Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Greg Dulli (The Afghan Whigs)

Greg Dulli (The Afghan Whigs)

Wielkie powroty są zawsze w modzie. W roku w którym w sklepach pojawił się ostatni album The Afghan Whigs zatytułowany "1965" wszyscy instalowaliśmy na naszych komputerach system operacyjny Windows 98, w Japonii otwarto najdłuższy most wiszący na świecie, a "Titanic" Jamesa Camerona zgarnął 11 Oscarów podczas 70. Ceremonii ich wręczania. Teraz po 17 latach wydawniczej posuchy reaktywowany zespół wraca ze swoim nowym krążkiem "Do to the Beast". O tym i kilku innych wydarzeniach z historii zespołu krótko przed jego polskimi koncertami rozmawialiśmy z jego frontmanem Gregiem Dulli.

Wasz ostatni album ujrzał światło dzienne w 1998 roku. Czym różni się nowy materiał od tego co nagrywaliście w latach 90.?

Ty mi to powiedz (śmiech). Jak sam zauważyłeś od momentu wydania naszego ostatniego krążka upłynęło bardzo dużo czasu, więc jest to tak naprawdę zupełnie inny rozdział naszej działalności. Ja osobiście nigdy nie przestałem nagrywać. Zajmuję się tym nieprzerwanie od 15 roku życia i każdy kolejny projekt wnosi do mojego życia coś nowego. Nie zrozum mnie źle, kiedy zdecydowaliśmy się ostatecznie nagrać album The Afghan Whigs mieliśmy konkretny zamysł, który konsekwentnie egzekwowaliśmy. Kiedy tylko weszliśmy do studia zabraliśmy się ostro do roboty i wszystko poszło niezwykle sprawnie. Każdy z nas był bardzo produktywny i głodny tej płyty. Nie wiem czy rezultat naszej pracy aż tak bardzo odbiega od tego co robiliśmy w latach 90., ale zdecydowanie czuć, iż czas jaki minął od naszego ostatniego krążka odcisnął na nas swoje piętno.

Co ostatecznie przekonało was do reaktywowania The Afghan Whigs?

Pamiętam, że w 2013 roku zagraliśmy wspólnie koncert z Usherem w stanie Teksas. Ten występ przekonał mnie, iż powinniśmy spróbować nagrać nowy krążek. Koncert ten był niezwykły dlatego, że na przygotowanie mieliśmy tylko 48 godzin. Do zespołu dołączyła zupełnie nowa osoba i wszystko działo się bardzo szybko. Oczywiście było z tym trochę stresu, ale przeważało poczucie ekscytacji, jakie czułem kiedy przygotowywaliśmy się do grania, kiedy byliśmy jeszcze nastolatkami. Ten z pozoru nic nie znaczący epizod w naszym życiu sprawił, że zapragnęliśmy poczuć się znowu młodzi i żaden z nas nie żałuje tej decyzji. Ostatni rok był naprawdę ciekawy.

Obok The Afghan Whigs jest również twój drugi zespół The Twilight Singers. Czy masz w tej chwili swojego faworyta?

Kiedy z kimś coś nagrywam, to jestem obecny duchem i ciałem tylko w tym jednym projekcie. Od lat staram się trzymać tej zasady. Nie potrafiłbym godzić obowiązków wynikających z grania w dwóch zespołach jednocześnie. W tej chwili jestem członkiem The Afghan Whigs. Za jakiś czas kiedy będziemy nagrywać coś z The Twilight Singers ta sytuacja się odwróci. Tak to działa i nie zamierzam tego nigdy zmieniać.

O ile mnie pamięć nie myli w 2010 roku udałeś się w solową trasę koncertową. Podobało ci się to doświadczenie czy mimo wszystko wolisz dzielić te emocje z innymi członkami zespołu?

To dwa zupełnie różne doświadczenia. Trasa w 2010 roku była w stylistyce akustycznej, więc nie musiałem zabierać ze sobą wielu osób. Oprócz mnie na scenie był jeden gitarzysta i bardzo utalentowany multiinstrumentalista. Chociażby z tego powodu było to już coś innego. Ponadto graliśmy utwory z całej mojej dyskografii, więc miałem przy tym dużo dobrej zabawy. Ponieważ była to wyłącznie moja trasa, mogłem robić na niej robić to, co mi się podobało. Nie żebym czuł się w jakiś sposób ograniczany na trasach z zespołem, ale była to ciekawa odskocznia, którą bardzo chętnie bym powtórzył. Poza tym, dodatkowym plusem było to, że nie miałem na tej trasie problemu z szumem w uszach po koncercie (śmiech).

Czy w takim razie będziesz chciał to powtórzyć w najbliższym czasie?

Zdecydowanie tak. Myślę, że nawet wcześniej niż później jeśli wszystko ułoży się po mojej myśli.

Oficjalnie zespół zawiesił swoją działalność w 2001 roku. Jako powód podaliście wtedy obowiązki rodzinne. Ile w tym było prawdy?

Całkiem sporo (śmiech). Byliśmy w trasie od prawie 12 lat non-stop, każdy z nas miał rodzinę w innym mieście, a żona basisty spodziewała się dziecka, w związku z czym nie chciał jechać z nami już w kolejną trasę tylko zająć się swoją rodziną. Trzeba szanować takie decyzje i nie obrażać się na ludzi z tego powodu. Ja z kolei kupiłem bar w Los Angeles, który próbowałem rozkręcić od przeszło roku. Każdemu z nas zaczynały się po prostu zmieniać priorytety i z perspektywy czasu sądzę, że była to dobra decyzja.

Czyli nie było między wami tak naprawdę żadnego konfliktu?

Wiesz, podczas podejmowania tego typu decyzji zawsze pojawia się jakiś konflikt. Każdy z nas poświecił temu zespołowi kawał życia, więc jak możesz się domyślać ta decyzja miała swoje konsekwencje. Prawda jest taka, że The Afghan Whigs rozpadało się dużo więcej razy niż mógłbyś się spodziewać. Byliśmy zaangażowani w to co robiliśmy i podchodziliśmy do naszej muzyki bardzo na poważenie, co często prowadziło do kłótni i nieporozumień. Niemniej jednak, kiedy w końcu zdecydowaliśmy się rozwiązać zespół, rozstaliśmy się po dżentelmeńsku.

W latach 90. The Afghan Whigs byli głównie kojarzeni z nurtem alt rockowym. Powiedz mi jak zapatrujesz się na tę teorię?

Od zawsze uważałem się za muzyka rockowego, który gra w zespole rockowym. Staram się nie korzystać z takich sloganów jakimi są nurty w muzyce, tak w stosunku do innych jak i samego siebie. Traktuje je jak małe ksywki, które starają się opisać to czym akurat się zajmuję. Gram rock’n’rolla i to się raczej nie zmieni. W najlepszym wypadku mógłbym to nazwać "moim" rock’n’rollem, ale na tym basta (śmiech).

Mamy rok 2015. Jak w twoim odczuciu zmienił się rynek muzyczny od czasu wydania waszego poprzedniego longplaya?

No cóż, w latach 90. dostęp do internetu nie był czymś powszechnym, w związku z czym problem z piractwem online jeszcze nie istniał. Pod wieloma względami był to bardzo ekscytujący czas w muzyce, z drugiej strony ciężko było czasami coś wypromować i dać znać światu, że istniejesz. Dzisiaj jest to łatwiejsze, chociaż tak między bogiem a prawdą, to o ile nie jesteś Taylor Swift, to też masz raczej małe szanse na uzyskanie rozgłosu i zarobienie grubych milionów (śmiech). Dzisiaj muzycy zarabiają głównie z koncertów i merchu, co nie jest szczególnie wesołą informacją dla młodego zespołu, który nagrał debiutancki album i szuka miejsc, w których mógłbym go promować. Branża muzyczna to walka o przykuwanie uwagi. Poza tym wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że tworzenie muzyki nie jest tanim przedsięwzięciem. Jeśli w takiej sytuacji ktoś sięga po twoją ciężko wypracowaną własność i chce ją sobie przywłaszczyć za darmo, masz prawo mieć pretensje. Dla mnie to jest właśnie największą zmianą. Ludzie przestali postrzegać muzykę jako coś co trzeba nabyć. Teraz każdy uważa, że skoro ma dostęp do internetu, to mu się to należy. Pod tym względem tęsknię za latami 90.

Skoro już jesteśmy przy nowych technologiach i sposobach "dystrybuowania" muzyki, to co sądzisz o takich serwisach jak Spotify czy iTunes? Jesteś fanem takiego rozwiązania czy wolisz mieć swoją muzykę na fizycznym nośniku?

Nie widzę przeszkód w kibicowaniu obu tym rozwiązaniom. Kocham płyty winylowe za ich brzmienie, ale doceniam również wolność wyboru jaki mi daje chociażby iTunes. Ciekawe w tej technologii jest to, że jeśli dzisiaj usłyszę o jakimś zespole, z którego twórczością chciałbym się zapoznać, nie muszę szukać ich płyt w 10 sklepach na drugim końcu miasta. Wszystko co jest mi potrzebne znajduje się w zasięgu mojego laptopa i bardzo podoba mi się takie rozwiązanie. Dzięki temu jestem w stanie dotrzeć do zespołów, o których istnieniu do tej pory nie miałem pojęcia, a których muzyka zmieniła moje postrzeganie pewnych rzeczy. Lubię też mieć świadomość, że kupując taki album wspieram tego artystę. Wiem jak piractwo potrafi boleć, więc zawsze staram się kupować albumy wykonawców, których słucham.

W nazwie waszego zespołu jest słowo, które od 14 lat nie cieszy się szczególną popularnością w USA i nie myślę tutaj o "whigs" (śmiech). Mieliście kiedykolwiek jakieś problemy związane z nazwą waszego zespołu?

Nie, raczej nie przypominam sobie takich sytuacji. Kiedy zakładaliśmy ten zespół Afganistan był jeszcze w konflikcie zbrojnym z Rosją, a sama nazwa "zainspirowana" była haszyszem (śmiech). Nigdy nie angażowałem się w politykę. Jestem świadomy tego, co się dzieje na świecie ale nie wygłaszam na lewo i prawo swoich poglądów. Być może znajdzie się kiedyś jakiś śmiałek, który pewnego dnia zaprotestuje przed naszym koncertem, ale szczerze powiedziawszy mam to w dupie (śmiech). Jedyną osoba, która wyraziła lata temu zaniepokojenie tą nazwą była moja mama, ale nie miałem serca jej wtedy wyjaśnić skąd wpadliśmy na taki pomysł (śmiech).

Wasz nowy album zbiera całkiem niezłe recenzje. Czy w związku z tym myśleliście już być może o kolejnym krążku i przyszłości odrodzonego The Afghan Whigs?

Myślę, że nagramy za jakiś czas kolejny album, chociaż jeszcze się tak naprawdę nad tym nie zastanawialiśmy. Całe to doświadczenie dało mi mnóstwo pozytywnej energii do pracy i sądzę, że nie jestem w tym odosobniony. Mamy fantastyczny zespół, świetnie się dogadujemy i wierzę, że zostaniemy z wami jeszcze przez jakiś czas.

rozmawiał Michał Lis

The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Oneiric Big Jesus

Niezwykle konsekwentny i spójny kolaż gatunków zaserwowała czwórka muzyków z Atlanty podpisująca się nazwą Big Jesus. Przy okazji zabrała...Gramy dalej

5 /10
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Against the Grain
Gatunek: Southern rock
Zobacz wszystkie