Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Mariusz "Demon" Dzwonek (Frontside)

Mariusz "Demon" Dzwonek (Frontside)

W ciągu dwóch dekad na scenie, sosnowiecki Frontside wielokrotnie stawał się obiektem drwin. Dziś, kiedy zespół może pochwalić się ósmym studyjnym albumem, sytuacja nie ulega zmianie.

Nasz rozmówca i jego koledzy z zespołu pozostają jedną z najbardziej kontrowersyjnych grup na rynku, która nie boi się pójść na przekór oczekiwaniom swoich fanów i wydać, po raz drugi, album mocno odstający od dotychczasowego dorobku

Bardzo "lubicie pić? Pomysł na ten numer nie mógł zrodzić się na trzeźwo. Tak przynajmniej myśli wasza stricte metalowa publika.


Ten numer zrodził się na trzeźwo (śmiech). Powstały pierwsze wersy zwrotek, jakiś czas później zaczęliśmy jammować i wyłoniła się warstwa muzyczna. Tekst refrenu pojawił się na samym końcu. Owszem, niestety lubimy pić, ale chyba nigdy nie popełniłem numeru pod wpływem.


Nawet gdyby tak było, nie musiałbyś się tego wstydzić. Gdyby obedrzeć ten numer z partii Vogga, byłby to pewnie jeden z mniej wyróżniających się utworów na płycie. Pomysł z akordeonem pojawił się w studio, czy od początku tak ten utwór miał wyglądać?


Ten numer miał zadatki na to, by połączyć naszą nutę z klimatem folkowym. Pomysł pojawił się przy piwku gdy prezentowałem naszemu nadwornemu fotografowi materiał ze studia w pierwotnej wersji. Właściwie to chyba Hubert z DreamDesign pierwszy wypalił, że tu mogłoby pojawić się trochę swojskiego klimatu. Nie od razu wpadliśmy na pomysł, jaki instrument by się sprawdził w "Lubię pić". Po pewnym czasie zagraliśmy jakiś fest z Decapami i stało się jasne, że to Wacek zagra na naszym albumie w tym numerze. Już od dawna planowaliśmy wspólne nagrania ale nie sądziliśmy, ze nabierze to akurat takiego kształtu. Nasze drogi bez przerwy przecinają się z Decapitated. Poznaliśmy się na wspólnej trasie z Vader i od razu się polubiliśmy. Potem chłopcy zaprosili nas na swoją trasę na Wyspach. Staramy się pomagać Covanowi łącząc interesy zespołu z pracą zawodową. Studia tatuażu w moim przypadku i klub Tomy. Kwestujemy, gramy i organizujemy. Chłopcy nawet wpadli się do nas wydziarać, a to nie ostatnie wieści w tym roku a propos naszych zespołów.


Wieść o tym, że Vogg gra na akordeonie znana jest jedynie tym, którzy słuchali ostatniej płyty Lux Occulta. Dzięki jego nagraniom na tym longu zdecydowaliście się, że to on nagra te partie?


Zdecydowały wyłącznie względy towarzyskie i fakt, że od dawna chcieliśmy coś razem zrobić. Oczywiście wiedzieliśmy, ze Wacek to fachman (śmiech), co zresztą udowodnił w studio przygotowując kilka różnych partii. Nadmienię, że na gorąco powstała też ta, która trafiła na płytę. Wacek mistrz!


Nie chcę przesadnie ciągnąć wątku "Lubię pić" ale nie mniej szokujące w tym numerze są wokale. Internauci słusznie zauważają, że Auman w refrenie przypomina Tilla z Rammstein.


Tak, przypomina. Część refrenu jest śpiewana dość niskim tembrem głosu, jakim posługuje się Till. Wersy śpiewane są w pewien, może nie marszowy sposób, ale na pewno surowy i twardy, który chcąc nie chcąc kojarzy się z Rammstein. Muzycznie to typowy patent oparty na bluesie, który nie ma nic wspólnego z metalem Niemców.


Bluesa jest zresztą więcej. Już przy "Sprawie…" Daron brał lekcje gry i udoskonalał warsztat bazując na feelingu takich utworów. Teraz, nawet kiedy gracie ciężej i nawet groove metalowo, nadal słychać, że to mocno brzmiący blues/hard rock. Takiego bujania jeszcze u was nie było.


Fakt. Ta muzyka rządzi się innymi prawami i cieszymy się, że to zostało zauważone. Standardy zostały zachowane i mam nadzieje podane w nowym sosie. Brzmienie albumu jest na wskroś nowoczesne i to stanowi o sile muzyki. O ile na poprzednim albumie skupialiśmy się na fajerwerkach gitarowych, to w przypadku tego krążka słychać już mędrców. Muszę zaznaczyć, że wymienione płyty powstały razem. Po prostu opublikowaliśmy je z odstępem czasu. Świadomie tak poukładaliśmy utwory na obydwu albumach, by te wspomniane różnice były uwypuklone. Tam przede wszystkim bawiliśmy się konwencjami, a tu po prostu prezentujemy solidny, markowy rock.


"Prawie Martwy" zamyka ten hard rockowy rozdział, czy to dopiero początek eksplorowania tego nurtu? Przyznam, że kiedy słucham utworu tytułowego, nagranego zresztą z pierwszym gardłem Frontside, odnoszę wrażenie, że to, co miało być wyskokiem, w pewnym sensie pół-serio, staje się dla was prawdziwym polem do popisu.


Dziś kompletnie nie zdaję sobie sprawy, w którą stronę pójdzie nasza muzyka. Zamierzam zacząć pisać za rok, może za dwa. Chcę odpocząć. Poszukać pomysłu i zajawki. Te dwie płyty wszystkich nas kosztowały sporo wysiłku. Jesteśmy usatysfakcjonowani, ale przyjdzie pora, że trzeba będzie ruszyć dalej. Zobaczymy, co będziemy chcieli zrobić. Przypierdolić zawsze możemy - mamy to we krwi. Oddaliśmy pole młodym cwaniakom, zobaczymy jak wykorzystają naszą absencję (śmiech). Numer tytułowy ma jakieś 15 lat (śmiech). Nagraliśmy go kiedyś pod szyldem Sadistical w hołdzie Danzig. Kiedy więc myśleliście, że napierdalamy, to my wtedy lecieliśmy lajtowo. Już na 3 demo z 1996 roku Astek "leciał Danzigiem" w utworze "Diabelska dusza".


A potem pojawił się szatan, blasty, inspiracje 100demons i pochodnymi. Frontside z perspektywy lat stał się zespołem, który pokazał, jak w stosunkowo krótkich odstępach czasu można kompletnie zmieniać swoje oblicze. Moment przełomowy? "Absolutus" czy chwila, kiedy zdaliście sobie sprawę z siły hard rocka z Sosnowca?


Momentem przełomowym było wsparcie firmy Mystic. Bez niej nie bylibyśmy w tym miejscu. Muzycznie zawsze chcieliśmy być bliżej wolnomyślicielstwa Faith No More niż konserwatyzmu Motorhead czy AC/DC - jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. To, czy nasze płyty odnosiły większe czy mniejsze sukcesy, nie miało wpływu na naszą twórczość. "Absolutus" wbrew pozorom nie był większym sukcesem niż "Zmierzch Bogów". To ta płyta dla wielu jest definicją Frontside.


A dla Ciebie? Kiedy zaczął się ten właściwy Frontside? Z czego jesteś najbardziej dumny? Grasz w końcu ponad dwie dekady i liznąłeś jednorazowo kompletnie bajtowego grania z kobietą na wokalu.


Właściwy Frontside zaczął się w 1993 roku w szkolnej kanciapie, kiedy z Astkiem powołaliśmy do życia ten zespół realizując własne marzenia. I to marzenie cały czas się iści! Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że wydamy 8 płyt i zagramy tyle TAKICH! koncertów pewnie bym go wziął za niezłego idiotę (śmiech). Nawet nie wyobrażałem sobie wtedy, że mogę udzielać wywiadów i ktoś będzie je czytał. Byłem najzwyklejszym zakompleksionym nastolatkiem z niedowagą. Grałem w wielu składach przed Frontside. Liznąłem blacku, doom metalu, nawet w warunkach studyjnych. Pogrywałem Punk, Ska czy wspomniany przez Ciebie Poprock. Odnalazłem się w ciężkiej nucie bo taką kocham. Chociaż zdarza mi się pisać lekkie rzeczy. Ostatnio nagrywałem gitary pod muzykę elektroniczną. Lubię i to. Jestem dumny, bo robię to co kocham, a to przywilej.


Jak w tym wszystkim pojawiło się studio tatuażu? Firma się rozwija i częściej można Cię spotkać na konwentach niż na scenie z gitarą.


Właściwie masz rację. Przełożyliśmy trasę na koniec roku i dlatego mam czas na pracę. To był obfity rok dla Frontside. Wydaliśmy dwa krążki i nakręciliśmy cztery klipy. Tatuaż był zawsze moją pasją - drugą po muzyce. Astek zaczął zawodowo zajmować się tatuażem w Szkocji i z czasem pojawił się pomysł na taką działalność w kraju. Jak przed laty, pod jedną banderą, pracujemy nad marką, tym razem Rock'n'Roll Tattoo. Widać, tak jak Frontside i ta marka rośnie w siłę. Jesteśmy blisko muzyki. Tatuujemy muzyków i pracujemy z muzykami. Kochamy to.


Chyba niczego Ci nie brakuje. W teledyskach piękne kobiety, sukcesy w branży tatuatorskiej, w zespole jak zawsze idziecie pod prąd. Wbrew tytułowi płyty, jednak żyć nie umierać.


Poza rock’n’rollowca jest pozą rock’n’rollowca i niech tak zostanie. Zawodowo się spełniam, a muzycznie póki będą pomysły będzie ok.


Wspomniałeś o trasie na koniec roku. Wcześniej padła jeszcze nazwa Decapitated. Wspólny tour?


Będzie trasa pod koniec roku. Trasa naprawdę w zacnym składzie.


Piekło już na nas czeka? (śmiech)


Zawsze. Licho nie śpi.


Rozmawiał Grzegorz "Chain" Pindor