Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Smok Smoczkiewicz

Smok Smoczkiewicz

Nagranie pierwszej płyty zespołu to dla muzyków zawsze poważne wydarzenie. Głowa jest pełna pytań: na co warto zwrócić uwagę, a czego unikać? W jaki sposób przygotować się do rejestracji solówek? Jak osiągnąć stylowe brzmienie? Przed czym się powstrzymać, by nie zepsuć efektu końcowego? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w rozmowie z liderem grupy Sold My Soul.

Jak przebiegała praca nad pierwszym albumem Sold My Soul?


Nagrywaliśmy w Tower Studio we Wrocławiu. W grudniu 2013 r. zarejestrowaliśmy wszystkie ścieżki. Ja stałem w jednym pomieszczeniu, w drugim perkusista, basista w reżyserce - widzieliśmy się wszyscy i w ten sposób nagraliśmy wszystkie kręgosłupowe ślady, czyli sekcję i gitarę rytmiczną. Co prawda nie było to dokładnie tak, jak chcieliśmy, ale udało się zachować trochę dynamizmu i zrobić płytę prawie na setkę. Używałem trzech głów: Orange AD30, Marshall JCM800, a w dwóch numerach Marshall JTM45, na którym nagrałem Telecastera w utworach "One 2 Seven", "Holy Water" oraz "You Made Me Who I Am". Chciałem uzyskać czyste marshallowskie brzmienie, a nie czyste fenderowskie. Z JCM800 się nie da - trzeba mocno skręcić piec, a wtedy on traci dynamikę. Piece podłączałem do kolumny 2×12" z głośnikami Vintage 30. Próbowałem też kolumnę 4×12" na Greenbackach, jednak brzmiała zbyt jasno z przetwornikami EMG. Zaś inna kolumna firmy Marlboro z jednym głośnikiem 15" brzmi na koncertach mega, a w studio za ciemno. Nagrywając kolejny raz na pewno nie będę w tym zespole używał EMG, bo choć są to świetne przetworniki do grania na żywo, to w tego typu nagraniach wychodzą jednak zbyt nowocześnie. Do nagrania gitary prosto z kolumny użyliśmy mikrofonów Shure SM57 i Sennheiser 421. Nagrywaliśmy wszystko przez lampowe preampy m.in. Manley Vox Box i analogowy stół, natomiast rejestracja ścieżek odbywała się w Cubase, bo łatwiej było szybko wrócić do zarejestrowanego materiału w razie potrzeby. Mieliśmy też miksować wszystko ręcznie na stole analogowym, jednak część została zmiksowana cyfrowo. Łączyliśmy stare z nowym i nie wyrzekliśmy się cyfry, bo na same taśmy do wielośladu musielibyśmy wydać dodatkowo około 4000 złotych. Cała sesja była dla nas wielkim doświadczeniem - wiemy, co można zrobić lepiej przy kolejnym podejściu.


Zatem jakie wnioski wyciągnęliście z sesji nagraniowej?


Ciężko pracowaliśmy pod względem psychicznym, nie zgadzaliśmy się co do spraw związanych z miksowaniem, które najlepiej jest zostawić realizatorowi, a nie zasypywać go różnymi uwagami, czego chcemy, czego nie chcemy, bo od tego człowiek może dostać kociokwiku, nie mogąc się skoncentrować na swojej robocie. Mając niezły, jak na debiutanta bez poparcia firmy płytowej, lecz ograniczony budżet wiedzieliśmy, że nie możemy sobie pozwolić na długie eksperymenty. Poza tym nie ma to sensu, bo zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony. W przyszłości zrezygnuję z aktywnych przetworników w studio, bo nie nadają się one do uzyskania vintage-owego brzmienia. Następnym razem najprawdopodobniej skupię się na przetwornikach P-90, które mnie kręcą od dawna.


Kiedyś wspomniałeś mi o zjawisku, które nazwałeś rozwolnieniem artystycznym. Miewasz to dalej?


Parę osób używało i używa takiego określenia w moim kierunku w Anglii. Słucham bardzo dużo muzyki i generalnie mam wiele pomysłów, więc na brak weny nie narzekam. Są ludzie, którzy długo czekają na natchnienie, żeby zrobić jakiś utwór, czasem nawet wiele miesięcy. Ja należę do gitarzystów, którzy ciągle mają bardzo dużo pomysłów. Nagrywam riffy na komórkę, nawet śpiewając w pociągu. Ostatnio jakaś babcia zmieniła miejsce siedzące myśląc, że mnie nawiedziło śpiewając do własnej komórki (śmiech). Po jakimś czasie odsłuchuję to w domu, gram je na gitarze i sprawdzam, czy są na tyle ciekawe, że można je dalej rozwinąć. Często jest tak, że cały utwór przychodzi mi do głowy i całość powstaje w 5 minut. Dlatego ludzie mówią, że mam artystyczne rozwolnienie, co nie oznacza jeszcze nic wielkiego, bo można mieć tysiąc pomysłów, a wszystkie mogą nadawać się jedynie do kosza. Jednak uważam, że lepiej mieć takie rozwolnienie, bo w ciągu miesiąca można z 20 riffów wybrać 2 nadające się do zrobienia utworu, niż nie mieć ich w ogóle.


Dla mnie jako słuchacza przede wszystkim nie są przekombinowane.


Dzięki, doceniam. Wiesz, jeśli mam riff i próbuję zrobić z nim coś na siłę - kiedy coś nie siedzi i zastanawiam się, czy zagrać go inaczej, to myślę sobie - zostaw ten riff, bo jeśli nie Ci wyszedł od razu i próbujesz go poprawiać, to w całym utworze dalej coś nie będzie się zgadzać. W takiej sytuacji wyrzucam pomysł z głowy i nie zabieram go nawet na próbę. To musi hulać od początku, a ja nie chcę przekombinowywać. Jeśli jest moment, że trzeba coś zagrać, to musi się zgadzać już podczas próby. Na przykład jeśli perkusista pomyśli, że w danym miejscu dobrze byłoby zagrać przejście, a ja podświadomie wpadnę na ten sam pomysł w tym samym momencie z melodyką gitary, to się na tym przejściu spotkamy. Tak było na przykład w solówce w utworze "Wciąż żyję" - tak wyszło naturalnie na próbie. Więc tak zostało. Solówki generalnie były tworzone różnie. Jedne grałem już od dawna niemal identycznie i tak nagrałem. Część wyszła spontanicznie w studio. Na przykład solo do "Lady Winter Blues". Włączyłem gitarę, zaimprowizowałem i zostało pierwsze podejście. Natomiast np. solo do "Dream of Yesterday" nagrałem w pięciu trochę różniących się od siebie podejściach i wybrałem to, które mi się najbardziej spodobało, bo miałem za dużo pomysłów naraz.


Nad tekstami również pracujesz w podobny sposób?


Z tekstami jest trochę inaczej, bo nie wychodzą tak prosto jak wymyślanie riffów. Niektóre miałem napisane wcześniej. Czasem mam dwie linijki, które leżą w szufladzie pół roku. Potem je wyciągam i albo próbuję skończyć temat, albo wyrzucam kartkę do kosza. Próbujemy różne wersje. Utwór "Nie znasz mnie" miał angielski tekst, zupełnie o czymś innym. Jednak wersja polska była bardziej osadzona w groovie gitar, a jej melodia lepiej brzmiała. Uznaliśmy, że lepiej zostawić polską wersję jaką zaproponował wokalista i nie forsować na siłę angielskiej. Naprawdę świetny i ponadczasowy tekst to wielkie wyzwanie.


Jak przygotowujecie aranże? Czy wyłącznie opierając się na riffach?


Zakładając zespół większość utworów miałem zrobionych, do kilku miałem nagrania demo zarejestrowane w Anglii. Poprosiłem chłopaków, że fajnie byłoby, gdyby zagrali podobnie, jak to już zostało poukładane. Praktycznie 90% roboty aranżacyjnej wykonałem ja. Teraz, myśląc o kolejnej płycie, na pewno będzie więcej pomysłów aranżacyjnych od zespołu. Mamy pomysł na utwór z brzmieniem dalekowschodnim, w którym groove zaczął kiedyś grać na próbie Waldek Kołcz - basista. Jamowaliśmy dla zabawy, a to mi przypomniało ragi, które kiedyś ćwiczyłem na sitarze i zacząłem się nimi bawić do groove’u basu. Na pewno spróbujemy coś z tym zrobić wspólnie bo ciekawie się zapowiadało.


Czyli nie jesteś despotą jako lider kapeli.


Staram się nie być (śmiech). Uzgodniliśmy, że do pierwszej płyty będzie sporo kontroli z mojej strony, choć nie każdy to przyjął spokojnie. Chodziło mi też o zaszczepienie pewnej kultury pracy i stylu zespołu. Po dłuższym graniu razem zarówno perkusiście jak basiście naturalnie przychodzą do głowy różne pomysły bardzo pasujące do tego, co ja przynoszę. Jesteśmy lepiej zgrani, także życiowo poznając swoje wady i zalety. Chłopaki mają fajne pomysły i chcemy je też wykorzystać. Z drugiej strony przestałem wierzyć w 100 procentową demokrację. W takim zespole to nie działa, więc u nas pewne decyzje są podejmowane demokratycznie, w innych ja, jako lider, mam decydujące zdanie.


W jaki sposób przygotowywaliście się do nagrań? Pytam, spodziewając się w odpowiedzi drobnego instruktażu dla młodszych kolegów.


Ponieważ mieszkamy daleko od siebie, nie mieliśmy możliwości zrobienia tylu prób, ile byśmy chcieli. Zrobiliśmy ich zaledwie kilka przed studiem i umówiliśmy się, że przygotujemy się w domu na ile będziemy mogli, ogrywając kawałki przez dwa tygodnie przed wejściem do studia. Siadałem z gitarą i przez 2 godziny dziennie ćwiczyłem różne rzeczy, by później nie tracić czasu w studio, na przykład próbowałem różne wersje solówek, lub uderzałem struny piórkiem pod innym kątem, by zdecydować co mi bardziej siedzi. Każdy z nas koncentrował się na swojej roli. Czując się odpowiedzialny za tę płytę, chciałem by była klarowna i nie przekombinowana. Nie chciałem by którykolwiek instrument był zbyt mocno wyeksponowany. Chciałem by zespół całościowo był zadowolony z rezultatu. Ludzie powiem wam tak: są dwie drogi by być gotowym do studia. RAZ - mieć dobrze ograny materiał na koncertach, co oznacza minimum 50 koncertów moim zdaniem, lub DWA - odpowiednia ilość prób, nawet jak się jest bardzo doświadczonym muzykiem. U wielu muzyków jest zadufanie, że bez prób będą grać na świetnym poziomie. To bzdura. Nam obecnie brakuje prób, ale niebawem znowu zabieramy się do pracy.


Na tym też polega siła tria - instrumenty są mocno osadzone w swoich pasmach i planach dźwiękowych.


Tak, nawet jeśli jest dość dużo mojej gitary. Dla zrównoważenia na płycie umieściliśmy dwa utwory, w których w ogóle nie ma solówki. Wracając do nagrań - przychodziłem do studia nieco wcześniej, ustawiałem wszystko i grałem na tych ustawieniach riffy i utwory, które danego dnia były do nagrania. W jednej gitarze specjalnie założyłem struny o dwa rozmiary grubsze niż normalnie i przez dwa dni po godzinie grałem riffy i solówki na tych grubych strunach. To metoda wzorowana na treningu biegaczy, którzy czasem biegają z odważnikami na kostkach. Używałem grubszych strun żeby się zmęczyć i wracając do swojego zestawu 10-52 mieć poczucie siły i wrażenie lekkości przy podciąganiu i vibrato.


Nie miałeś problemu z atakiem uderzając zbyt mocno w cieńsze struny?


To trwa przez pierwsze 10 minut. Do tego przy zbyt mocnych uderzeniach gitara trochę nie stroi. Po rozluźnieniu, przy drugim podejściu wszystko wraca do normy - podświadomość wraca do swojej ścieżki.


Czy podczas pracy w studio mieliście jakieś poważne problemy?


Raz poraził mnie prąd. Trzymałem gitarę, a drugą ręką chciałem zamknąć drzwi do reżyserki i kiedy dotknąłem klamki kopnęło mnie. Otworzyły mi się dłonie, a gitara upadła łamiąc główkę. Na szczęście to było 75 V, a nie np. 230 V. Było jakieś przebicie na masie w studio, zresztą następnego dnia zostało to naprawione. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło, choć przez dwie godziny miałem drętwą rękę. Uszkodzoną gitarę wysłałem do lutnika, właściciel studia honorowo zapłacił za naprawę, a nagrywanie solówek dokończyłem na drugiej gitarze.


Całe szczęście, że prąd Cię kopnął i odrzucił, a nie poraził w skurczu.


To była lepsza wersja kopnięcia (śmiech). Granie na gitarze elektrycznej to jednak zabawa z prądem. Co do kopnięcia to polecam naszą płytę (śmiech).


Jak rozwija się promocja płyty?


Płyta została wydana przez zaprzyjaźniony z nami klub w Katowicach. Nie mamy żadnego managementu, nie została ona wydana przez firmę płytową i nie jest też w dystrybucji sieciowej (tego ostatniego akurat nam brakuje). Działamy po swojemu, nie mając poważnego opiekuna, który by się zajął zespołem. Mamy zaufaną wąską grupę wsparcia - to fascynaci muzyki, totalnie pokręceni jak my. Pomagają nam jak mogą. Gramy koncerty, ale nie jest to ilość jakiej byśmy sobie życzyli. Szykujemy większą trasę na jesień. Póki co, chcemy promować się koncertami odwiedzając miasta, w których już graliśmy w ubiegłym roku i przede wszystkim zagrać w nowych. Chcemy się pokazać ludziom wszędzie, bez względu na to czy jest to koncert w klubie, czy impreza plenerowa. Bez dużej promocji płyty możemy działać tylko w ten sposób - małymi kroczkami. Już myślimy o nowej płycie, która będzie nieco inna.


Czego wam życzyć w tym roku?


By jak najwięcej miast, klubów i w ogóle jak najwięcej ludzi chciało nas usłyszeć. Zawsze jak gdzieś gramy po raz pierwszy to ludzie widząc nas lekko się dziwią, czasem uśmiechają z niedowierzaniem widząc nasze dzwony (śmiech). Jednak za każdym razem kiedy schodzimy ze sceny, zyskujemy wspaniałych nowych fanów, a niedowiarkowie są w szoku i często nawet przepraszają, co nas wprawia w niemałe zakłopotanie. Najważniejsze, że dajemy tym ludziom kopa, a oni nam. Pozytywnie i konkretnie! Życzę wszystkim gitarzystom w kraju wyciskania soku z każdej struny - na maxa!


SPRZĘTOLOGIA
• Gitary: Gibson Les Paul ×3
• Wzmacniacze: Marshall JCM 800, Orange AD30
• Kolumny: 2×12"
• Efekty: Jim Dunlop Cry Baby, Jim Dunlop Rotovibe, Boss OC-3 Super Octave

Rozmawiał: Wojtek Wytrążek
Zdjęcia: Kasia Kurowska

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie