Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Devin Townsend

Devin Townsend

Devin Townsend to jeden z tych artystów, którzy nigdy nie przestają zadziwiać. Jego image sceniczny przeszedł już tyle transformacji, że nawet Marilyn Manson miałby kompleksy. W 2012 Devin dał nam album popowy, żeby już dwa lata później oczarować nas krążkiem w klimacie country i kolejnym nawiązującym do kultowego albumu "Ziltoid the Omniscient". Co jeszcze szykuje dla nas ten muzyczny Pracuś? O tym i kilku innych faktach z życia pana Townsenda dowiecie się z poniższego wywiadu, jaki udało nam się przeprowadzić krótko przed jego warszawskim koncertem.

W 2014 roku dałeś nam takie albumy jak "Casualties of Cool" i długo wyczekiwany "Z2". Jak udało ci się pogodzić pracę na tym tymi dwoma wydawnictwami? Skąd taki pośpiech?

Można powiedzieć, że bardzo nieudolnie, jeśli mam być zupełnie szczery. Z "Casualties of Cool" było trochę łatwiej, bo pracowałem nad tym materiałem już wcześniej, ale "Z2" był dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Pośpiech wynikł poniekąd z tego, że zbiórka funduszy na zrealizowanie tego albumu poszła nam dużo lepiej niż wstępnie zakładaliśmy. Nagle okazało się, że mam środki na zrealizowanie całej otoczki jaką sobie wstępnie wymyśliłem, która nie była tania. Dodatkowo potrzebny był nam kolejny projekt w jaki moglibyśmy się zaangażować, więc postanowiliśmy kuć żelazo póki było gorące. Podejrzewam, że gdybyśmy skupili się wtedy tylko na realizacji kontynuacji "Ziltoid the Omniscient", tak jak to miało mieć miejsce na początku, to wszystko poszłoby gładko, jednak niesiony sukcesem "Epicloud" management nie było przekonany do zmiany kierunku rozwoju. Wtedy właśnie narodził się pomysł zrobienia podwójnego wydawnictwa i to była niestety bardzo kiepska decyzja, jak się potem okazało. Po prostu nie byłem w stanie tego pogodzić czasowo. Teraz jestem oczywiście bardzo zadowolony z rezultatów mojej pracy, ale na pewno już nigdy tego nie powtórzę (śmiech).

"Z2" to jak sam wspomniałeś podwójne wydawnictwo. Nie lepiej było w tej sytuacji nagrać spójny materiał w tonie "Epicloud"?

Sam nie wiem. Wydaje mi się, że chciałem w ten sposób zaznaczyć koniec pewnego etapu w moim życiu. Kiedy piszę materiał na płytę bardzo ważny jest dla mnie motyw przewodni. Jeśli nic nie spaja materiału to jest to tylko abstrakcyjna mieszanka utworów, które pod kątem stylistycznym i emocjonalnym nie mają żadnego wspólnego mianownika. Podczas ostatniej trasy miała we mnie miejsce swego rodzaju walka dwóch osobowości. Z jednej strony był entuzjasta filozofii, seks, prochy i rock and roll, a z drugiej kochający pokój hipis, który zawsze na pierwszym miejscu stawia swoją rodzinę. Właśnie na tym konflikcie skupiłem się podczas pisania materiału na "Z2". Kiedy więc zaczęła się ta cała karuzela decyzyjna z wytwórnią jedynym scenariuszem jaki miał dla mnie sens było podzielenie tych dwóch "osobowości" i umieszczenie ich w jednym pudełku. Ostatecznie pod kątem nakładu pracy był to oczywiście koszmar, ale ideologicznie jestem przekonany, że była to dobra decyzja.

"Epicloud", czyli katalizator finalnego kształtu "Z2", to szczególny album. Różni się on znacznie od krążków, które popełniłeś na przestrzeni lat. Skąd pomysł na takie właśnie wydawnictwo?

Wydaje mi się, że stworzenie tak komercyjnego albumu wymagało ode mnie sporo odwagi. Pamiętam, że w czasie prac nad tym krążkiem miałem poważne wątpliwości, czy aby na pewno dobrze robię porywając się na taki projekt. Z czasem dopiero, jak powstawały kolejne utwory, przekonałem się, że ten materiał to nadal ja. Nie były to piosenki, które nadawały się na listy przebojów i słychać było w nich moje brzmienie. Oczywiście struktura tego albumu była trochę bardziej szablonowa w stosunku do moich poprzednich płyt, ale i tak jestem bardzo dumny z tego albumu. Z perspektywy czasu nie wydaje mi się, żeby w jakiś konkretny sposób wpłynęła ona na moją karierę. Już przed "Epicloud" przyciągałem do siebie bardzo specyficzną grupę odbiorców. Z każdym kolejnym krążkiem grupa ta się trochę powiększa, a jest tak dlatego, iż na co bym się nie porwał, ludzie czują, że to co robię jest szczere. Wszelkie inspiracje pochodzą ode mnie. Nie kierują mną trendy i oczekiwania fanów. Po prostu robię to w co wierzę i szczęśliwie dla mnie znajduje się kilku śmiałków, którzy chcą tego słuchać. "Casualties of Cool" to tak naprawdę płyta country i jest tak dlatego, że akurat miałem ochotę ją zrobić. "Epicloud" była komercyjna i to też dlatego, że ja tego chciałem. Ludzie doceniają tą szczerość i nie wyobrażam sobie kiedykolwiek pracować na innych warunkach.

W 2013 roku pojawiło się DVD "The Retinal Circus", które było rezultatem trasy promującej krążek "Epicloud". Jak porównałbyś ten spektakl do nagranego rok wcześniej "By a Thread"?

"The Retinal Circus" był dziwniejszy (śmiech). Bardzo ucieszyłem się na możliwość przeprowadzenia tego wizualnego eksperymentu. Jako dziecko dorastałem przy dźwiękach musicali z lat 70. i ta estetyka gdzieś ze mną została. Kiedy zatem pojawiła się możliwość zrealizowania tego show pod moje dyktando nie mogłem sobie odmówić przyjemności wstąpienia na ten teatralny fundament i zbudowania na nim mojego małego dramatycznego świata. Pamiętam, że był taki moment podczas jednej z prób, kiedy rozejrzałem się po scenie i powiedziałem do siebie: "Co ja tu do cholery robię?" (śmiech). Oczywiście byłem zachwycony finalnym rezultatem tego przedsięwzięcia, ale jeszcze bardziej ucieszyła mnie sama możliwość jego zrealizowania. W dzisiejszych czasach rzadko kto da ci taką artystyczną swobodę jaką miałem przy tworzeniu "The Retinal Circus". Jestem za to bardzo wdzięczny.

Myślę, że masz również to szczęście, że twoi fani są na tyle elastyczni, że akceptują te wszystkie przemiany na jakie ich narażasz (śmiech).

To prawda (śmiech). Myślę, że wszystko sprowadza się do szczerości przekazu, o której już wspominałem. Gdyby w tym co robię była nuta fałszu to ludzie by to bardzo szybko wyczuli. Każdy z projektów, w które się angażuję jest dla mnie na swój sposób wyjątkowy i cieszę się nim do ostatniego dnia. Oczywiście nigdy nie jest tak, że każdy fan jest zachwycony każdym kolejnym krążkiem, ale nawet jeśli komuś nie przypadło do gustu "Casualties of Cool" czy "Epicloud", to przynajmniej nie opluwa tego materiału, bo wie, że nie zrobiłem tego dlatego, żeby wyciągnąć od niego kasę. Jak każdy dobry związek, ten też musi być oparty na szczerości.

Gdzieś na przełomie 2006 i 2007 roku podjąłeś decyzję o rozwiązaniu Strapping Young Lad i The Devin Townsend Band. Był to moment w twoim życiu kiedy chciałeś uwolnić się od używek i zacząć wszystko od początku. Jak wspominasz ten okres?

To był naprawdę ciężki okres w moim życiu, ale cieszę się, że udało mi się z tego wyjść obronną ręką. Jeśli chcesz aby twoja sytuacja stawała się lepsza, zawsze będziesz musiał podejmować trudne decyzje i być przygotowanym na wiele poświęceń. Był to na pewno trudny etap w mojej karierze, ale było on konieczny. W tamtym czasie urodziło nam się dziecko, podjęliśmy decyzję o przeprowadzce, zmagałem się z powrotem do świata gdzie można egzystować na trzeźwo i zmarli moi dziadkowie. Było bardzo dużo rzeczy, które zajmowały moje myśli. Dzięki temu stałem się jednak lepszym muzykiem, gdyż doświadczenia te nauczyły mnie lepiej tłumaczyć swoje emocje. Pierwszym krokiem na nowej drodze był album "Ki" i od niego tak naprawdę wszystko się zaczęło. Kiedy dzisiaj spoglądam na ten okres, patrzę na to wszystko z sentymentem. Gdybyś jednak zadał mi to samo pytanie wtedy, pewnie byłbym daleki od takich stwierdzeń (śmiech).

Historia lubi się powtarzać, bo kilka lat po tych wydarzeniach pokusiłeś się o wydanie czterech albumów na przestrzeni trzech lat. Biorąc po uwagę sytuację z "Z2" i "Casualties of Cool", nie trudno zauważyć, że jesteś bardzo płodnym artystą. Czy kiedyś przerwiesz tą spiralę pośpiechu?

Bardzo dobre pytanie. Tak jak wspominałem wcześniej, "Z2" zamyka pewien etap mojego życia i w końcu nadeszła pora, aby zdecydować co dalej. W zeszłym roku zbieraliśmy pieniądze na nowy album, byłem w trasie, nagrałem "Casualties of Cool", zaangażowałem się w projekt Ziltiod TV, Ziltoid Radio i nagrałem kolejny dwupłytowy album. W tym krótkim czasie działo się tak dużo rzeczy, że szczerze powiedziawszy zacząłem to wszystko nienawidzić. Dopiero kilka tygodni temu udałem się na małe wakacje i uświadomiłem sobie kilka rzeczy. Mam 42 lata i chcę móc się nacieszyć owocami mojej pracy oraz czasem jaki mi pozostał. Dlatego też kiedy zabiorę się już za kolejny album, mam nadzieję nie tworzyć go w atmosferze konfliktu. Między innymi dlatego też "Z2" jest naznaczony piętnem bitwy jaka miała we mnie miejsce. Nie wydaje mi się, żeby na dłuższą metę było to zdrowe podejście. W tym konkretnym przypadku ta idea sprawdziła się idealnie, ale w przyszłości będzie to generowało tylko stres. Aby tego uniknąć staram się teraz nie spieszyć i robić wszystko po kolei. Mam już kilka pomysłów chociażby na płytę z coverami na Boże Narodzenie (śmiech). Potem pewnie zrobimy kilka remasteringów starszych płyt i zagramy parę pojedynczych koncertów. Nie zamierzam jednak wydawać kolejnego longplaya przez najbliższe dwa lata. Wracając jednak do twojego pytania, to nie mam ambicji stać się najbardziej płodnym artystą w branży i myślę, że tym razem w końcu przerwę tę spiralę. Nie oznacza to oczywiście, że w ogóle przestanę pisać i nagrywać, bo to raczej niemożliwe, ale chyba nadszedł w końcu ten czas, że powiedziałem kilka rzeczy na których mi najbardziej zależało. Mogę w końcu odetchnąć i skupić się na zupełnie nowych projektach, które będę sukcesywnie wprowadzał w życie.

Wiem, że twoja rodzina jest dla ciebie bardzo ważna. Jak model "tytana pracy" wpłynął na ten aspekt twojego życia?

Zważywszy na sytuację, bez kompleksów mogę stwierdzić, że spisałem się zarówno jako ojciec, jak i mąż. Byłem w domu na każde urodziny i święta niezależnie od tego gdzie w danej chwili przebywałem. Przez pierwsze trzy lata życia mojego syna nie jeździłem w trasy. W tym okresie miałem też stacjonarną pracą, aby być zawsze pod ręką. Nawet teraz kiedy jestem zawalony robotą, wpadam w tygodniu do domu żeby zjeść obiad z moją rodziną, a w niedziele robimy małe wypady za miasto. Między innymi dlatego też poprzedni rok była dla mnie tak ciężki. Musiałem w jakiś sposób pogodzić swoje zawodowe i rodzinne obowiązki. Do tego stopnia było to trudne, że czasami byłem po prostu psychicznie wykończony. Niemniej jednak udało mi się i jestem z tego cholernie dumny. Moim problemem jest niestety to, że nie zgadzam się na poświęcenie wynikające z ojcostwa kosztem muzyki i na odwrót, a wierz mi, że na dłuższą metę jest to po prostu fizycznie i psychicznie niemożliwe. Jedyną receptą jaką jestem sobie w stanie na to przepisać jest wspomniane zwolnienie tempa i tego mam zamiar się trzymać.

Która część procesu powstawania nowego albumu jest dla ciebie osobiście najtrudniejsza?

To zależy od dnia i mojego nastroju. Pisanie tekstów i muzyki jest zazwyczaj najprzyjemniejszą częścią całego procesu. Nagrywanie może być równie bezproblemowe jeśli odbywa się w odpowiednim miejscu. Wierz mi, że może też być prawdziwą droga przez mękę, jeśli nie masz odpowiedniego sprzętu i robisz to z niewłaściwymi ludźmi. Miksowanie też bywa stresujące z uwagi na moje obsesyjne dbanie o szczegóły, a fakt, że muszę miksować własne kompozycje zdecydowanie w tym wypadku nie pomaga (śmiech). Jeśli natomiast chodzi o koncerty to wszystko jest fajnie do momentu aż mi głos nie wysiądzie (śmiech). Chyba nie ma takiego etapu, który byłby dla mnie bardziej stresujący niż wszystkie inne. Pewnie największym moim dotychczasowym problemem był po prostu przesyt. Nawet dobre rzeczy w nadmiarze potrafią po jakimś czasie zemdlić.

Wracając jeszcze na chwilę do "Z2", Zważywszy na naturę tego albumu, praca nad którą z jego dwóch części była dla ciebie przyjemniejsza?

Zdecydowanie "Dark Matters" (przyp. red. bezpośrednia kontynuacja "Ziltoid the Omniscient"). "Sky Blue" było dużo trudniejsze do zrobienia. Kiedy puściłem pierwsze kawałki ludziom z wytwórni były to utwory z "Dark Matters", ale tak jak wspominałem, ponieważ zespół zyskał na popularności po "Epicloud", chcieli oni czegoś bardziej w tym stylu. Ich zdaniem "Dark Matters" była zbyt daleko od tego klimatu i wprowadza za dużo zamieszania. Tu właśnie pojawił się konflikt, bo w tamtej chwili zależało mi na zrobieniu całego albumu właśnie w tym stylu. Po jakimś czasie doszedłem jednak do wniosku, że może rzeczywiście zrobić dwa różne albumy i wydać je jednocześnie, a ponieważ zostało mi kilka niewykorzystanych rzeczy z "Epicloud", pomyślałem sobie, że nie powinno to być takie trudne. Jak się jednak potem okazało nie miałem z tym materiałem już żadnej emocjonalnej więzi i powrót na te tory był przyczyną wielu moich frustracji. Dopiero kiedy w naszym prywatnym życiu wydarzyło się kilka przykrych rzeczy, nagle byłem w stanie przelać te emocje na "Sky Blue", które z dnia na dzień stało się bardzo melancholijnym albumem. Kiedy czytam dzisiaj recenzje "Z2" wiele osób zwraca uwagę, iż "Sky Blue" nie jest moim najlepszym albumem i jestem się z tym w stanie absolutnie zgodzić, ale w sytuacji w której się wtedy znalazłem uważam, że jest to naprawdę kawał dobrej muzyki. Wierz mi, że były chwile, kiedy wydawało mi się, że nic z tego nie będzie. Niemniej jednak udało mi się go skończyć i moim zdaniem jest świetny, bo w pełni oddaje konfliktowy charakter tego wydawnictwa i mojego całego poprzedniego roku. Jedno jest jednak pewne - nie ma najmniejszej szansy, abym kiedykolwiek chciał to powtórzyć (śmiech).

rozmawiał: Michał Lis

Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Zobacz wszystkie