Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Dudley Taft

Dudley Taft

Nasz gość to blues-rockowy huragan, który przez lata grał w kluczowych kapelach sceny Seattle. W przeddzień jego występów w Polsce rozmawiamy o najnowszym krążku, sprzęcie wykorzystanym do jego nagrania, a także o tym, dlaczego nadal to wszystko robi...

Czy pamiętasz moment, w którym zacząłeś się interesować gitarą?


Rock gitarowy był WIELKI w latach 70. kiedy dorastałem. Kiss, Van Halen, Lynyrd Skynyrd, Jimi Hendrix, Deep Purple etc… Mój sąsiad w Houston, w Texasie, miał gitarę akustyczną. Nauczył mnie jakiejś melodyjki na niskiej strunie E, a ja nie myślałem odtąd o niczym innym - to było coś niesamowitego. Ciągnęło mnie do gitary do tego stopnia, że kiedy go nie było zakradałem się do niego do domu tylko po to, żeby poćwiczyć!


W jaki sposób uczyłeś się instrumentu - byłeś samoukiem, czy miałeś regularne lekcje?


Na trzynaste urodziny dostałem gitarę akustyczną, a kilka tygodni później przeprowadziliśmy się do Indianapolis. Miałem szczęście, bo od razu znalazłem tam instruktora gitary - to był Rob Swaynie - nauczył mnie akordów, skal i riffów. Nie było już dla mnie drogi powrotnej. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy wpiąłem gitarę elektryczną do fuzza. Game over: uzależniłem się od tego na dobre. Grałem wtedy codziennie, średnio po 4 godziny, a po kilku miesiącach napisałem swoją pierwszą piosenkę. Rob odegrał tu bardzo ważną rolę, pokazał mi podstawy. Z tego miejsca rozwijałem swój własny styl, starając się nie kopiować innych gitarzystów.


Co było punktem zwrotnym Twojej kariety? Kiedy zdecydowałeś się na profesjonalne granie na gitarze?


Zdecydowałem się na związanie swojego życia z muzyką prawie od razu po zdobyciu pierwszej gitary. To była tylko kwestia czasu - niech wali się niebo i ziemia - musiałem to zrobić. Później, kiedy przeniosłem się do Seattle i dołączyłem do Sweet Water poczułem, że jestem na właściwej drodze. Zapełnialiśmy kluby i sale koncertowe, a kontrakt płytowy z wytwórnią Atlantic przypieczętował sukces. Do grona moich znajomych trafili muzycy takich zespołów jak Alice in Chains, Soundgarden czy Pearl Jam. Byłem młody i podróżowałem po całym kraju. To był świetny czas!


Grałeś w Sweet Water, Second Coming, Omnivoid - który z tych zespołów uważasz za najważniejszy?


Wszystkie wymienione zespoły były dla mnie ważne, ale Sweet Water i Second Coming odniosły największy sukces. Lata spędzone w Seattle ze Sweet Water były jednymi z najlepszych w mojej dotychczasowej karierze. Pamiętam, kiedy byliśmy w Anglii, podczas miksowania naszej pierwszej płyty, miałem to szczęście spędzić kilka godzin z Robertem Plantem. Na koniec tego spotkania poszliśmy razem do studia i słuchaliśmy świeżo zmiksowanych tracków. Kiedy Robert usłyszał gitarowe solo obrócił się do mnie z uśmiechem od ucha do ucha i pokazał kciuk w górę. To było jak pieczęć akceptacji.

Granie w Second Coming było z początku ekscytujące, ponieważ muzyka, którą tworzyliśmy, była dla mnie naprawdę świeża. Używałem pętli perkusyjnych, zwariowanych sampli i barw klawiszowych. Daliśmy kilka niesamowitych występów w całych Stanach, otwierając koncerty dla Monster Magnet, VAST, Lenny'ego Kravitza, Sammy'ego Hagara i wielu innych. Ale pod koniec istnienia tego zespołu przyszły chmury - pozwy sądowe, zranione uczucia, desperacja. Nie było w tym nic z zabawy. Przestałem nawet grać na jakiś czas, ale jak mówi piosenka - czas leczy rany i wkrótce odzyskałem wigor.


Co spowodowało, że postanowiłeś zbudować swój własny okręt: Dudley Taft Band?


Po wielu przygodach w zespołach, w których sukces lub porażka zależą od wszystkich członków pomyślałem, że fajnie byłoby być jedyną odpowiedzialną za to osobą. Ale nie od razu skrystalizował się mój band w obecnej postaci - z początku chciałem mieć ZZ Top tribute band. Byłem zmęczony ciągłą presją pisania hitowych piosenek. Potrzebowałem nieco luzu. I kiedy tak przekopywałem się przez YouTube w poszukiwaniu starych, koncertowych wersji kawałków ZZ Top, natrafiłem na Freddiego Kinga i zacząłem się uczyć bluesowych fundamentów. To odmieniło moje życie. Zmusiłem cały zespół do obejrzenia DVD Freddie King Live in Europe. Ostatecznie nie wszyscy chcieli robić to samo co ja, więc skład przechodził metamorfozy. Początkowo funkcjonowała nazwa Blues Overkill - to był efekt mojego przywiązania do zespołowej mentalności. W końcu uświadomiłem sobie, że to nie będzie działać i nazwałem ten projekt po prostu “Dudley Taft".


Co kryje się za albumem "Screaming In The Wind"?


Głównym tematem tej płyty jest duchowa entropia i rozdźwięk pomiędzy twoimi ideałami, a rzeczywistością. Poruszam także tematykę śmierci i wpływ tych, którzy odeszli na ludzi nadal tu żyjących. Wspaniałe w bluesie jest właśnie to, że za pomocą dźwięków pozwala ci dzielić się uczuciami, którymi nie zechciałbyś się dzielić w inny sposób. A to właśnie dzielenie się uczuciami pozwala uruchomić proces uleczania. Na płycie znajdziesz dwa elementy wspólne dla poprzednich: piosenkę Frieddiego Kinga oraz utwór kontynuujący narrację z "Left For Dead" (Rise Above It).


W jaki sposób powstawały piosenki na ten album?


Całą muzykę napisałem sam, oczywiście poza utworami Skipa Jamesa i Freddie Kinga. Tym razem skorzystałem jednak z pomocy producenta Toma Hambridge'a i Richarda Fleminga, kompozytora piosenek z Nashville, którzy wnieśli swój wkład w warstwę tekstową. Większość moich kompozycji powstaje na bazie riffów lub konkretnych progresji akordów, które wpadną mi do głowy. Trochę czasu upływa więc zanim przeobrażą się w konkretne piosenki. Staram się dać im czas aż “urosną" same, nie zmieniam nic na siłę. Niektóre z nich nie pasują potem do klimatu, który próbuję osiągnąć na danym albumie, więc odkładam je do szuflady. A że komponuję dużo, zawsze jest z czego wybierać. Kilka piosenek nabrało nowego życia już w procesie ich nagrywania. Przykładowo w “I Keep My Eyes On You" planowałem wyciszenie na końcu, ale jam w studio był tak dobry, że postanowiłem dać to w całości. Jason Patterson (perkusja) i John Kessler (bas) są bardzo kreatywni - swoimi niektórymi pomysłami nadają muzyce nowy wymiar. Jestem szczęściarzem, że mam tak utalentowanych muzyków w swoim zespole.


Czy masz na "Screaming In The Wind" jakiś jeden ulubiony riff lub utwór?


Podoba mi się finalna wersja “Tears In Rain". Jest niepokojąco zawodząca, wywołuje dreszcze na plecach. Także z finału piosenki “Say You Will" jestem szczególnie zadowolony - to solo, w którym wykorzystałem pedał Whammy. Jest inne niż to co dotychczas robiłem.


Jakiego sprzętu używałeś do nagrania tej płyty i dlaczego akurat taki wybrałeś?


Mam teraz kilka genialnych gitar, wzmacniaczy i efektów. Ostatnio zdobyłem Fender Deluxe Reverb z 1966 roku - to najlepszy wzmacniacz na jakim grałem. Można na nim ukręcić wszystko, od słodkich, płynących barw po głośne i agresywne brzmienia. Większość partii Stratocastera było nagrywane właśnie na nim. Mam jeden z pierwszych modeli Fender Custom Shop Relic Strat jakie zrobili - ma numer #199. Korpus jest z jesionu, a gryf to klon “ptasie oczko". Trudno pobić czymkolwiek jego sound. Do nagrania partii rytmicznych w “Rise Above It" użyłem Les Paula wpiętego do Marshalla JMP z 1974 roku. Brzmienie jest po prostu WIELKIE! Solówka w “The Reason Why" powstała na Gibsonie 335 Dot-neck z 1995 roku - łatwo uzyskać na nim feedback I jest niezwykle łatwy w graniu. W paru miejscach dla uzyskania specyficznej kolorystyki wykorzystałem kilka innych wzmacniaczy, jak np. Dr Z Z28, czy Tonehunter Clear Water.

Jeśli chodzi o efekty to używałem Velvet Minotaur (klon Klona), Fulltone OCD, Tonehunter Juicy Fruit i Zen Drive. Różne kombinacje tych efektów dają mi wszelkie możliwe barwy jakich mogę potrzebować. Uwielbiam głębię Strymona Lex Leslie Simulator - możesz go usłyszeć w “Tears In Rain". Jak już wspominałem, w “Say You Will" użyłem pedału Whammy - to był mój pierwszy raz z tym efektem, więc rozgryzanie o co w tym chodzi dostarczyło mi mnóstwo zabawy. Jeśli chodzi o zdejmowanie dźwięku z paczki to bardzo lubię brzmienie mikrofonów wstęgowych Royera w połączeniu z klasycznym Shure SM57 - daje to fajny, maślany niższy środek i czystą górę.


Gibson czy Fender - po której stronie barykady byś stanął?


Hmm... nauczyłem się grać na Stracie, więc jeśli przystawiłbyś mi lufę do czoła i kazał wybierać, powiedziałbym: Fender. Jakkolwiek byłbym nieszczęśliwy nie mogąc grać na moim ulubionym ES335 lub na Les Paulu. W chwili obecnej trochę ponad 60% koncertu gram na Stracie, a na Les Paulu przez resztę czasu. Fajnie jest nie być monogamicznym gitarzystą (śmiech).


Jaka była najgorsza rzecz, która przydarzyła Ci się na scenie?


Na początku lat 90. grałem koncert ze Sweet Water w sali na 2.500 miejsc. Zdecydowaliśmy się pozwolić ludziom na skakanie ze sceny - myślę, że obecnie stage- diving jest już nielegalny. Kilku technicznych pilnowało sceny z boku, aby żaden ze słuchaczy nie wpadł na nas. Niestety jeden z nich podbiegł zbyt blisko mnie, co wywołało zdecydowaną reakcję ochrony. Gość został wrzucony z powrotem w tłum, ale w trakcie zajścia sam zostałem znokautowany i wylądowałem plecami na deskach. Byłem potem wściekły. Całe szczęście, że odzyskałem świadomość w samą porę by zagrać solówkę w utworze (śmiech).


Jaką radę dałbyś początkującemu gitarzyście?


Najprostszą z możliwych: rób to co daje ci szczęście! Nie staraj się być kimś kim nie jesteś. Słuchacze preferują szczerość. Bądź sobą, pracuj ciężko, trzymaj język za zębami, a serce miej zawsze otwarte.


Na jakie pytanie chciałbyś odpowiedzieć, ale nikt go nigdy nie zadał?


Nikt nie zapytał nigdy: dlaczego cały czas to robię. Nie zarabiam przecież fury pieniędzy, nie jestem tak sławny jak inni... Czemu nie zająć się czymś, co przynosi więcej kasy? Odpowiedź brzmi: po prostu nie mogę. Starałem się robić wiele różnych, nie związanych z muzyką rzeczy. I za każdym razem ponosiłem klęskę. Nie wkładałem w to serca, bo ono było gdzie indziej. Tak więc staram się trzymać swej własnej porady: robię to co daje mi szczęście. Granie na gitarze, komponowanie muzyki, śpiewanie, nagrywanie - do tych rzeczy zostałem stworzony.


Co kryje się za kolejnym zakrętem na Twojej drodze?


Nadal będę jeździł ze swoją muzyką po świecie. Z wielką radością oczekuję wrześniowych koncertów w Polsce. Chciałbym skorzystać z okazji i publicznie podziękować pewnemu dżentelmenowi- :Victor Czura - bez Ciebie nie doszłoby do tego, jestem bardzo wdzięczny za kontakt i zaproszenie mnie na festiwal Satyrblues! Jestem także podekscytowany materiałem, jaki powstaje na moją kolejną płytę. Będziemy ją prawdopodobnie nagrywać na jesieni. Jeśli wpadniesz na koncerty, z pewnością usłyszysz kilka najnowszych kompozycji.


SPRZĘTOLOGIA
• Gitary elektryczne: 1994 (?) Fender Custom Shop Relic Stratocaster #199, 1991 Fender Custom Shop Seafoam Green Stratocaster, 1983 Fender Vintage Reissue Stratocaster, 1995 Gibson 335 Dot-neck Reissue, 2001 Fender Am. Telecaster, 2006 Gibson Custom Shop VOS Les Paul Standard, 1962 Hopf Saturn ’62
• Gitary akustyczne: 1993 Martin J-40MC, 2005 Martin 0017, 2013 Martin Hide Glue
• Wzmacniacze: 1966 Fender Deluxe Reverb, 1969 Fender Super Reverb, 1974 Marshall JMP Super Lead, 1994 Matchless Clubman ’35, Oahu 16W, Oahu 30W, Dr Z Z28, Tonehunter Clear Water Head, 2011 Fender Super Reverb (modyfikowany)
• Efekty: KLON KTR, Fulltone OCD, Alphonso Hermida Zen Drive, Tonehunter London ’67, Fulltone Full DriveJack Deville Buzzmaster, Strymon LEX, T-Rex replica delay, MXR Carbon Copy
• Akcesoria: kostki 1.0 mm Dunlop Ultex, struny DR 10-52

Krzysztof Inglik

GALERIA
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie