Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Łukasz Dunaj ("Rammstein - Die Band")

Łukasz Dunaj ("Rammstein - Die Band")

Z Łukaszem Dunajem autorem biografii Rammstein rozmawialiśmy o tym, czy muzycy zespołu są nudziarzami, a także jak niełatwym kawałkiem chleba jest praca biografa muzycznego.

W swojej recenzji "Rammstein - Die Band" napisałem, że branie się za biografię Rammstein to nie lada wyzwanie. Niemcy nie są bowiem zespołem pokroju Metalliki, Black Sabbath czy Led Zeppelin. W ich historii brakuje znacznych skandali, dramatycznych odejść z grupy czy tragicznych śmierci. Skąd więc pomysł, by napisać tego typu książkę?


Na początku pozwól, że nie zgodzę się z tezą, że w biografii Rammstein brakuje dramatycznych momentów czy skandali. Tylko nie są lub nie były one publicznie eksponowane. Z pewnością brakuje śmierci któregoś z członków zespołu, co jak wiadomo, jest najbardziej skutecznym "paliwem" biograficznym. Albo przynajmniej spektakularnej historii przejścia przez piekło uzależnienia. Sądzisz, że gdyby Kurt Cobain miał dzisiaj 47 lat i był zadowolonym z życia rockerem, to doczekałby się tony biografii? Problem z Rammstein leży gdzie indziej. Ten zespół wypracował wokół siebie niezwykle pieczołowicie budowany mur, oddzielający to, co sceniczne, od tego, co prywatne. Jedni ich za to szanują, inni nie potrafią zaakceptować takiego podejścia, uznając je za zbyt zdystansowane, wręcz odpychające. Jakkolwiek byśmy tego nie oceniali, należy to jednak uszanować, ponieważ jest to ich suwerenna decyzja. Zresztą Tool postępuje bardzo podobnie. Uwierz mi jednak, że kuluarowych historii o Rammstein słyszałem wystarczająco wiele, aby było zdecydowanie bardziej "pieprznie", gdybym zdecydował się je opublikować. Na pewno czytelnicy mieliby używanie, wielu mlaskałoby z zadowoleniem, ale to potem nie czytelnicy byliby odbiorcami pozwu sądowego wysłanego przez management Rammstein, który dobitnie dał odczuć wydawcy książki, co sądzi o samym fakcie jej wydania… Odpowiadając w końcu na Twoje pytanie - wydawało mi się niepojęte, że o zespole budzącym tyle emocji wśród fanów oraz kontrowersji wśród nie-fanów, nikt nie zdecydował się jak dotąd napisać porządnej książki. Potraktowałem więc to jako wyzwanie. Niestety, gdy dwa lata temu pojawił się ten pomysł, nie podejrzewałem, co mnie będzie czekało podczas jego realizacji…


Brzmi intrygująco… Czy możesz powiedzieć więcej (śmiech).


Niejako opisałem moje perypetie we wstępie do książki. Nie chciałbym wchodzić zbyt głęboko w szczegóły, bo musiałbym podawać jakieś nazwiska… Generalnie miałem nie tyle problem z dotarciem do zespołu czy też jego przedstawicieli, ale rozbiłem sobie głowę o mur niemożności, który postawili przede mną ludzie, którzy teoretycznie pracują lub pracowali na pozycję Rammstein przez lata. Rozumiem doskonale, że to jest biznes i nikt nie miał wymiernego interesu w pomaganiu jakiemuś kolesiowi z Polski, któremu zamarzyła się książka, ale tego rodzaju postawa zorientowana tylko i wyłącznie na "nie", zdarzyła mi się po raz pierwszy, odkąd mam styczność z branżą muzyczną. A jest to już ponad piętnaście lat. Nie zamierzam jednak wylewać publicznie żali - traktuję tę całą sytuację jako kolejne cenne doświadczenie, które pozwoliło mi wyciągnąć odpowiednie wnioski na przyszłość. I żeby była jasność - nie mam żadnego żalu pod adresem zespołu. Poza jednym mailem od managementu Rammstein, sugerującym że wyrażają ubolewanie z powodu ukazania się nieoficjalnej biografii na polskim rynku, nie miałem nawet cienia szansy na osobistą interakcję w trakcie pracy nad "Die Band".


Lars Ulrich w jednym z wywiadów stwierdził, że młodsze zespoły "nie tworzą swoich legend". Czy zgadzasz się z jego opinią? Historie Rammstein, Tool, Linkin Park, Mastodon czy Gojiry trudno wysłuchać z wypiekami na twarzy tak jak ma to miejsce w przypadku np. Guns ‘N’ Roses, Motley Crue czy Metalliki. Nawet sama muzyka zdaje się nie wywoływać już takich kontrowersji jak w minionych dekadach…


Lars mówi jak jest (śmiech). Trudno mi się nie zgodzić z tą opinią. Powiem więcej, że gdybym miał opisać w porywający sposób historię takiej Gojiry, nieważne jak świetnym są zespołem, to pochlastałbym się nożem do masła. Bo nie ma tam nic, żadnej historii, ani punktu zaczepienia dla biografa… No chyba, że kogoś fascynuje wspieranie akcji ratowania waleni lub delfinów, ale mnie niestety nie bardzo. Moim zdaniem fascynujące historie i biografie rockowe skończyły się w połowie lat 90. Interesujący był jeszcze Marilyn Manson, przez jakiś czas ten facet faktycznie budował własną legendę, chociaż dla wielu w sposób absolutnie nieakceptowalny. Był w tym wszystkim jednak jakiś. A teraz? Czy ktoś czeka na kolejną jego płytę? Czy kogoś interesuje jaki będzie miał makijaż na zdjęciach promocyjnych? Nie widzę lasu rąk. Co do samej muzyki i jej roli w obecnym świecie, już bym jednak nie szedł aż tak daleko w kategoryczności ocen. Nie da się zaprzeczyć jednak, że poprzez postępujący proces zbliżenia artysty z odbiorcą, za który są odpowiedzialne zarówno nowe technologie jak i serwisy społecznościowe (w sumie na jedno wychodzi…), zniknęła gdzieś aura tajemnicy, tego czaru, który sprawiał, że ludzie chcieli dowiedzieć się jak najwięcej o swoim ukochanym artyście. A za bardzo nie mieli skąd.


Analizując genezę stylu Rammstein sięgnąłeś po nagrania wielu artystów z kręgu niemieckiego industrialu, którzy nie zyskali szerzej popularności. Czy możesz polecić któryś z nich jako najciekawszych z tej stylistyki?


Szczerze mówiąc, nie. Dla mnie najwybitniejszym niemieckim zespołem pozostaje od dłuższego czasu Einstürzende Neubauten i ich nowa płyta "Lament" to w pełni potwierdza. Z zespołów pokrewnych czasowo i stylistycznie Rammstein, lubię niektóre rzeczy Die Krupps (zwłaszcza najbardziej komercyjną "III: Odyssey Of The Mind") oraz Oomph! Na resztę szkoda czasu, szrot historii.


"Die Band" w przeciwieństwie do "Konkwistadorów Diabła" nie jest biografią autoryzowaną przez zespół. Jaki typ książki pisze się trudniej?


Po stokroć trudniej pisze się nieautoryzowaną, chociaż w swojej bezgranicznej naiwności sądziłem, że jest dokładnie na odwrót! Ja rozumiem, że przy oficjalnej biografii muszą się pojawić naciski ze strony artysty, wytwórni, managementu, mogą chociaż nie muszą, pojawić się też próby manipulacji wspomnieniami, elementy autocenzury, ale nieograniczony dostęp do zespołu/artysty podczas pisania książki to wartość nie do przecenienia! Będąc tego pozbawionym, autorowi pozostaje bazowanie na źródłach lub wspomnieniach, opiniach ludzi "zbliżonych do zespołu". W przypadku Rammstein miałem do czynienia z sytuacją dość ekstremalną, kiedy zdecydowana większość osób, których prosiłem o wypowiedź, po prostu mi odmówiła. Uzasadnienia były różne, nie czas, nie miejsce, aby to rozpamiętywać.


Sam przyznajesz, że przyszłość Rammstein zdaje się być obecnie niejasna. Czy Twoim zdaniem zespół nagra jeszcze kiedyś płytę na miarę "Mutter" czy raczej spocznie na laurach wydając cyklicznie koncertowe DVD i składanki "the best of…"?


Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że w najbliższej przyszłości nie należy liczyć na nowy album. Richard nagrał płytę Emigrate. Till podobno również ma plany solowe, a Flake pisze książkę. Może to będzie właśnie ta oficjalna biografia Rammstein? Bardzo chciałbym ją przeczytać. Co do wydawnictw sygnowanych logiem R+ spodziewam się wkrótce jakichś konkretów, ale będą to zapewne kolejne wydawnictwa koncertowe. Może jednym z nich będzie film dokumentalno-koncertowy, który miał reżyserować Jonas Akerlund? Sam widzisz, że są to jednak dywagacje, ale czemu tu się dziwić, skoro o wydawnictwie "Videos 1995-2012" sama firma Universal dowiedziała się na kilka tygodni przed premierą. Przedsiębiorstwo Rammstein samo dostarcza produkt, który jest w zasadzie gotowy do wydania.


Sam w książce poniekąd zadajesz pytanie, co motywuje muzyków do tworzenia. Analizując biografie zespołów, które osiągnęły sukces można dojść do wniosku, że komfort psychiczny i finansowy jest raczej wrogiem kreatywności…


Tu aż prosi się o poczęstowanie frazesem: bo tylko wiarygodny jest artysta głodny. Oczywiście jest to daleko idące uproszczenie, ale nasycenie sukcesami, pieniędzmi, uznaniem fanów z pewnością obniża tzw. morale bojowe. Stąd też pokutujące w świecie rock’n’rolla przekonanie, że pierwsze płyty danych wykonawców są najbardziej autentyczne, bo nabuzowane faktyczną chęcią rzucenia świata na kolana. A co począć dalej, kiedy ten świat już jest zdobyty? Posłużę się przykładem zespołu Muse. Zobacz, co się z nimi stało po sukcesie "Black Holes and Revelations". Totalna degrengolada i utknięcie na mieliznach artystycznej pretensji, czego efektem są napuszone do granic ludzkiej wytrzymałości ich dwie ostatnie płyty. Nie twierdzę wcale, że podobny los spotkał Rammstein, to zbyt daleko idąca analogia, ale sukces na pewno ich nasycił, sprawił że mają komfort niewydawania nowej muzyki nawet przez siedem lat, a tak naprawdę nie mają nic nikomu do udowodnienia, skoro Kruspe w jednym z ostatnich wywiadów porównał swój zespół do Rolling Stonesów. Zdecydowanie na wyrost, ale wiadomo mniej więcej co miał na myśli. "My już nic nie musimy, my już swoje zrobiliśmy". Przy zachowaniu odpowiedniej proporcji, pewnie ma rację.


Niedawno na rynku ukazała się biografia Vadera pióra Jarka Szubrychta. Co sądzisz o tej publikacji? Czy podobnie jak Jarek nie planowałeś wybrać się w trasę u boku Behemoth pisząc "Konkwistadorów…"?
 

Pozwól, że uchylę się od odpowiedzi na to pytanie, z uwagi na moją wieloletnią zażyłość z Jarkiem Szubrychtem. Czułbym się niezręcznie recenzując jego pracę. Jedyne co mogę dodać od siebie (chociaż to żadne odkrycie) to to, że moim zdaniem książka ta ukazała się przynajmniej kilka lat za późno i kiedyś pewnie narobiłaby dużo więcej rabanu. Z różnych względów tak się jednak nie stało i nie ma nad czym gdybać. Co do drugiej części pytania: były takie przymiarki, ale kiedy rozpocząłem pisanie "Konkwistadorów" (2008-2009) Behemoth nie był jeszcze na etapie, aby móc pozwolić sobie na opłacenie mojego pobytu na trasie czy jej części, a kiedy kończyłem (2011) był koncertowo nieaktywny w czasie choroby Nergala. Zauważ, że polskie wydanie kończy się podczas reaktywacyjnych koncertów jesienią 2011 roku… Sądzę, że gdyby przyszło mi kończyć tę książkę obecnie, mógłbym liczyć już na taką przygodę, jakiej doświadczył Jarek z Vaderem.


Powiedz, czy masz w planach kolejne biografie znanych zespołów?


Na razie jestem wykończony i skupiam się w pełni na prowadzeniu własnego magazynu muzycznego - Noise Magazine. To jest moje najważniejsze pod względem zawodowym dziecko, które na razie wymaga mnóstwa opieki. W tej chwili nie mam więc żadnych skonkretyzowanych planów książkowych. Jedynym zespołem, który naprawdę chciałbym opisać jest Killing Joke. Ale tylko pod warunkiem możliwości długiej rozmowy z Jazem Colemanem. Najlepiej w scenerii którejś z założonych przez niego eko wiosek na południowym Pacyfiku, czy gdzie on tam teraz się znajduje. W jego historii jest tyle zwrotów, że książka pisałaby się i czytała sama. Zainteresowanych inwestorów proszę o kontakt!


Kończąc już, czy widzisz sens pisania książek o tak "opisanych" artystach jak Stonesi, The Beatles czy Metallica, o której wychodzi rekordowa liczba publikacji?


Nie. Jedynym przypadkiem, kiedy jestem w stanie sobie wyobrazić celowość takiej publikacji, to możliwość zrobienia wywiadu-rzeki np. z Jamesem Hetfieldem. Ale to jest marzenie ściętej głowy.


Rozmawiał: Jacek Walewski
Zdjęcie: Janek Fronczak

GALERIA
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Zobacz wszystkie