breakoutu. To były dla mnie niesamowite przeżycia i zupełnie inne czasy. Nie było tak, jak dziś, kiedy praktycznie cała czołówka światowych wykonawców jest do obejrzenia w kraju. Wtedy nie było to proste.


Zostawało wyłącznie radio.


Tak naprawdę tylko Program III.


Teraz mamy Twoją audycję "Gitarmania" w Radio Gdańsk. Choć mieszkam poza zasięgiem tej stacji, to słucham jej przez internet.


Audycję o tym samym tytule prowadziłem w Radio Plus jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Ludzie, którzy pracowali kiedyś w Radio Plus, a obecnie pracują w Radio Gdańsk, wpadli na pomysł, że może bym jednak do tego wrócił. Zgodziłem się, bo uważam, że jest to fajna sprawa. Audycja jest w bardzo dobrym paśmie - w soboty między 15:00 a 17:00. Wyłączając wiadomości i reklamy to blisko 2 godziny, podczas których można zaprezentować muzycznie wartościowe rzeczy, które trudno usłyszeć w radiu. Mam do spełnienia misję, by krzewić muzykę gitarową i pokazać ludziom, że gitara niejedno ma imię, że może mieć różny wyraz. W mojej audycji prezentuję muzykę najróżniejszą - od popu, przez bluesa, do jazzu, czy form eksperymentalnych. Czasem nawet prezentuję muzykę klasyczną.


Przedstawiasz również wykonawców, którzy są w Polsce zupełnie nieznani. Zauważyłem też, że często wracasz do Jeffa Becka.


Obecnie to jeden z moich ulubionych gitarzystów. Koleś gra niesamowicie, choć trzeba powiedzieć, że nie gra jakichś skomplikowanych technicznie rzeczy. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego faktu, że za pomocą kilku nut potrafi przekazać tak wielkie emocje, że setki nut wyrzucanych przez innych gitarzystów, mordercze techniki i inne historie absolutnie nie robią na mnie takiego wrażenia. Jeff Beck potrafi mnie rozłożyć na łopatki trzema dźwiękami. Powiem więcej - jest dla mnie wielką inspiracją. W moim graniu też chciałbym dążyć do tego, by za pomocą jak najmniejszej ilości nut wypowiedzieć jak najwięcej treści. Kolejną wielką i nieustającą inspiracją jest dla mnie Jimi Hendrix, choć w moim stylu grania może nie słychać za dużo jego wpływów. Bezpośrednio nie zaadaptowałem zbyt wiele z jego gry, natomiast muszę powiedzieć, że jako artysta, twórca, wizjoner, swego rodzaju fenomen, jest dla mnie największym muzykiem XX wieku.


Z Beckiem i Hendrixem łączy cię miłość do Fendera Stratocastera, do którego zawsze wracasz i modyfikujesz na swój sposób - co najczęściej zmieniasz?


Wiele razy próbowałem odchodzić od Stratocastera, grając na instrumentach innych marek. Ciekawiły mnie inne gitary, chciałem coś zmienić, ale zawsze wracałem do Fendera i teraz jestem przekonany, że nigdy od Fendera Stratocastera nie odejdę. Jest to jedyna gitara, na której jestem w stanie wyrazić się jako muzyk. Idealnie oddaje moje stany emocjonalne, jest doskonale dostosowana do mojego sposobu gry i myślenia. O dziwo, ten słynny fenderowski drut, czy jak to się ładnie mówi - druciane brzmienie - daje największe możliwości kształtowania artykulacji. Można z dźwięku najwięcej wydobyć. Na Stracie doskonale słychać, że gra akurat ten, a nie inny gitarzysta. Ona jest świetna, bo ma swój indywidualny charakter. To w pewnym sensie mój ideał, bo nie potrzebuję niczego więcej niż dźwięk singli i tremola. W pełni się na niej wyrażam, stąd ciągłe powroty do Stratocastera, mimo prób odchodzenia od niej. Pytałeś o przeróbki. Ja myślę, że każdy muzyk ma jakieś swoje patenty. Ponieważ ja gram bardzo dużo z tremolem, więc mam specjalnie zrobioną i ustawioną wajchę. Gitara ma podcięty korpus, żeby tremolo chodziło w obie strony, a jednocześnie nie odstawało od korpusu, żeby mostek nie był za bardzo uniesiony do góry. Wajchy mam zrobione przez lutnika. Są one trochę grubsze niż oryginalne fenderowskie. Bardzo istotny jest sposób mocowania - nie są wkręcane, tylko wciskane. Wszystkie tremola mam przerobione w ten sposób, bo nie lubię kiedy dźwignia opada podczas grania. Ona musi być w tym miejscu, gdzie ja w danym momencie chcę - tam gdzie ją zostawię, tam ma być. Grając solowo praktycznie nie wypuszczam tremola z ręki. Z tego wychodzi ogromna część mojej artykulacji. Bez tego nie byłbym sobą.


Całość znakomicie stroi, więc klucze z pewnością masz blokowane.


Tak, oprócz tego siodełka kulkowe typu Roller Nuts, dzięki czemu struny na siodełku się nie blokują. Na mojej gitarze można grać dokładnie tak, jak z Floyd Rosem. Gitara trzyma strój i świetnie reaguje na najdrobniejsze niuanse.


Miłość do Stratocastera jako takiego nie przerodziła się u Ciebie w przywiązanie do konkretnych egzemplarzy.


Nie kolekcjonuję instrumentów - mam tylko takie, które się nadają do grania i są użytkowe. Nie zbieram instrumentów do powieszenia na ścianę, czy zabytkowych - kompletnie mnie to nie interesuje. Jedne gitary lubię bardziej, inne mniej. Czasem pozbywam się sprzętu. Sprzedaję gitary czy wzmacniacze kiedy nie widzę dla nich zastosowania. Od czasu do czasu robię jakieś wietrzenie, żeby pojawiło się coś nowego. Wszystko co mam gra. Teraz gram na białym Stratocasterze, którego lubię, ale trudno powiedzieć czy będę na nim grał przez następne pięć lat.


Patrząc na Twój system gitarowy, od początku uderza ogromna ilość efektów w szufladach racka przełączanych wielkim sterownikiem MIDI w potężnym pedalboardzie. Czy nie masz czasem ochoty odstawić tego i wrócić do klasycznego zestawu gitara - kabel - wzmacniacz?


Wbrew pozorom używam naprawdę niedużo efektów. Moje pedalboardy i racki konstruuje Marek Laskowski - firma MLC - Mark L Custom. Bazowo gram na bardzo prostym brzmieniu. Zestaw jest trójdrożny. Wzmacniacz i środkowa kolumna są niealterowane, czyli podstawą jest właśnie gitara - kabel - wzmacniacz, ewentualnie z jakimś overdrivem po drodze. Wszystkie efekty modulacyjne i przestrzenne (stereofoniczny chorus, tremolo, delay) są podawane na kolumny boczne, które są sterowane z końcówki mocy. To jest jakby mini nagłośnienie dla wzmacniacza, który gra podstawową barwą. Sygnał z niego jest rozdzielany i poprzez efekty przestrzenne i stereofoniczną końcówkę mocy idzie do kolumn bocznych. Podstawa, czyli wzmacniacz Friedman i kolumna Mesa/Boogie nie są niczym alterowane, więc wszystkich uspokajam, choć sprzęt wygląda groźnie i jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że to samo gra (śmiech). Mimo wszystko droga sygnału jest dosyć prosta. Nasz akustyk mając na trzech oddzielnych kanałach podstawę i efekty w stereo może dozować tyle, ile potrzeba na przodach.


To bardzo praktyczne rozwiązanie.


Rzadko o tym mówię, bo nikt o to nie pyta, a ludzie myślą, że ja tam mam nie wiadomo jaką elektrownię. Całość wygląda bardzo bombastycznie, bo musi znosić podróże i kilkadziesiąt koncertów w sezonie, gdzie nie może być mowy, że coś się psuje.


Dowiedziałem się, że budujesz nowe studio nagrań.


Moje studio buduje Sławek Mroczek - właściciel studia Custom 34 z Gdańska Osowy. To będzie siostrzane studio i będziemy współpracować. Moje studio będzie przystosowane do nagrywania całych zespołów na żywo. Będzie kilka różnych pomieszczeń - 6 izolowanych budek i dwa większe pomieszczenia - jedno 50 m2, drugie 30 m2, do nagrywania chociażby bębnów czy fortepianu. To jest zaprojektowane, by nagrać np. 7-osobowy zespół w pełnej separacji instrumentów. Obecnie jesteśmy na etapie układania wytłumień. Studio znajduje się na głębokości 6 metrów pod ziemią, żeby nie niepokoić sąsiadów. Jak dobrze pójdzie, jeszcze w tym roku zadebiutuje. Robimy też specjalne pomieszczenie do nagrywania basu, z potrójnym tłumieniem.


Czyli jest szansa, że w nowym studiu powstanie "Me and My Guitar 2"?


Chciałbym, żeby tak było (śmiech). Jednak studio nie będzie tylko dla mnie - to jest projekt w pewnym stopniu komercyjny, natomiast myśląc o studiu, myślałem o tym, by zrealizować wszystkie swoje marzenia jeśli chodzi o nagrania. Może pod koniec roku zacznę pracę nad kolejną solową płytą. Na razie zajmujemy się promocją albumu "Wszystko jest jak pierwszy raz" i szczerze mówiąc nie za bardzo mam czas, żeby w tym momencie zająć się czymś innym. Tworzenie czegoś nowego to zawsze bardzo ekscytująca perspektywa. Chciałbym nagrać płytę, na którą zaproszę paru znanych ze świata gości. Chciałbym też zarejestrować wszystkie podkłady na żywo, podobnie jak na ostatniej płycie Kombi - to jest zupełnie inna energia, niż nakładanie śladów po kolei.


Wróciłeś do starej szkoły.


Tak się nagrywało kiedyś. Nagrywanie na setkę to genialna rzecz. Tego typu energii, zgrania, feelingu nie można osiągnąć w żaden inny sposób, nakładając warstwy na siebie.


Niedawno pojawiliście się z Waldkiem Tkaczykiem na koncercie jubileuszowym Agnieszki Chylińskiej.


Wszyscy pytają, czy to zapowiedź reaktywacji O.N.A. Powiem szczerze, że jeszcze na ten temat z Agą nie rozmawialiśmy. Zobaczymy co przyniesie los. Najważniejszą rzeczą jest dla nas to, że zakopaliśmy toporki wojenne i jesteśmy bardzo z tego powodu szczęśliwi. Żeby było śmieszniej, nie widzieliśmy się do momentu wyjścia na scenę. Próbę zrobiliśmy z zespołem Agnieszki w Warszawie, kiedy jej tam nie było. Także nasze reakcje na scenie nie były przygotowane tylko zupełnie spontaniczne.


Które ze swoich solówek poleciłbyś do ćwiczeń?


Solówki z utworów "Proszę wróć" i "Bezchmurne niebo" - to są bardzo ciekawe rzeczy pod względem artykulacji, ale też pod tym względem trudne. W nich jest idea grania Jeff Beck-owego - niby minimalizm, ale jednak to nie jest takie proste do zagrania, choć słuchając odnosi się inne wrażenie.


Co poradziłbyś gitarzystom na początku muzycznej drogi?


To co powiem zabrzmi strasznie banalnie - być sobą i poszukiwać własnej drogi. Nie grać jak ktoś tam. Korzystać z wzorów, a nie wzorować się na kimś - to jest bardzo ważne. Czerpać całymi garściami z muzyki te elementy, które się czuje i które można zastosować do swojego własnego stylu. Próbować za wszelką cenę pracować nad własnym stylem, bo Steve Vai już jest, tak samo Jeff Beck, Malmsteen czy Petrucci. Wielu innych też już mamy. Najtrudniejszą rzeczą w muzyce i w byciu muzykiem pełną gębą jest odnalezienie własnej drogi, własnego brzmienia, własnego sposobu tak, że jak zagrasz parę nut, żeby każdy kto cię słucha od razu poznał, że to ty - to jest największe osiągnięcie. Niekoniecznie musisz być najszybszym gitarzystą, bo zaraz znajdzie się ktoś, kto gra szybciej czy sprawniej. Nie na tym cała rzecz polega. Rzecz polega na tym, żeby mieć swój indywidualny ton, frazę, sposób wypowiedzi na instrumencie - to jest najważniejsze w muzyce.


Czy po tylu latach pracy czujesz się spełniony jako muzyk?


Absolutnie nie czuję się spełniony. Jeśli czułbym się spełniony, to by oznaczało, że już nic mnie nie czeka. Myślę, że mam jeszcze trochę do zagrania, parę płyt przed sobą. Chciałbym całe swoje życie przeżyć grając, poszukując, zadowalając siebie, a przy okazji zadowalając innych. Póki zdrowie pozwoli, to na pewno łatwo się nie poddam.


Bez względu na to, co mówią ludzie, konsekwentnie realizujesz swoje wizje artystyczne, mimo, że są one nieraz zaskakujące.


Powiem więcej - zwroty akcji mogą być najbardziej niespodziewane i najdziwniejsze na świecie. Ja się tego nie boję i nigdy się nie bałem. Uważam, że nie mam nic do stracenia, a bardzo wiele do zyskania. To jest moje życie, idę swoją drogą i jak ktoś chce podążać ze mną to zawsze może być moim przyjacielem w muzyce, a jak ktoś nie chce, to nie musi.


Rozmawiał: Wojtek Wytrążek
Zdjęcia: Kobaru

Uwaga!
Pierwsze dwie osoby, które napiszą do nas maila na: szymon.kubicki@magazyngitarzysta.pl i podadzą tytuł audycji gitarowej, którą prowadzi Grzegorz Skawiński otrzymają egzemplarz ostatniej płyty Kombii "Wszystko jest jak pierwszy raz". Zwycięzców poinformujemy mailem.

Dziękujemy za maile. Konkurs zakończony!

GALERIA
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie