Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Wacław "Vogg" Kiełtyka (Decapitated)

Wacław "Vogg" Kiełtyka (Decapitated)

Nowa płyta "Blood Mantra" Decapitated to fantastyczna okazja do porozmawiania z Voggiem - nie tylko o albumie, ale również nowych twarzach w zespole, kondycji polskich klubów, sprzęcie i... zdrowiu.

Praktycznie wszystkie polskie metalowe towary eksportowe są trzymane w ryzach przez nietuzinkowe osobowości, mające bezpośredni wpływ na działalność zespołu. Vader, Hate, Behemoth… no i wy. Nie czujesz czasem, że ta odpowiedzialność spoczywająca na twoich barkach ci ciąży? A może jest odwrotnie. Kontrola nad każdym aspektem Decapitated daje ci komfort i swobodę?


I tak i tak. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Odpowiedzialność za zespół i kilka innych osób to ciągła udręka i ciężka praca, która polega na nieustannym myśleniu i przewidywaniu.To jest praca 24 h. Nie ma czasu na przestój albo jakieś dłuższe wakacje. Cały czas coś się dzieje, ciągle trzeba coś zrobić, jest generalnie masakra. Nie raz pracujemy przez cały weekend albo zarywamy noce. Ale z drugiej strony jesteś panem swojego losu, sam decydujesz o tym co się dzieje w twoim życiu. Jeśli coś nie wychodzi, wiesz do kogo zgłosić reklamację, a jeśli wszystko idzie dobrze, to masz dużą satysfakcję.Tak czy inaczej zespół daje mi przede wszystkim wolność. Nikt mi nie mówi co mam robić i o której mam wstać. Realizuję swoje marzenia i dążę do swoich celów. Jestem człowiekiem wolnym i dlatego decyduję się na tak duże poświęcenie i pracę.


W zespole pojawiły się dwie nowe twarze. Co prawda, Paweł Pasek znany był już nieco wcześniej, ale obecność zaledwie 24-letniego Michała Łysiejko to spora niespodzianka. Większość spodziewała się kogoś z zagranicy na miejscu Kerima (czy słusznie?) lub włączenia się w death metalową zabawę nie kogo innego jak choćby Clouda znanego z "kilku" technicznych zespołów. Co wyróżniło Michała na tle reszty kandydatur?


Po prostu zobaczyłem jego filmik, który przygotował na potrzeby swojej szkółki. Pokazał tam naprawdę dużo fajnych patentów i przede wszystkim na co go stać. Później zobaczyłem jego filmik do "day 69" i to mi wystarczyło. Oczywiście musiałem się nad nim trochę jeszcze poznęcać przez dwa tygodnie tuż przed trasą z Lamb of God, ale udało nam się dojść do porozumienia i teraz jest już zajebiście. Michał ma solidny cios i fajne brzmienie z łapy. Poza tym jest inteligentnym kolesiem, jest punktualny, dotrzymuje słowa i bierze dużo na klatę. Jest również zajebistym typem z poczuciem humoru, więc wszystko się zgadza. Zgrywamy się coraz lepiej. Mam nadzieję, że będziemy ze sobą grać jak najdłużej. Nie chciałem już nikogo z zagranicy, bo wiem, że na dłuższą metę wolę jednak ziomala z Polski. Różnice kulturowe i mentalne często powodują problemy i po prostu nie mam już do tego cierpliwości i czasu. Polak to wiadomo - zakuma głupi dowcip, napije się wódki itd... a odnośnie Clouda to ja z nim próbowałem jeszcze przed dołączeniem do składu Kerima. Kubuś jest fajnym kolegą, ale nie jest dostatecznie dobry, żeby dołączyć do Decapitated. Prezentuje trochę inną szkołę grania i ma za mało czasu, bo prowadzi swoją szkołę perkusyjną.


Zrywacie ze stricte technicznym graniem. "Blood Mantra" przynosi nam jeszcze większą dawkę groove'u niż "Carnival Is Forever" i kieruje zespół na nowoczesne, mocno amerykańskie tory. Deathcore'owe naleciałości, które były słyszalne na karnawale, tym razem ustępują miejsca thrashowej motoryce, melodii, a przede wszystkim, choć paradoksalnie to nadal bardzo gęsta muzyka, przestrzeni. Dzieje się dużo, ale skomasowanie dźwięków nie powoduje, że słuchacz zostaje powalony. Wręcz przeciwnie, podoba mi się to, że jest miejsce na oddech, a nawet wycieczki w stronę Gojiry. Choć to akurat zasługa samego Rasty. Czyja to inicjatywa?


Z Gojira to w sumie wyszlo jakos przypadkowo. Wymyśliłem motyw, Rasta zaśpiewał do niego i okazało się, że faktycznie brzmi jak z Gojira. (śmiech) Co zrobić, czasami tak bywa. Ale faktycznie, jest więcej groove'u i uważam, że "Blood Mantra" będzie super materialem do grania na żywo, chyba najlepszym w naszym dorobku. Będzie do czego się pobujać. Jestem bardzo szczęśliwy, że udało mi się zrobić tyle fajnego groove'u i że w końcu sobie "pogramy". Jest to efekt większej dojrzałości i nabytych doświadczeń podczas trzech ostatnich lat spędzonych w trasie. Zagraliśmy kilka dużych tras u boku m.in. Meshuggah, Gojira, Lamb of God czy Children of Bodom i mieliśmy okazję pograć w największych klubuach Europy i Stanów. Takie rzeczy przekładają się później na to jak tworzysz, aranżujesz i grasz. Nawet na to jak się zachowujesz na scenie. W sumie to na wszystko. Nabraliśmy dużego doświadczenia i to słychać na maksa na nowej płycie. Decapitated w końcu pokazuje na co go stać. Za kilka dni zaczynamy próby przed trasą i już się nie możemy doczekać, aż zaczniemy masakrować nowymi numerami na żywo.

Okładka albumu to kolejna z prac Łukasza Jaszaka, który był odpowiedzialny również za front zdobiący karnawał. Nie ciekawi mnie samo jego wykonanie a korespondencja z tytułem. Osobiście odbieram ten obrazek jako przedstawienie wznoszonej (dosłowne tłumaczenie słowa Mantra) ofiary. Idę dobrym tropem?


Możliwe, że tak właśnie jest. (śmiech) Dla mnie ten obrazek jest wolną interpretacją Łukasza dotyczącą tekstów i tytułu. Teksty są przede wszystkim o człowieku,więc mamy człowieka. Jest też dużo wojny, zła i krwi, więc to też jest widoczne. Plus gest rękoma, który dla mnie bardziej jest wyrazistym gestem i symbolem ludzkiej natury. Może tez chodziło Łukaszowi o wznoszenie - szczerze, nie pytałem go o to.


Krążek ma jeden dość kontrowersyjny fragment. A w zasadzie nie fragment, bo aż trzy pełne i wieńczące album minuty. Chodzi o "Red Sun". To oparte na kilku dźwiękach, psychodeliczne outro pełni rolę klamry, która spina całe nowe oblicze Decapitated. Pytanie jest jednak następujące: Cel był taki aby słuchacz miał moment na oddech, na przemyślenia, czy po prostu chcieliście - a raczej chciałeś - pokazać, że Decapitated równie mocno co młóckę napędzaną blastem lubi też się wyciszyć?


Wiesz co... nie analizowałbym tego aż tak bardzo. Jest to po prostu pewnego rodzaju wyciszenie, moment w którym można się zatrzymać i pomyśleć - wziąć głębszy oddech. Te trzy minuty to taka moja osobista zawiecha i medytacja, która chciałem się podzielić ze słuchaczem. Myślę,ze na 46 minut dość mocnego grania, te 3 minuty są potrzebne, żeby chociaż na chwile odsapnąć i złapać dystans do tego, co się właśnie wydarzyło. Muzyka ma to do siebie, że można grać w różnych tempach, czasami głośniej, czasami ciszej. Im więcej takich urozmaiceń, tym ciekawsza staje się atmosfera. Zróżnicowanie jest jednym z ważniejszych wytycznych dla mnie jako kompozytora od kilku już lat i chcę się tego trzymać.


Jakiego sprzętu użyłeś do nagrań? A może są to te same graty?


Te same, na których gram koncerty. Użyłem tym razem mojego nowego wiosła Ibanez Iceman wykonanego przez LA Custom Shop. Struny Ernie Ball 10-56, głowy EVH 5150 III i paczki tej samej firmy. Kable Laboga, no i kilka busterów, których chłopaki z Herca zawsze używają. Nie pamiętam dokładnie, co to było.


Niedawno Drak z Huntera pochwalił się nam swoją kolekcją gitar. Zakładam, że i ty masz co najmniej kilka wioseł. Masz jakieś ulubione? A może wciąż szukasz tego "jedynego"?


W tym momencie gram na gitarach firmy Ibanez. Podpisałem bardzo dobry kontrakt z tą firmą i z tego co się orientuję jestem pierwszym polskim gitarzystą, który dostaje gitary z custom shopu Ibaneza. Gitki są wykonane dla mnie według moich wytycznych. Jestem mega podjarany tym faktem, bo mam okazję zamawiać i konstruować swoje modele w jednym z najlepszych custom shopów na świecie, który robi gitary dla takich artystów jak Korn, Meshuggah, Fear Factory, Steve Vai, Paul Gilbert, Animals As Leaders czy Slipknot. Gitary brzmią genialnie i są przepięknie wykonane. A jeśli chodzi o kolekcję gitar to posiadam 2 Rany Iron Bird i Thor, Dean ML Custom Shop, Gibson Flying V Guitar Of The Month 2008, Ibanez 7 String 6 String Iceman LA Custom Shop, 7 String Apex, 7 String RGD, 6 String RG. To są moje ulubione wiosła z mojej małej kolekcji.


Obecnie wielu gitarzystów, zwłaszcza w technicznej muzie, korzysta z procesorów typu Axe FX. Zresztą, akurat ten model stał się standardem w całym metalu. Jesteś zwolennikiem tego typu wynalazków?


Jak najbardziej, bo jest to urządzenie, które daje mnóstwo możliwości. Poza tym brzmi to znakomicie. Miałem okazję przekonać się podczas tras z Meshuggah. Ten zespół moim zdaniem brzmi najlepiej na świecie. Nie ma bata, że na tym samym festiwalu, na którym gra Mesh, jakiś band zabrzmi lepiej - ja się nie spotkałem. Oni używają Axe i jest to najlepszy przykład, że to urządzenie się sprawdza. Ja osobiście nie używam tego typu rzeczy i zostaję przy tradycji, czyli wzmacniacz lampowy i paczka plus efekty analogowe, ale może kiedyś, kto wie?


Masz możliwość stałego obserwowania zmian na rynku. Nadal najwięcej koncertujecie poza granicami kraju. Wciąż daleko nam pod względem poziomu organizacji imprez do zachodu? Jak ma się nasz rynek do zachodniego?


Z tego co widzę, to jest u nas coraz lepiej i coraz szybciej zbliżamy się do zachodu. Brakuje nam jeszcze profesjonalnych klubów, w których zwraca się uwagę na brzmienie. Jest to na razie nie do przeskoczenia. Chociaż z tym też jest coraz lepiej i coś się zaczyna dziać. Kluby w zachodniej Europie sa budowane od podstaw pod miejsca, w których będzie się grało muzykę, są to miejsca przystosowane pod każdym względem do tras. Takie kluby mają zajebiste zaplecza, kuchnie, kucharzy, palarnie, stoiska na merch, obsługę itd. Jak graliśmy w Brukseli z Lamb of God, to klub miał nawet profesjonalne studio, które jeśli zespół sobie tego życzy, nagrywa całą sztukę na kilka kamer i od razu po koncercie masz gotowy materiał live. Widziałem wiele takich kosmicznych klubów, że żal dupę ściskał, że u nas jeszcze czegoś takiego nie ma. Np. podczas trasy z Meshuggah, polskie koncerty brzmiały niestety najgorzej, więc jak to widziałem, to sobie myślałem: ale lipa, że polscy fani nie mogą tego przeżyć tak samo jak ludzie gdzieś w Holandii albo Niemczech. Tak czy inaczej Polska zbliża się do Europy i jest coraz lepiej, ludzie podpatrują zachód i uczą się, tak samo zresztą jak i my w zespole. Jest progres z trasy na trasę.

Co do koncertów... Decapitated, od kiedy tylko pojawiła się na to szansa, grało koncerty poza Polską, a najczęściej i Europą. Ten stan rzeczy uległ małej zmianie. Coraz częściej gracie na własnym podwórku, również na mniejszych festiwalach. Przyszedł czas aby wynagrodzić fanom absencję Decapitated na polskiej ziemi, czy to po prostu naturalne działanie biznesowe?


Chcemy nadrobić zaległości.F aktycznie mało graliśmy w Polsce przez ostatnie lata i teraz chcemy grać w kraju jak najwięcej. Dlatego już tej jesieni, od 20-30 listopada zagramy 11 sztuk, a później planujemy drugą część trasy najprawdopodobniej na styczeń 2015. Będziemy jeździć z dziewczynami z Thy Disease, The Sixpounder i Materii. Myślę ,że jest to zajebisty skład, bardzo energetyczny i ciekawy. Wszystkie zespoły mają nowe materiały i będzie czego posłuchać. Tak więc planujemy cisnąć w kraju ile się da i promować "Mantrę" "as much as we can".


Całkiem prywatnie, znasz zarówno Materię, jak i Sixpounder? I bynajmniej nie chodzi mi o znajomość ich występów w telewizyjnym talent show?


Tak, oczywiście, że znam te zespoły. Graliśmy z nimi już kilka razy i zawsze były to duże wydarzenia kulturalne, jak również towarzyskie. (śmiech) Miałem też przyjemność nagrania solówki dla chłopaków z Sixpounder. Z Thy Disease jesteśmy kumplami od lat i bardzo się cieszę, że w końcu pojeździmy razem. Uważam ich za świetny zespół, bardzo ogarnięty i wiem, że nasze wspólne koncerty będą wbijać w ziemię. Materia to młody zespół, ale mają takie jebnięcie na żywo, że po ich występie publika będzie rozgrzana do czerwoności.


Na koniec… Czy kiedykolwiek przestaniesz machać głową na koncertach? (śmiech)


Myślę, że nie, chociaż ostatnio się trochę oszczędzam. Macham już dynią od 20 lat i ostatnio okazało się, że mam spiłowany jeden z kręgów szyjnych. Zrobiłem sobie rentgena i poszedłem do specjalisty od kręgosłupa. Koleś był przerażony, myślał, że miałem jakiś poważny wypadek. Ten kręg naprawdę wygląda jak taka mała piramidka i jest to trochę przerażające. Dlatego muszę co jakiś czas chodzić na dość bolesne masaże, które są już dla mnie niezbędne. Także rada dla muzyków, którzy lubują się w kręceniu tzw. młynków podczas grania: przestańcie sobie robić krzywdę - jest to bardzo niebezpieczne. Więc, jeśli ktoś będzie rozczarowany moim tylko bujaniem się do muzy podczas koncertu, to właśnie dlatego.

rozmawiał Grzegorz "Chain" Pindor