Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Renata Przemyk

Renata Przemyk

W związku z premierą nowej płyty Renaty Przemyk "Rzeźba dnia", zapraszamy na obszerny wywiad z artystką, który przeprowadziliśmy krótko przed trafieniem krążka na sklepowe półki.

Kim jest Renata Przemyk?


Człowiekiem (śmiech). Bardzo trudno odpowiadać na tak proste pytania, żeby nie otrzeć się o banał. Szczęśliwym człowiekiem, któremu udaje się robić to, co kocha. To jest rzadki luksus, zwłaszcza, że przez te 25 ostatnich lat (w tym roku jest jubileusz) nieprzerwanie gram, nagrywam płyty i mam rzeszę odbiorców tak wiernych, że dzięki nim jestem w stanie cały czas tworzyć. Bo tego nie robi się dla siebie, nawet jeśli jestem swoim własnym krytykiem, tym pierwszym, bo to ja sama wyznaczam sobie kierunki rozwoju. Później jednak piosenki daje się ludziom do posłuchania i czeka z wielką ciekawością czy im się spodobają czy nie. Największym wrogiem sztuki jest obojętność. Jeżeli słuchacze przyjęliby moje piosenki bez emocji to chyba przestałabym śpiewać. Z dwojga złego wolę kontrowersje.


Jaką rolę narzuca artystce obecnie popkultura z jednej strony a sztuka z drugiej? Nie ma Cię na Pudelku, nie tańczysz z gwiazdami, nie gotujesz na wizji… nie robisz wokół siebie szumu.


I dokładnie odpowiedziałaś na pytanie! Albo jest sztuka, albo jest szum. Dobrze jak w trakcie premiery tego szumu trochę jest, ale związanego wyłącznie z wydarzeniem artystycznym. Wiem, że decydując się na pokazywanie ludziom tego co robię, gdzieś tam daję przyzwolenie na interesowanie się swoją osobą i bycie rozpoznawalną. I to się przydaje, kiedy jestem twarzą swojej muzyki i jej wizytówką. Jeśli wizerunek jest w służbie sztuki.

Kocham muzykę, kocham grać, to wywołuje we mnie mnóstwo cudownych emocji. Później, gdy widzę ile to ludziom sprawia radości, jestem spełnionym zawodowo oraz artystycznie człowiekiem i to jest olbrzymia frajda. Nie czułabym się spełniona, gdyby ktoś prosił mnie o autograf nie wiedząc kim jestem, poza tym, że taka osoba pokazuje się w telewizji, wyciera na dywanach i nic więcej ponadto.


W ’89 roku grałaś w Jarocinie z Armią...


Grałam wtedy ze swoim zespołem. Armia nas zaprosiła na półgodzinny koncert. I to, że wtedy gdzieś mnie znaleźli, kompletnie początkującą, że im się to spodobało na tyle, żeby zaprosić mnie do Jarocina, do tej pory jest dla mnie zagadką. To jest palec boży, jakieś skrzydło anioła, że komuś ot tak po prostu "wpadłam w ręce".

Było podobnie jak w przypadku Kaśki Nosowskiej? Tobie to w jakiś wydatny sposób pomogło?

Oni byli rockowi. Po prostu kapela rockowa, która tam pasowała idealnie. Ja z tym swoim akordeonikiem i kontrabasem, związanymi włoskami, wyszłam na scenę i była konsternacja. Przez pierwsze trzy numery, zanim się wszystko rozkręciło, ludzie nie wiedzieli czy parsknąć śmiechem czy lać od razu. A potem jak poszła machina, jak zaczęli tańczyć pogo... Do końca życia tego nie zapomnę.

Pytam, bo mam sentyment do tego festiwalu. Nie do tej formuły która jest teraz, ale do starego Jarocina.

Każda impreza, każdy festiwal, który zbudowany został na jakichś emocjach, pasji, na dzieleniu się muzyką - nie na sprzedawaniu jej - funkcjonuje tak jak związek: miłosny, koleżeński, przyjacielski. Jest początkowy żar, euforia, potem gdzieś jakaś górka, a dalej wypalenie. Zwłaszcza jak później dochodzi jeszcze czynnik komercyjny, jakiekolwiek mechanizmy finansowe, robi się równia pochyła, to się toczy potem już tylko dół. Żal mi tamtego Jarocina. Dla mnie to była inicjacja.

Ja tego Jarocina bardzo potrzebowałam. To był dla mnie taki test, że jeśli tam przeżyję, jeśli sobie dam radę, to nic mnie już nie ruszy. Ryzyko było ogromne, bo stylistyka z jaką się pokazaliśmy, była tak skrajnie różna od tam obecnej. Byłam tam jako widz - to był '83, '84 rok i widziałam koncert Obywatela GC, który nie został dobrze przyjęty.

Całe szczęście, że wtedy było mleko w woreczkach, nie w butelkach… Tam nie było litości, tam mogło się zdarzyć absolutnie wszystko.


Przetrwaj albo zgiń...


Mogło się zdarzyć, że wyjdę i zaraz czymś oberwę… Jedyne co poleciało w naszą stronę, to taka gruba parówa, ale to nie we mnie tylko w stronę basisty. Śmialiśmy się, że ma to jakieś znaczenie, symboliczne (śmiech).

Wiedziałam, że to być albo nie być, tym bardziej, że w maju był Festiwal Studencki. Tam była wygrana, ale ja byłam wtedy osobą chorobliwie nieśmiałą, na scenę wychodziłam z kamienną twarzą, tremę miałam ogromną.

Dwa miesiące później byliśmy na Famie, na której pierwszy raz w życiu zaśpiewałam więcej niż trzy utwory. Wcześniej byłam na kilku przeglądach, wystarczyło mieć dwie piosenki, ewentualnie trzecią, i to był koniec całego repertuaru. Na Famie zrobiliśmy tych piosenek 7 czy 8, starczyło na pół godziny z hakiem. Na tym pierwszym w życiu koncercie myliłam się strasznie. Dostaliśmy tę propozycję z Jarocina i Sławek (Wolski, druga część duetu Ya Hozna) powiedział, że nie jedziemy, bo nas zabiją, nie ma szans. To, że repertuar taki, taka stylistyka, trema, sprawi że będzie po wszystkim. Pomyślałam sobie: "zabiją to zabiją, muszę sprawdzić co będzie dalej". Obliczyłam sobie czas kiedy mniej więcej wejdziemy, nakręcałam się, przygotowywałam psychicznie, miałam taką buteleczkę po Tussipectcie, w której miałam rum. Myślę sobie: "muszę walnąć na odwagę, bo po prostu nie utrzymam się na nogach" (śmiech). Nagle do toalety wbiega moja managerka i w korytarzu ryczy: "Renata, Renata, wypadł zespół przed tobą i wchodzicie już!". Panika. Wyjęłam tę butelkę, walnęłam całość natychmiast, weszłam na scenę. Pomyślałam: "zabiją to zabiją, trudno". Alkohol zaczął działać bardzo szybko i... poszło. Od skrajnej nieśmiałości po brawurę. Przez pół godziny publika nie chciała nas puścić ze sceny. Chcieli bisów, ale nie mieliśmy więcej piosenek. Byliśmy między Moskwą a Gardenią. I Gardenia biedna po nas nie mogła wyjść, bo publika cały czas skandowała. Nie zapomnę tego do końca życia. To był pierwszy dzień Festiwalu, potem zostałam już prywatnie na kolejne dwa dni, chodziłam między ludźmi i miałam m.in. taką sytuację, że pomylili mnie z Korą (śmiech).


Wróćmy na dzisiejszy grunt. Gdybyś miała okazję zmienić coś w polskim przemyśle muzycznym, co by to było?


Jest parę takich rzeczy. Przykre jest, że ludzie nie kupują fizycznych płyt.

Myślę, że to kwestia wychowania młodego pokolenia. To, że internet jest ciągle "nieuregulowany" robi artystom dużą krzywdę.

Wcześniej wyznacznikiem było to, że słuchacze kogoś lubili i kupowali czyjeś płyty, ktoś za to żył i miał na nagrywanie kolejnych rzeczy.

Druga sprawa to jest to, jak telewizja została okrojona z muzyki. Muzyka jest towarem dla konesera, który sam sobie coś wyszpera. Tematyczne kanały muzyczne są puszczane głównie na imprezach. Zostały tylko festiwale, ale i one mają teraz inną funkcję niż promowanie muzyki. Reklama rządzi.

Kiedyś były nagrywane przez Polską Telewizję półgodzinne programy muzyczne, w których mieściło się 6-7 klipów, które były potem emitowane w całości albo pojedynczo. Było to częścią programu,vmuzyka nie była spychana na osobne bieguny, że jeśli ktoś chce czegoś posłuchać, to musi włączyć konkretny kanał.


Jest YouTube.


Dotyczy on głównie młodzieży. Wiele starszych osób nie wyszukuje sobie nowinek w internecie albo nawet nie ma go wcale. Bardzo się zawęził sposób docierania muzyki do przeciętego odbiorcy. Oczywiście - cudownie, że jest to medium - można znaleźć dużo fajnej muzyki jak już ktoś się zdecyduje, ale jest również bardzo dużo śmieci, chłamu, przez który trzeba się przebijać, żeby utrafić coś wartościowego.


Ale to samo się tyczy rozgłośni radiowych... Są RMF-y, Zetki, nawet Trójka robi się coraz bardziej mainstreamowa.


I jestem zdziwiona, bo przez całe życie wychowałam się na Trójce i wiele moich pierwszych płyt było objętych ich patronatem. Potem następne nie były już tak często puszczane. Zawsze mi się wydawało, że to jest dokładnie "Trójkowe" myślenie - stary dobry rock i alternatywa. Agnieszka Olszańska robi fantastyczne rzeczy w kwestii muzyki alternatywnej. I Piotr Kaczkowski, człowiek legenda - on akurat często nas puszcza. Ale są też takie stacje radiowe, dla których nigdy nie będę wystarczająco komercyjna. I dzięki Bogu.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video


Myślisz, że "Kłamiesz" będzie można usłyszeć np. w RMF-ie?


Sama jestem ciekawa, zobaczymy. Ale nie zmartwię się, jeśli ocenią to jako zbyt ambitne (śmiech). Całe życie mnie nosi, nie mogę usiedzieć w jednym miejscu, muzycznie też. Eksperymentowałam od kiedy pamiętam. I gdybym była osobą strachliwą, nie pojechałabym do Jarocina. Mam dużo szacunku do wielkich twórców, którzy trzymają się jednego stylu i robią to przez całe życie, ale sama bym tak nie mogła. Każda kolejna płyta pociągała za sobą komentarze i opinie, bardzo często kontrowersyjne, skrajne. Jednym się podobało bardzo, inni twierdzili, że zdradziłam samą siebie albo ich, bo następna płyta była inna. Od samego początku nikt nie umiał mnie wsadzić do jednej szuflady. Jeśli moja muzyka zaczęłaby się wszystkim podobać, to ja zaczęłabym się naprawdę obawiać, że straciłam pazur. Są na nowej płycie loopy i sample, ale żadna to nowość, używam ich od co najmniej 10 lat. Już dawno stwierdziłam, że nie ma sensu się ograniczać - jeśli podoba mi się jakiś instrument, jakieś brzmienie, zaśpiew, cokolwiek, to biorę: to co mnie inspiruje, kręci, cieszy, to co mi się podoba, to co mi w duszy gra. Byle było emocjonalnie. Cała płyta jest mocno zróżnicowana, ale i spójna - sposobem muzycznego myślenia, wolnością, brakiem śmiertelnej powagi. Dość istotna jest również informacja, że nie wykorzystano na płycie żadnych efektów na moim głosie, nie ma żadnych przetworzeń poza reverbem. To jest tak zaśpiewane. Słyszałam taką uwagę dotyczącą najnowszej piosenki. Nie bez powodu wspomniana przez ciebie piosenka jest o kłamstwie, które nam towarzyszy. Ona ma intrygować w każdej warstwie: brzmieniowej i znaczeniowej, ma dać sygnał, że nie wszystko jest takie jakie nam się wydaje na pierwszy rzut oka. Kiedyś, na samym początku, dzieliłam świat na czarny i biały. Z czasem zaczęłam dostrzegać więcej barw i nie oceniałam już tak surowo. Nie ma człowieka do końca dobrego czy do końca złego. Są sytuacje, kiedy kłamstwo jest aktem miłosierdzia. Nie chcemy ranić, więc nie mówimy przyjaciółce, że źle wygląda a koledze, że jego występ był beznadziejny. Uważamy, że małe kłamstwa są niegroźne a nawet mogą pomóc, przynieść ulgę. Ale zdarza się też, że jedno małe kłamstwo niszczy długą relację. Czasami też okłamujemy samych siebie. To jest temat, któremu się chciałam przyjrzeć.


Trasa z okazji 25-lecia zamyka jakiś etap? "Rzeźbą dnia" otwierasz nowy rozdział? Kolejne płyty pójdą w tym kierunku?


Świat jest pełny fantastycznej muzyki, tak jak krajobrazów, sztuki czy ludzi. Przywiązujemy się do niektórych rzeczy, ale i chcemy iść dalej. Jest tyle cudownych miejsc i związanych z nimi emocji. Wracam do wielu z nich pamięcią, ale mam też dużo otwartości i chęci poznawania tego co nowe, nieustanny głód emocji z tym związanych. Ciągle napełniam się nowymi rzeczami, ale doświadczenia które mam, zostają we mnie , budują mnie jako człowieka, muzyka, jako artystę. Ciągle się uczę artykułować głos w taki czy inny sposób, jeżdżę po świecie, słucham muzyki, ćwiczę sobie następne zaśpiewy, rozwijam się i idę naprzód. 25-lecie jak i inne jubileusze nie są dla mnie, tylko dla publiczności. Chcę w ten sposób podziękować jej za przychodzenie na koncerty, za słuchanie, za bycie ze mną. Z sentymentem wspominam to, co się wydarzyło i nie byłabym tym samym człowiekiem bez tego wszystkiego co było, bez Jarocina, bez pierwszego sukcesu na Festiwalu Studenckim, bez kolejnych fascynacji, nawet bez porażek. Idę jednak dalej, mam już w głowie następne pomysły. Ciekawa jestem jak ta najnowsza płyta się spodoba słuchaczom, ale też mam świadomość, że nic bym w niej nie zmieniła. "Rzeźba dnia" to jest kolejny "kwiatek w moim ogródku", a nie zupełnie nowy kierunek. Nie wiem co będzie następne.


Po raz pierwszy jesteś autorką niemal wszystkich tekstów.


Człowiek dojrzewa do wielu rzeczy. Mało kto wie, że ja kiedyś pisałam.

Na początku byłam bardzo podatnym na krytykę wrażliwcem i udało się paru osobom mocno mnie "ustrzelić". Brałam udział w konkursach poetyckich, pisałam wiersze. Dostawałam wyróżnienia a potem z dnia na dzień przestałam. Po Ya Hoznie trafiłam na Ankę Saraniecką, która idealnie trafiła w moją wrażliwość, sposób widzenia świata i poczucie humoru. Spotkałyśmy się w klubie studenckim, który prowadziła. Na wiele lat oddałam jej działkę tekstową i ciągle jestem pod wrażeniem jej pisania. Lubię być kierowniczką we własnym zespole, ale nie mam poczucia, że pod wszystkim musi widnieć moje nazwisko. Ja się podpisuję pod tym ideologicznie, jako wykonawca, jest to spójne z moim widzeniem świata, sztuki. "Ya Hozna" to był eksperyment, wariactwo, myśmy się świetnie bawili, nie wiedziałam co będzie później, rzuciłam się na głęboką wodę. Z Anką to było bardziej wysublimowane, wielopoziomowe.

W międzyczasie studiowałam. Przed Jarocinem był jeszcze występ w Opolu w "Kabaretonie", rok później Sopot, kolejny rok później "Karolinka" w Opolu, kolejny Sopot… A na jesieni odebrałam dyplom, mając na koncie dwie płyty, mnóstwo propozycji i wsparcie publiczności. I dopiero wtedy podjęłam jednoznaczną decyzję "no dobra, to ja się tym zajmę na poważnie". Anka była też wtedy naszą managerką.

To ona mnie namówiła do powrotu do komponowania. Słabo gram, więc przez długi czas zamawiałam wymarzone melodie u muzyków. Po jakimś czasie okazało się, jak męczące jest chodzenie i proszenie, żeby ktoś mi ułożył to co słyszę, ale nie mam śmiałości zagrać. Wróciłam do gitary, wróciłam do grania i w 1999 roku trafiłam na cudownego człowieka - Maćka Aleksandrowicza, który jest aranżerem, producentem, ma studio nagraniowe w Krakowie. On posłuchał i stwierdził - "to jest fajna melodia, to jest świetne, to jest dobre", zaproponował stylistykę w której można to zrobić. Byłam zachwycona tą współpracą, dało mi to bardzo dużo wiary w siebie. To on wprowadził mnie w świat komputerów, posługiwania się programem muzycznym, od niego kupiłam pierwsze Atari. "Balladyna"- moja pierwsza muzyka dla teatru była zupełnie czymś wyjątkowym, pracowałam z realizatorem, który zajmował się tworzeniem muzyki do gier strategicznych. Strasznie mi się to podobało, jak brzmią nagrania po kilkadziesiąt śladów, całe orkiestry. To było fantastyczne otwarcie się, a Anka wpisywała się w każdy z tych klimatów, więc ja nie miałam zupełnie potrzeby pisać. Ona dokładnie spełniała moje oczekiwania, a ja realizowałam się jako kompozytor. Potem przyszła propozycja dla Magazynu Style (obecnie zawieszona) na felietony. Powstało ich ponad 40. Teraz mnie namawiają, żeby to wydać... czemu nie? Kolejne propozycje teatralne także wymagały by coś dopisać. Cały czas grany jest spektakl "Szyc" według Hanocha Levina w teatrze Barakah, gdzie dostałam teksty przetłumaczone białym wierszem, więc musiałam je zorganizować rytmicznie.

Nauczyłam się pracy z tekstem. Pokonałam też pewną barierę. Wcześniej bałam się, że to co piszę jest zbyt ekshibicjonistyczne, zbyt intymne, że nie będę w stanie sprostać temu by pokazać to w wiarygodny sposób, że nie jestem gotowa by tak się obnażyć. Bo gdy tekst napisze ktoś inny, to ja, nawet śpiewając bardzo intymne rzeczy, zawsze mogę się schować za autora. Może musiałam znaleźć parę dodatkowych słów, coś przeżyć, do czegoś dojrzeć? Umieć nazwać to co czuję, w taki sposób bym miała poczucie wystarczającego komfortu? Uważam się za uczennicę Anki. Od niej uczyłam się konstrukcji tekstu, posługiwania się metaforą . Jeśli uda mi się napisać parę fajnych rzeczy będzie to w dużej mierze zasługa Anki.

Przy "Rzeźbie dnia" dogadałam się też z innym fantastycznym człowiekiem. Jarek Baran, który aranżował i produkował tę płytę, jest po prostu cudowną osobą o anielskiej cierpliwości. A musiał jej mieć do mnie dużo (śmiech). Jest też wysokiej klasy specjalistą od muzycznych zadań specjalnych. Na płycie jest też wiele partii muzycznych jego autorstwa. Bez niego nie miałabym szans na takie brzmienie.


Okładka "Rzeźby dnia" jest niesamowita, kojarzy mi się z plakatem z "Kill Billa". Łączy się to jakoś z twoim żółtym pasem karate? Skąd pomysł, jak powstała, kto to wymyślił?


Bardzo chciałam, żeby to była okładka rysunkowa, od początku miałam pomysł, żeby to było takie jak komiks albo grafiki uliczne. Płyta nazywa się "Rzeźba dnia" i jest o tym, co jest tymczasowe, wskazuje na zmiany, które cały czas mają miejsce, z jednoczesnym naciskiem na to, że trzeba cieszyć się tym, co jest teraz. Każdy może sobie wyrzeźbić swoje życie, każdy dzień. Tylko dziś świat wygląda tak właśnie i my jesteśmy tacy tylko dziś. Jednego dnia jest miłość, drugiego jej nie ma. Albo jest inna. Oczywiście możemy zakładać, że to co zrobimy dzisiaj, kiedyś tam w przyszłości nas uszczęśliwi. Tyle, że nie wiemy czy tego dożyjemy. Na to już nie mamy wpływu. Nie robiąc nikomu krzywdy, przeżywajmy to co się dzieje tu i teraz ze spokojem i pewnością, że tego chcemy. Nie, że ktoś nas zmusi, bo to by był "gwałt na woli". Mamy jedno życie i każdy ma na nie taki wpływ, na jaki sobie pozwoli. Jeżeli ktoś mocno wierzy, że coś się uda, że coś dobrego go spotka, to ma 90% szans na to że tak właśnie będzie. Te 10% zostawiamy przypadkowi.


Kto twoim zdaniem pchnął rzemiosło gitarowe do przodu i dlaczego? Masz jakichś wielkich?


Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie. Jest kilku wielkich, są rewolucjoniści, ale na moje emocje działają "opowiadacze". Niesamowity jest Path Metheny czy Al di Meola.vZawsze szukałam melodii, przestrzeni, która układałaby się w historię, jakąś narrację. Sam popis techniczny mnie nie kręci. Dlatego zawsze ścinałam się z moimi gitarzystami - solówka musiała układać się w melodię, bo to musi być opowieść. Nie przejdzie pięć minut wymiatania dla samej popisówy. Facet musi wiedzieć kiedy skończyć (śmiech). Mogę doceniać umiejętności, ale za tym musi iść zaplecze, temat, historia. Poznałam fantastycznych gitarzystów, Maciek (Mąka) jest najlepszym z jakim grałam do tej pory i udało mi się wyciągnąć z niego to "opowiadanie". Czasem jak się zapomina, leci na oślep, potem wraca na puentę; razem byliśmy w stanie opowiadać rzeczy tak, żeby były krwiste, żeby coś się działo. Każdego gitarzystę da się ocenić nie po tym jak szybko gra, ale jak "śpiewa" na gitarze. O dojrzałości świadczy również to, żeby umieć zwolnić, spauzować, dzielić dźwięki, oddychać, opowiadać, wzruszać. Teraz od niedawna gram z Grzegorzem Palką, bardzo zdolnym, młodym, ambitnym i wrażliwym gitarzystą, świetnie radzącym sobie na gitarze elektrycznej i akustycznej. Jest znakomitym materiałem na dobrego "opowiadacza". Znakomicie dopasowaliśmy się razem z resztą zespołu. Jedną z wielu zalet gitarzysty jest bycie partnerem.

rozmawiała Romana Makówka

Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Zobacz wszystkie