Kup Magazyn Gitarzysta

Nagual

Nagual to jednoosobowy projekt blackmetalowy z Krakowa, który jak dotąd wydał bardzo obiecującą EP-kę i aktualnie pracuje nad nową płytą. Wyróżnia go ogromna intensywność, budzący kontrowersje rozmach oraz wplecione w teksty wątki egzystencjalne. Poniżej rozmawiamy z jego twórcą… nie tylko o muzyce.

W obozie Naguala ostatnio bardzo duży progres z tego, co słyszałem. Masz już skład koncertowy, odbywają się próby, stworzyłeś też sporo materiału na nową płytę. Kiedy możemy się jej spodziewać?


W kwestii składu koncertowego - potwierdzam. W sumie jestem z niego bardzo zadowolony, ponieważ dogadujemy się bardzo dobrze muzycznie, ale też światopoglądowo. Nie ma żadnych spin w zespole, także mam nadzieję, że ten skład będzie już stały. Nie przewiduję już tam żadnych zmian. Natomiast wątpię, aby koncerty odbyły się prędko, ponieważ stwierdziliśmy, że zanim wyjdziemy z muzyką "do ludzi", chcemy ją bardzo dobrze wyszlifować. Także mamy już wstępnie ograne wszystko, co chcemy wykonywać na żywo, ale stwierdziliśmy, że chcemy to zrobić porządnie, także będziemy to szlifować prawdopodobnie przez kilka miesięcy. W kwestii nowej płyty, to w Internecie przewidywałem, że wyjdzie ona na początku 2015 roku, natomiast im dłużej nad nią pracuję i obserwuję retrospektywnie swój proces tworzenia muzyki, to myślę, że jest to data nierealna, ponieważ to przychodzi bardzo spontanicznie. Może być tak, że w ciągu miesiąca ją skończę, a może być tak, że w ciągu dwóch lat niewiele się zmieni. No, może bez przesady… miewam długie przerwy, ale nie aż takie (śmiech).


Nie jesteście Toolem.


Tak. Zauważyłem, że średnio raz na kilka miesięcy robię nowy numer, ponieważ to jest bardzo długi proces. Tak naprawdę czasami się zdarza, że w jeden dzień mogę wymyślić większość, a czasami to się bardzo długo ciągnie. Nie jestem raczej zwolennikiem długograjów, ale stwierdziłem, że wypadałoby wydać choć jednego. Zwłaszcza, że część materiału powstała jeszcze przed "Zgliszczami", większość po, także jest to podsumowanie wszystkiego, co robiłem do tej pory, więc to jest idealny moment, żeby wydać tę płytę. Ale przyszłościowo myśląc, bardziej będę uderzał w jakieś EP-ki, ponieważ uważam, że łatwiej jest po prostu ogarnąć umysłem to, co dzieje się na piętnastu czy dwudziestu minutach. W momencie, kiedy przekroczę czterdzieści minut, jest tyle wątków, tyle dylematów, że tak naprawdę jest to trochę nieopłacalne.


Umysł koncentruje się bardziej na szczegółach. Łatwiej jakiś szczegół zapędzić do kąta, złapać i w pełni wyzyskać.


Tak, dokładnie. Dlatego zauważyłem taką tendencję, że częściej mi się EP-ki podobają. To wynika stąd, że artyści mają czas, żeby naprawdę skupić się na tych piętnastu minutach i wycisnąć z nich wszystko. Natomiast kiedy trzeba nagrać długograja, to wszystko się trochę rozmywa. Co nie zmienia faktu, że są oczywiście genialne albumy i wtedy mój szacunek do takiego zespołu jest ogromny.


W kwestii autorstwa utworów na nowej płycie - ty jesteś ich głównym twórcą czy inni członkowie grupy mają jakiś wpływ na ich kształt?


To jest tylko i wyłącznie skład koncertowy, oni prawie w ogóle nie wpływają na to, jak Nagual wygląda na płytach. Ale w kwestii koncertów - oczywiście, jestem otwarty na jakieś modyfikacje. Głównie chodzi mi o sekcję rytmiczną, ponieważ zmiana gitary byłaby zmianą całego utworu. Natomiast to, co gra bas i perkusja trochę się zmienia w relacji do tego, co będzie na płycie, tym bardziej, że perkusja na krążku też będzie nagrywana przez jakiegoś muzyka sesyjnego. Jeden bardzo ważny riff jest autorstwa Mateusza z zespołu i to w sumie był jeden z powodów, dla których go przyjąłem. I jeszcze jeden riff na płycie jest autorstwa mojego starszego brata, który kiedyś grał na gitarze. Ma ogromny potencjał. No i oczywiście perkusista sesyjny będzie miał spore pole do popisu, ponieważ ja nadaję tylko ogólne ramy. Bestia na "Zgliszczach" bardzo dużo modyfikacji wprowadził.


Wiem, że oprócz Naguala zajmujesz się kilkoma projektami pobocznymi i tworzyłeś też między innymi jakiś psybient. Zamierzasz to wykorzystać na nadchodzącej płycie?


To jest pytanie, na które sam nie znam do końca odpowiedzi.Generalnie plan mam taki, aby dodać dużo smaczków na tym albumie, bo uważam, że elektronika jest czymś, co robi świetny klimat w muzyce. Uważam też, że jest to niewykorzystany potencjał w black metalu, ponieważ większość blackmetalowych projektów, jeżeli ma jakąś elektronikę, to bardzo niedojrzale podchodzi do tematu, bardzo oldschoolowo. A elektronika zrobiła ogromny progres od tamtego czasu. W moim drugim projekcie, który nazywa się Invoker, zajmuję się muzyką w stu procentach syntetyczną, z mnóstwem efektów, syntezatorów, brzmień tworzonych od podstaw… to jest zupełnie co innego niż kupienie keyboarda z kilkoma wgranymi presetami, z reguły dość kiczowatymi. Ma to ogromny potencjał. Uważam, że działanie na dwóch płaszczyznach, dla niektórych bardzo odległych, kiedyś może mi zaprocentuje. Będę miał inne spojrzenie na temat. Natomiast na pewno nie będę chciał przesadzić, ponieważ uważam, że muzyka metalowa powinna się opierać na tej pierwotnej naturalności. Tutaj istotna jest kwestia miksu przede wszystkim: klawisze powinny być na granicy słyszalności. Jeżeli nie wysilisz słuchu, to ich nie usłyszysz, ale wyczujesz ich obecność. Gdzieś w oddali będzie ta przestrzeń. Nagual nie pójdzie w stronę drugiego Dimmu Borgir (śmiech). W ten sposób będę chciał to uchwycić na pewno na jednym kawałku - wrzuciłem go nawet w Internet, nazywa się "Myśli".


W wywiadzie dla Limitera zapowiadałeś trochę muzycznych połamańców w rodzaju Ulcerate. Czy dalej chcesz iść w tę stronę?


Udzielanie wywiadów ma to do siebie, że na wypowiedzi bardzo oddziałuje to, co się dzieje ostatnio w życiu człowieka. Wtedy robiłem nawet nie tyle połamańce, co po prostu w jednym kawałku na płycie jest taki moment, w którym grają bardzo głębokie gitary, a z drugiej strony gitara tnie jak żyleta na wysokich strunach. To jest moment stricte zainspirowany Ulcerate.


Teraz odlećmy trochę bardziej w klimaty filozoficzne. Studiujesz ten kierunek i na pewno ma to jakiś wpływ na twoją twórczość. Zastanawia mnie kwestia samej koncepcji "naguala".


Chętnie ją poruszę, bo trochę się pozmieniało (śmiech). Poszedłem na studia filozoficzne ze względu na Naguala tak naprawdę, ponieważ wolałem pójść na jakiś kierunek, który da mi coś muzycznie. Stwierdziłem, że najważniejsza w muzyce - zwłaszcza metalowej - jest ta esencja, i chciałem, żeby moja twórczość była głębsza, niosła jakieś przesłanie.


Ale niekoniecznie intelektualne?


Niekoniecznie intelektualne. Przede wszystkim emocjonalne. Moim zdaniem generalnie w metalu teksty stoją na bardzo niskim poziomie. Nie chciałem tego multiplikować. To jest naprawdę trudne, uważam, że pisanie tekstów jest najtrudniejszą częścią pisania muzyki. Ogólnie te studia bardo dużo mi dały. Jestem chyba jednym z nielicznych studentów, którzy czują respekt względem uniwersytetu. To jest coś, co mnie autentycznie ukształtowało. Natomiast co do konceptu "naguala" - jest to słowo, które zaczerpnąłem z twórczości Carlosa Castanedy i które ma dla mnie wartość sentymentalną. Otwiera ono ogromne pole do interpretacji. Z jednej strony jest to wspaniałe, z drugiej strony jest to niefajne, ponieważ może wrzucić mnie w nurt, z którym mam niewiele wspólnego. Chodzi mi o ludzi, którzy interesują się magią, ezoteryką, którzy są zbyt odklejeni od rzeczywistości. To jest ogólnie bardzo skomplikowany temat. Teraz na filozofii zajmuję się głównie filozofią umysłu i filozofią religii. Granice między czymś wartościowym a farmazonami religijnymi są bardzo śliskie. Nie chcę wykluczać w ogóle takiej tajemnicy Wszechświata i słowo "nagual" oznacza właśnie transcendencję. Bardzo bliska jest mi perspektywa filozofii analitycznej, przede wszystkim młody Wittgenstein, który skończył swój "Traktat logiczno-filozoficzny" twierdzeniem, że "o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć".


I tu otwiera się twoja muzyka.


Tak (śmiech). Powiedzmy. Chodzi o to, że moim zdaniem takie terminy stricte racjonalne, jak "byt", "Bóg" tak naprawdę wynikają z konstrukcji naszego języka. Moim zdaniem konstrukcja języka i konstrukcja psychiki to są bardzo silnie połączone ze sobą rzeczy. Także jestem zwolennikiem może nie empiryzmu logicznego, ale uważam, że przede wszystkim powinniśmy się zajmować tą sferą, która jakoś nas dotyczy. Natomiast błądzenie w jakichś metafizycznych konstruktach jest w rzeczywistości błądzeniem w strukturze umysłu. Jednak nie wykluczam tego. Niesamowite jest to, ze Wszechświat jawi nam się jako pewien paradoks. Nasz umysł myśli zasadniczo w kategoriach przyczynowo-skutkowych. Słowo "odwieczny" też jest dość problematyczne (śmiech). Z drugiej strony sposoby naszego myślenia o kosmosie jako całości są takie, że albo jest odwieczny, albo powstał z czegoś, albo powstał z niczego… to wszystko są bardzo nieintuicyjne kategorie. Pozostaje nam tylko sceptycyzm czy agnostycyzm poznawczy. Raczej nigdy nie dowiemy się, jak jest. Pozostaje nam zaakceptować takie rzeczy, które są najbliżej nas. Troszkę mi się to z buddyzmem kojarzy, ponieważ nauki buddyjskie też mówią, żeby powracać do świata realnego. Przynajmniej buddyzm therawady odchodzi od zagadnień takich, jak pytania metafizyczne, uważa, że one powodują tylko zamęt w naszym życiu, ale nic nam tak naprawdę nie dają. I takie myślenie jest mi bliskie. Natomiast absolutnie nie wykluczam tej sfery tajemnicy albo wglądu medytacyjnego. Na przykład praktyka jogi klasycznej czy właśnie buddyzmu z nurtu hinajany czy therawady to są bardzo bliskie mi rzeczy. Wydaje mi się, że wgląd w struktury umysłu to jest coś, co można nazwać duchowością, ale nie ma to nic wspólnego z tym, że "Bóg nas osądzi po śmierci". Nie chcę absolutnie krytykować jakiejś duchowości, religijności, ponieważ uważam, że jest to sfera, która praktycznie nie istnieje w naszym życiu społecznym. To, co obserwujemy w rzeczywistości społecznej, jest jakąś karykaturą prawdziwej religijności. Wracając do punktu wyjścia, czyli do słowa "nagual" - jest to z jednej strony transcendencja, tajemnica, tylko nie w formie błądzenia w jakichś metafizycznych konstruktach, ale w formie zaakceptowania tego zagubienia egzystencjalnego - że tak naprawdę nigdy nie mamy odpowiedzi. Z drugiej strony oznacza przywódcę grupy wojowników czy szamanów, którzy walczą z samymi sobą, aby dotrzeć do esencji, takiego wglądu poznawczego. Mimo że książki Castanedy to jeden wielki zbiór farmazonów, miejscami pisze pięknie i bardzo motywująco o podejściu takiego "naguala" do życia, kogoś, kto nie zwala winy na świat zewnętrzny, kto nie folguje sobie, tylko bierze wszystko na siebie i przezwycięża swoje słabości. To jest też trochę Nietzscheańskie.


I Sartrowskie.


Sartre też jest mi bliski, aczkolwiek to jest trochę co innego, ponieważ Sarte jest bardziej takim filozofem pesymistycznym, natomiast Castaneda definitywnie nie.


Sartre temu zaprzecza.


Absolutnie nie jestem jakimś znawcą, ale cenię egzystencjalizm za jego szczerość i to, że powraca do sfery pytań fundamentalnych. Jednak jest trochę pesymistyczny. Ja jestem tak pomiędzy egzystencjalizmem, Nietzscheanizmem a… "nagualizmem" (śmiech). Postawą takiego wojownika, który nie dopuszcza słabości, który raczej stara się walczyć, a nie poddawać i narzekać.


No tak. Ale nie zawieszasz kompletnie sądów dotyczących rzeczywistości? Ciągle starasz się dotrzeć do sedna, tylko nie w sensie intelektualnym, co raczej intuicyjnym?


Akurat intelekt jest sferą, którą bardzo cenię. Nawet ostatnio powtarzam sobie frazę, że jeżeli w cokolwiek jeszcze wierzę, to w rozum. Natomiast nie można mieszać porządków - jednak muzyka to przede wszystkim sfera emocji. Na przykład spotkałem się z krytykami na temat tego, że moje kawałki są zbyt emocjonalne. Rozumiem opinię tych ludzi, ale nie zgadzam się z takim podejściem, ponieważ uważam, że muzyka to są przede wszystkim emocje wyrażone przez dźwięki. To jest takie wewnętrzne rozdarcie: z jednej strony bliskie są mi nurty buddyjsko-jogiczne, opanowywania swojego umysłu, a z drugiej strony uważam, że wyrażanie emocji w jakichś szczególnych chwilach, w akcie twórczym czy na koncercie, to sfera, której nie chciałbym się pozbyć i uważam, że jest to ważne. Sztuka jest genialnym katalizatorem emocji.


Nie chcesz nadawać sobie sztucznych ograniczeń. Widzę, że Nagual to nie tylko projekt muzyczny, ale też - w pewnym sensie - sztuka życia.


Nie da się ukryć, że moje życie i Nagual to są bardzo powiązane rzeczy, ponieważ staram się być szczery w tym, co robię. Teraz to się trochę zmienia, ale tak naprawdę całe swoje życie podporządkowałem temu projektowi. Praktycznie wszystko, co robię, jakoś służy temu. Obecnie są te dwa projekty, które traktuję jako równie istotne. Tutaj poruszyliście też inny ciekawy temat. Mam problem, który bardzo powstrzymuje mnie od pisania tekstów. Z jednej strony chciałbym, żeby moje teksty były bardziej intelektualne, przekazywały coś, co uważam za słuszne, natomiast z drugiej strony nie chcę wykluczyć tej sfery emocjonalnej. Trochę się to rozbiega.


Nie da się oddzielić rozumu od emocji.


Właśnie problem jest taki, że czasami mam ochotę wyrzucić z siebie swój smutek - tak, jak na "Zgliszczach", to jest cholernie smutny album - ale z drugiej strony jest ta postawa walczenia ze słabością. Czasami wkurza mnie to w sztuce, że jest w niej za dużo wyrzucania syfu z siebie.


Ale poniekąd sam powiedziałeś, że na tym właśnie metal polega: gdybyśmy nie kanalizowali tych emocji, tylko je wypierali, prędzej czy później wracałyby w zwielokrotnionej sile.


To prawda. Ale próbuję to połączyć w ten sposób, żeby mimo wszystko było to wyrzucenie emocji, ale żeby szło to w kierunku zmiany na lepsze. Teraz mam takie podejście, że myślę dość kolektywnie i - co pewnie dla większości blackmetalowców będzie jakąś herezją - ogólnie wierzę w dobro. Staram się, żeby moja muzyka działała dobrze na ludzi, a nie ciągnęła ich w dół. Wiem, że modne są teksty w stylu "zabij się", ale dla mnie to jest dziecinada. Rozumiem, że niektórzy twórcy black metalu to ludzie, którzy naprawdę mają coś nie tak z psychiką…


Choć z drugiej strony to się świetnie przekłada na muzykę.


Oczywiście. Większość ludzi, którzy się interesują black metalem, widziało pewnie "One Man Metal", wywiad z Malefikiem z Xasthur, amerykańskiego depressive-blacku, jak dla mnie jednego z najważniejszych projektów blackmetalowych. Widać, że nie jest to koleś, który pisze depressive-black, bo rzuciła go dziewczyna, tylko jest to człowiek, który przeżywa prawdziwą rozpacz w życiu. Nie wiem, czy jest tak genetycznie czy społecznie uwarunkowany, ale ma naprawdę smutne życie i to się przekłada na muzykę. To jest prawdziwa deprecha. Absolutnie nie wartościuję tego negatywnie: to jest niesamowite, że ktoś potrafi destrukcyjną energię przekuć w coś pięknego. Black metal - muzyka neurotyków (śmiech). Artyści potrafią przez czysty negatywizm zrobić coś pozytywnego. Natomiast za pozerską uważam postawę "jebać świat, jebać wszystkich ludzi, zabijcie się". Moim zdaniem dla inteligentnego człowieka to jest bez żadnych podstaw.


Dlatego często mnie black metal odrzuca - właśnie przez takie pozerstwo. Ale widzę, że twoja sztuka ma taki charakter, że zarówno słuchacz jak i twórca przeżywa swoiste "katharsis".


Właśnie. "Kathasis" to jest tutaj kluczowe słowo ze względu na koncept "Zgliszcz", takie "twórcze samospalenie się" jako forma sublimacji.


Powiem tak. Ja w tym momencie, a w momencie tworzenia "Zgliszcz" to są dwie różne osoby. Czas, w którym powstawały "Zgliszcza", to był najcięższy okres w moim życiu, okres bardzo intensywnego cierpienia zarówno na płaszczyźnie fizycznej, jak i psychicznej. Ten album to jest wypłakanie się do mikrofonu. Potem tyle rzeczy się zmieniło w moim życiu, że nie poznaję sam siebie. Przede wszystkim kurs medytacji: dwa odosobnienia dziesięciodniowe, w których poprzez praktykę takiego "wglądu" uświadomiłem sobie, że wszystko w moim życiu zależy ode mnie. To znaczy, nie wszystko, ale taka tendencja, że mogę coś zmienić w sobie, w wyniku czego zmieni się moje życie, jest bardzo realna. Cała ta przeszłość mnie praktycznie nie dotyczy. Bardzo się uspokoiłem, odzyskałem kontrolę, spełniam się życiowo. Staram się doceniać to, że urodziłem się w Europie, gdzie mam tyle sprzętu, na którym mogę tworzyć.


Co mnie właśnie uderzyło w "Zgliszczach", kiedy czytałem twoje teksty, to ich skrajny patos. To słowo nie jest użyte w kontekście negatywnym, ponieważ czuło się, że każdy wers rzeczywiście wypływał z ciebie. Chciałeś maksymalnie się wykrzyczeć.


Moim zdaniem metal jest muzyką z dużą ilością patosu. Sam fakt, jak ta muzyka jest miksowana: tam się tworzy ogromną przestrzeń, dużo pogłosu, delayów... To nie jest przypadek, że wokal dominuje na "Zgliszczach". W wielu projektach metalowych muzyka maluje krajobraz, a ten wokal dominuje nad tym wszystkim, rozchodzi się na wszystkie strony. To jest katalizator, który intensyfikuje wrażenia i dobrze służy celowi katharsis. W momencie, kiedy nawet kryjemy w sobie jakieś emocje - co brzmi trochę po Freudowsku - to taka bardzo patetyczna, intensywna muzyka z może wyciągnąć ten syf na powierzchnię i jakoś go przeżyć, oczyścić się z niego. Definitywnie takie było założenie.


Wyobrażałem sobie te teksty również w taki sposób, jakbyś zerwał z siebie taką maskę społeczną i kompletnie ją rozbił, spalił, podeptał.


Tak. Dokładnie. W "Zgliszczach" są generalnie dwa wątki: motyw cierpienia i krytyka naszego społeczeństwa. Na przykład fragment: "jak płaczące wierzby patrzę na chciwą rzeczywistość". Takie teksty nie są polityczne, ale w jakiś sposób krytykują wartości, jakimi kieruje się nasze społeczeństwo. Te wartości, ta hipokryzja spycha część ludzi na margines. Z jednej strony akcje charytatywne, a z drugiej totalna obojętność. Żyjemy w dziwnych czasach, które mogą budzić podziw i możemy je uważać świetne w relacji do przeszłości, ale mogą budzić też ogromną pogardę. Pod wpływem emocji widziałem bardziej tę pogardliwą stronę.


Mam pytanie dużo prostsze jak do tej pory. Chciałbym się zapytać: czy jesteś z Krakowa?


Pochodzę z Krakowa, potem miałem przerwę czteroletnią, mieszkałem pod Krakowem. To mnie tak naprawdę zbliżyło do black metalu, ponieważ mieszkałem na konkretnym odludziu i panował tam klimat mikrogórski, więc zima była mocno immortalowa (śmiech). A teraz znowu w Krakowie i czuję się z nim związany też pod tym względem, że mam tutaj skład koncertowy.


Rozumiem. Czyli powiedziałeś, że na filozofię poszedłeś tylko ze względu na swój projekt? Już wtedy myślałeś o muzyce? Siedziałeś już w tym głębiej czy dopiero zaczynałeś?


Dobre pytanie. Ja nie poszedłem na studia od razu po liceum, miałem rok przerwy. To był rok, w którym powstawały "Zgliszcza" i kiedy słuchałem najwięcej black metalu, praktycznie non stop. Natomiast zacząłem robić muzykę sam już na początku liceum, tylko to były słabe rzeczy, one nie wyszły nigdzie. I już marzyłem o tym, żeby kiedyś robić konkretną muzykę. Mam nadzieję, że powoli będzie się to realizować.


Rozmawiali: Dawid Rostankowski i Bartosz Nysler

The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Oneiric Big Jesus

Niezwykle konsekwentny i spójny kolaż gatunków zaserwowała czwórka muzyków z Atlanty podpisująca się nazwą Big Jesus. Przy okazji zabrała...Gramy dalej

5 /10
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Against the Grain
Gatunek: Southern rock
Zobacz wszystkie