Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Trzynasta w samo południe

Trzynasta w samo południe

Mówić o nich "uczestnicy programu X Factor" to znaczne uproszczenie, bo udział w TVN-owskim programie to tylko etap w ich karierze. Jak wyglądał jej początek i co się zmieniło dzisiaj w ekipie Trzynastej w samo południe? O tym opowiadają Katz i Pocheć.

Panowie, jak samopoczucie na miesiąc przed ukazaniem się waszego debiutu?


Bardzo dobrze. Czekamy na to, co się zaraz stanie...


Wręcz doskonale! To jest swoiste zwieńczenie dzieła, zwieńczenie sześcioletniej pracy zespołu, ale przede wszystkim ciężkiej, trwającej rok pracy nad albumem.


Właściwie nie do końca zwieńczenie, ale może raczej mały przystanek.

Tak, mały przystanek w drodze na szczyt. Kto wie, może się uda? Fajnie by było. [śmiech]


No właśnie - działacie prężnie w sumie nie od dziś, a od ładnych paru lat. Co działo się z wami przez ten czas? Co udało się wam do tej pory osiągnąć?


Zanim pojawiliśmy się w X-Factorze, bardzo dużo koncertowaliśmy i na tym głównie opierało się nasze działanie. Czasami - jak to początkujący zespół - graliśmy nawet za piwo, a i bez piwa się zdarzało grać. Do X-Factora weszliśmy jako zespół, który zagrał już mnóstwo różnych występów. Do tego stopnia, że zaryzykowałbym stwierdzenie, iż wybiliśmy się pod tym względem znacznie ponad jakąś średnią. Dla mnie to ważne, bo to chyba trochę tak jest, że zespół, który dobrze zgrywa się ze sobą grając na żywo, wypadnie lepiej na nagraniu płyty. Ciężej jest oddać oczywiście emocje towarzyszące występom, ale to już zupełnie inna sprawa.


Wydaliście jednak wcześniej EP-kę.


Najpierw małym nakładem nagraliśmy i wypuściliśmy nasze demo, potem pojawiła się również EP. No i generalnie ta EP-ka w założeniu miała zaistnieć tylko w sieci, być "przekonywaczem" do naszego zespołu. Wysyłaliśmy ją do organizatorów, producentów, wytwórni, itp. Minęło trochę czasu i doszliśmy do wniosku, że dobrze byłoby mieć też materiał do rozdania w wersji fizycznej, więc wytłoczyliśmy około stu egzemplarzy. To były kawałki dla ludzi chcących łyknąć jeszcze nieoszlifowanej "Trzynastej" przed zabraniem się za nagranie pierwszej oficjalnej płyty. Mieściło się na niej wiele zabawnych smaczków z czasów, kiedy jeszcze kompletnie nie potrafiliśmy grać na instrumentach. W czasach EPki, oprócz samych koncertów, dużo uwagi skupialiśmy wokół wszelkich festiwali i konkursów. Na nich opłaca sie pokazywać z kilku różnych powodów. Po pierwsze można na nich wygrać jakieś nagrody i dzięki temu np. zmodernizować sprzęt. Zazwyczaj w jury zasiadają wpływowi ludzie związani z kulturą, co często owocuje kolejnymi, lepszymi propozycjami. Tak poznaliśmy chociażby Wojtka Hoffmana oraz Bogusza Rutkiewicza - członków zespołu Turbo, od których usłyszeliśmy ciekawe i przydatne porady. Do X-Factora też poszliśmy w pełni świadomie - wiedzieliśmy na czym nam zależy i w rezultacie udało się nam osiagnąć o wiele więcej, niż zakładaliśmy. Nie spodziewaliśmy się tego, ale szczęśliwie poradziliśmy sobie z takim obrotem spraw i podpisaliśmy kontrakt płytowy z Sony Music Poland.


Czyli zdajecie sobie sprawę, że jesteście ogromnymi szczęściarzami? Jako zespół grający rock'n'rolla, przebrnęliście przez talent show omijając wielką falę hejtu.


Braliśmy pod uwagę, że znajdą się tam ludzie, którym nie do końca spodoba się nasza muzyka, ale podeszliśmy do tego w zdrowy sposób. Byliśmy przede wszystkim sobą i nie udawaliśmy żadnych smutków, bo przecież to by było nieszczere. Faceci na scenie grający rock'n'rolla, a płaczący rzewnie za sceną? To nie trzyma się kupy. Każdy ma w swoim życiu jakieś przykre historie, ale przecież lepiej dzielić się z innymi tym, co jest radosne i co nas bawi. Taka jest nasza płyta, taki jest nasz cały zespół. Lubimy dawać energię i już.


Co ważne, nikt tam na nas nie wywierał presji, ani nie wymagał od nas żadnych zmian. Pozwolono nam obnosić się ze swoją głupkowatością i rockową pompą. Za to duży ukłon w ich stronę.


Jak to jest, kiedy z 4 tysięcy lajków na fejsie robi się ich pięć razy więcej? Poradziliście sobie z nagłym przypływem fanów i sławy?


Rzeczywiście trochę się pozmieniało i mamy teraz sporo roboty, ale ona jest bardzo nakręcająca. Zdarza się, że wracasz do domu totalnie bez sił i jeszcze musisz prowadzić samochód, bo akurat na ciebie wypadło bycie kierowcą i ledwo wracasz. Kiedy jednak wchodzisz do domu i kładziesz się spać, to z myślą, że nie możesz doczekać się kolejnego wyjazdu. Od ludzi, grania koncertów i wszelkich innych zajęć z tym związanych płynie masa pozytywnej energii. Jak zresztą choćby to, że siedzę tu teraz i daję wywiad dla Magazynu Gitarzysta, który kupuję od 2007 roku - od kiedy tylko zainteresowałem się muzyką.


Tak naprawdę wcześniej to była czysta przyjemność, teraz dopiero czeka nas prawdziwie ciężka praca.


Fajnie też, że możecie sobie na to pozwolić. Gdzieś prócz tego daje się we znaki praca albo studia?


Wszyscy studiujemy, radzimy sobie z tym. To jest też tak, że nie każdy ma możliwość podpisania kontraktu z największą wytwórnią w Polsce i mieć ludzi, którzy chcą go słuchać na koncertach. Złapaliśmy Pana Boga za nogi. Priorytetem zawsze była muzyka i granie a teraz widzimy tego efekty.


Jeśli jest szansa, należy z niej po prostu korzystać.


Czyli robienie muzyki to bardziej dobra zabawa, czy raczej ciężka praca?


Zdecydowanie dobra zabawa! Wiadomo, że wiąże się to z ciężką pracą, ale myślę, że każdy kto gra na jakimś instrumencie wie, że kiedy zaczynasz grać, przestaje liczyć się wszystko dookoła. Jeśli uda nam się w ten sposób żyć, to chyba lepiej już nie można.


Więc jak się w takim razie bawiliście przy nagrywaniu tej płyty? Jak wyglądała praca nad waszym debiutem?


Zeszło nam przy tej pracy sporo napojów energetycznych. Nagrywaliśmy zazwyczaj do drugiej w nocy - głównie dlatego, by dobrze wykorzystać czas spędzony w studiu, który przecież nie jest za darmo. Kiedy nagrywaliśmy tę płytę, jeszcze nie wiedzieliśmy kto będzie naszym wydawcą. Byliśmy bardzo skupieni na nagraniach i efekcie jaki chcemy nimi osiągnąć.. Na każdy numer przypadły dwa, trzy take'i, żeby wyciągnąć z każdego z nich jak najwięcej energii. Wszyscy byli zaskoczeni tym, że te nagrania przebiegły tak sprawnie i szybko.


Więc ile czasu spędziliście łącznie na pracy w studiu?


Tak naprawdę pięć dni... szóstego dnia dogrywaliśmy jeszcze jeden polski numer, bo uznaliśmy, że jeden taki się przyda, skoro płyta wychodzi na polski rynek.


Właśnie miałem spytać - dlaczego płyta jest nagrana w dwóch językach?


Ja w ogóle nie jestem fanem pisania po polsku. Po angielsku wychodzi to o wiele lepiej, wygodniej się w nim operuje środkami stylistycznymi, głównie czasownikami. To Jacek Cygan potrafi napisać piękny tekst w naszym ojczystym języku, mi do końca to jeszcze nie wychodzi. [śmiech] Poza tym przyjęło się, że rockową muzykę śpiewa się po angielsku. Mimo to "polskie" numery wyszły nam całkiem nieźle, na pewno się ich nie wstydzimy. Jeden z tych tekstów jest zresztą pokłosiem tego, co się przez ostatni okres u nas działo, więc wyszedł bardzo naturalnie. Poza tym chcemy osiągnąć sukces w Polsce, ale zależy nam na wyjściu z naszą muzyką daleko poza granice kraju, ponieważ na świecie rock'n'roll przeżywa swoją drugą młodość - on odżywa.


A na czym gracie na co dzień i na jakimś sprzęcie powstała wasza pierwsza płyta?


Całą płytę - prócz ostatniego numeru - nagrałem na basie Epiphone Thunderbird Pro IV. Ostatnio przesiadłem się na Fendera - sygnaturę Duffa McKagana. W tym jazzbasie odnalazłem swoje brzmienie. Zestaw wzmacniaczowo-kolumnowy składa się z Ampega SVT 3 i dwóch 15-calowych kolumn Noisy Boxa zrobionych specjalnie na moje życzenie. Dodatkowo używam jeszcze kompresora EBS, sygnatury Sheehana. Używam go głównie w celu zmiksowania kanału drive z cleanem, bo w niektórych numerach potrzeba większego "mięsa" w basie. Brzmienie kompresuję szczególnie często w małych klubach, gdzie bas leci po prostu z mojego pieca, bez żadnych dodatków w postaci chociażby przodów.


A co, jeśli chodzi o gitary?


Korzystaliśmy z dwóch gitar i dwóch wzmacniaczy, bo jesteśmy zwolennikami minimalizmu. Pierwsza gitara to klasycznie - Gibson, ale w wersji BFG, która jest bardzo charakterystyczna brzmieniowo. Mam też starą V-kę Epiphona, Korinę. To wiosło jest praktycznie tak stare jak ja, i to słychać. Wyprodukowana została jeszcze w jednej z czeskich manufaktur (bo był taki okres, że produkowano je właśnie w Czechach). Ciągle się w niej coś sypie i nieraz wpadałem przez nią w tarapaty. Tak było choćby przed jednym z ostatnich występów w X-Factorze. Na pierwszej próbie wszystko grało jak trzeba, jednak na drugiej próbie jeden z przetworników postanowił się z nami pożegnać. Na szczęście wszystko do takiej naprawy było na miejscu, więc jakoś się z tym uporaliśmy. Powracając do studia: gitary podpinaliśmy do Marshalla i Orange'a z paczkami. Od zawsze jestem zwolennikiem zachodniego sprzętu, jednak od paru lat zafascynowany byłem piecem Aligator firmy Laboga. Niedawno okazało się, że jest to firma z Wrocławia, więc skumaliśmy się z nimi i czasami pan Adam pożycza mi Aligatora na scenę. Jestem bardzo zadowolony z tej współpracy, bo ten piec ma iście rockowe brzmienie. Od czasu do czasu gram też na starym wzmacniaczu Laboga przeznaczonym do grania na basie. Po odkręceniu w nim wejścia uzyskuje się efekt brzmieniowy porównywalny do starych poczciwych plexów. Kosmiczna opcja, którą serdecznie polecam. Polega tylko i wyłącznie na odkręceniu gaina, żadnych zestawów pomocniczych.

A jak ma się u was sprawa z komponowaniem utworów? Kombinujecie wspólnie, czy ktoś was prowadzi przez ten proces?


Najczęściej to ja piszę zarówno teksty, jak i muzykę. Zdarza się, że Katz, Młody albo Krótki dołożą swoje pomysły, albo odwrotnie - przynoszą swoje pomysły na próby, które potem ja gruntownie przemeblowuję.


Co nas czeka, jeśli chodzi o promocję albumu? Niedługo będzie klip do Hell Yeah...

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

Tak - i to najprawdopodobniej będzie klip, którego nikt w żadnej stacji ani w sieci nie puści, bo jest wulgarny, obsceniczny, pełno w nim krwi, seksu i alkoholu. Są też piękne kobiety w jeszcze piękniejszych strojach, dużo ujęć motocyklowych oraz amerykańscy królowie szos. Te ujęcia mamy dzięki pomocy naszych przyjaciół z American Cars Mania. To jednak pierwsza część klipu... Druga to tarantinowska totalna rozwałka. [śmiech] Jednym z moich największych marzeń było zrobienie klipu w stylu Walking Dead - mam nadzieję, że ludzie zrozumieją taką koncepcję. Ten klip miał być chory, bo takie rzeczy uwielbiam, no i cóż... to się nam z pewnością udało. Jedyne czego się boję, to to, że zostanie odebrany zbyt na serio.


Gdzie był kręcony?


W górach, w okolicach Kletna, Bystrzycy Kłodzkiej. Aby nakręcić niektóre sceny jeździliśmy po górach i lasach o piątej nad ranem w samych spodenkach, więc na pewno zapamiętamy to na całe życie [śmiech].


Bawiliśmy się świetnie, gdyby nie ten mróz. Oj, on dał nam się naprawdę we znaki. Natomiast cięcie zombiaków piłą mechaniczną jest... fajne. [śmiech]


Mój wspomniany Epi zakończył tam zresztą swój żywot - posłużył do zarżnięcia zombiaka. Kiedyś wystawimy go pewnie na aukcji za niezłą kasę!


A tak prywatnie jesteście motocyklistami?


Ja, Katz i Młody jeździmy. Nasz perkusista Bandaż jest z kolei kierowcą rajdowym. Co prawda amatorsko - głównie z braku kasy - ale robi to naprawdę dobrze. Gdyby ktoś chciał go wspomóc to wiecie gdzie nas szukać. Ogólnie każdy z nas interesuje się motoryzacją i sportami z nią związanymi.


Tak się poznaliście?


Najlepsze, że nie. Ja i drugi gitarzysta jesteśmy braćmi, Katzu i Amadeusz chodzili z nami do liceum. Bandaż to z kolei wybór z rozsądku, który z czasem przerodził się w miłość. On zawsze był w środowisku perkusyjnym ultrakozakiem, nawet wtedy, gdy my ledwo zaczynaliśmy grać. Kiedy zmienialiśmy perkusistę, spytałem go czy nie mógłby nam kogoś polecić. On wtedy powiedział, że w sumie sam chętnie by z nami pograł. Miał być na próbę, a został z nami na dobre.


Zaklepaliśmy, polizaliśmy i już jest po prostu nasz.


OK, powróćmy do promocji albumu. Jak będzie wyglądać trasa koncertowa? Coś już o niej wiadomo?


Koncert otwierający trasę odbędzie się w warszawskim Hard Rock Cafe. Później będziemy grać w całej Polsce. Pogramy zarówno w dużych miastach jak Wrocław, Kraków, Gdańsk, Poznań, oraz w mniejszych miejscowościach: Zgorzelec, Elbląg, Lubin, Ostrów Wielkopolski. Na pewno często będziemy zapraszać do wspólnego koncertowania naszych znajomych, aby pobawili się promując nasz pierwszy album razem z nami.


Pojawimy się też w Toruniu, Rzeszowie, Łodzi i Kłobudzku. Słowem szukajcie nas w całym kraju. Wszystkie informacje znajdziecie na naszym profilu na fejsie i na naszej stronie www. Będzie się działo!


Płytę będzie można dostać w...?


Płyta będzie dostępna w Media Markt, Saturnach, Empikach, we wszelkich możliwych sklepach muzycznych i oczywiście na naszych koncertach oraz bezpośrednio przez naszą stronę www. Czujemy się dumni z tego, że wydajemy się w tej samej wytwórni, co nasz wzór, jakim jest AC/DC. Przede wszystkim polecamy śledzić nasz profil na Facebooku, tam będzie się działo dużo promocyjnych rzeczy. Zdjęcia, filmy itd. - teraz wszystko jest właśnie tam.

rozmawiał Maciej Barski

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie