Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Andi Deris i Michael Weikath (Helloween)

Andi Deris i Michael Weikath (Helloween)

Z okazji premiery nowej płyty Helloween "My God-Given Right", Andi Deris i Michael Weikath udzielili nam wywiadu, w którym opowiedzieli przede wszystkim o okolicznościach powstawania 15 albumu w dyskografii zespołu. Ale nie tylko.

Zespół wspomniał występ na Woodstock w Polsce oraz wyjaśnił, co jest kluczem do uzyskania brzmienia lat ’80.

Pamiętacie jeszcze Wasz występ na Woodstock w Polsce?


Ludzie często pytają nas o największe wydarzenia i najważniejsze koncerty w naszej karierze. Zawsze wymieniam Donington, Wacken, czy Rock in Rio, ale to koncert na Woodstock w Polsce przekroczył wszelkie granice.


Na Woodstock w Polsce trafiliśmy dzień po Wacken Open Air, na którym było fantastycznie, jednak w Wacken nie ma tego czegoś. Gdy pojawiliśmy się na scenie Woodstock, okazało się, że jest ona dwa razy większa, niż ta na Wacken. Pod względem technicznym, akustycznym i organizacyjnym to jedno z najlepszych miejsc, w jakich graliśmy. No i ludzie. Na Woodstock była co najmniej pięć razy większa publiczność, niż na Wacken. W porównaniu z waszym Woodstock, Wacken to przedszkole (śmiech). Jeżeli chodzi o mnie, Woodstock w 2011 roku to najważniejszy koncert w mojej kilkudziesięcioletniej karierze.


W tym roku mija 30. rocznica Helloween. Nawiązując do tytułu nowego albumu, sądzicie, że za sprawą prawa bożego tak długo istniejecie?


To, o czym mówisz, to właściwie geneza tytułu tej płyty. Gdy skończyliśmy szkołę, nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Marzyliśmy o byciu muzykami. Chcieliśmy nagrywać, podróżować i występować. Wtedy zapytałem mojego ojca, co powinienem robić w życiu. Powiedział, bym robił to, czego pragnę i spełniał marzenia, a przynajmniej próbował to robić. Myślę, że Bóg pozwolił nam żyć szczęśliwie. Czasem trudno jest zdefiniować szczęście i każdy rozumie to pojęcie na swój sposób. Dla niektórych szczęśliwe życie wiąże się z pieniędzmi i bogactwem. Sądzę, że pieniądz nie jest kluczem do szczęścia.


Album brzmi, jakby był nagrany w latach ’80.


To nie była decyzja i naturalna kolej rzeczy. Dziś musisz się nagimnastykować i wydać duże sumy pieniędzy, by zabrzmieć, jak w poprzedniej epoce. Myślę, że to dobry album. Powstał przy współpracy z dobrymi ludźmi. Nasz producent, Charlie Bauerfeind zainspirował nas swoją pasją do starego, analogowego sprzętu studyjnego. Na potrzeby realizacji "My God-Given Right" wydał ogromne sumy pieniędzy. Jest też gadżeciarzem. Lubi mieć to, czy tamto, niezależnie od kosztów. Spełnia marzenia. Uważam, że to była dobra decyzja. Na "My God-Given Right" nie doświadczysz cyfrowego brzmienia.


Mimo wszystko, brzmienie analogowe z cyfrowym można łatwo pomylić.


To prawda. Dziś trudno jest odróżnić brzmienie analogowe od cyfrowego. Młodzież po prostu powie, że coś dobrze brzmi, nie zwracając uwagi na to, w jaki sposób album został zarejestrowany. Natomiast takie stare pryki, jak my, od razu wyłapiemy niuanse, które determinują analogowe brzmienie. W przypadku muzyki, jaką wykonujemy, czy takich gatunków, jak np. jazz, czy funk, rejestracja materiału w analogowy sposób na taśmę to najlepsza metoda. Jeżeli ktoś może sobie na to pozwolić, niech nigdy się nie waha, bo warto.


Jak wyglądała praca w studio?


Pomysły na album zaczęliśmy zbierać mniej więcej w kwietniu zeszłego roku. Do studia weszliśmy jesienią, w październiku. Podczas pracy robiliśmy przerwy ze względu na Charliego. Nie chcieliśmy wywierać na nim presji. Mógł czuć się swobodnie i odpocząć. Kilkutygodniowe przerwy w jego przypadku były jak najbardziej uzasadnione. W dzisiejszych czasach, producent zajmuje się prawie wszystkim. Jest jednocześnie inżynierem dźwięku, odpowiada za miks i mastering.


W lutym skończyliśmy pracę. Dużo pracowałem w domu. Lepiej pracuje mi się na spokojnie w domowym studio, aniżeli podczas trasy, jak robią to pozostali członkowie Helloween. Znów realizowałem wszystko na ostatnią chwilę, jak zawsze. W odróżnieniu od ciebie Andi, czy reszty, nie zbieram pomysłów i nie kombinuję. Pracuję w zupełnie inny sposób. Siadam i tworzę, a gdy skończę, jestem gotów, by wejść do studia.


W swojej kolekcji masz wiele gitar. Do jakiego stopnia starsze modele wpływają na brzmienie sprzed lat i jak mają się do tego świeższe roczniki?


Na przykład nowszy model Gibsona Les Paul Custom, na "Master of the Rings", brzmi o wiele lepiej, niż stary Flying V, używany na tym samym albumie. Mam trochę nowych modeli Les Paula, które niekiedy brzmią lepiej, niż te sprzed trzydziestu lat. Nie mam ulubionych gitar i nie kieruję się rocznikiem, a brzmieniem. By uzyskać brzmienie lat ’80, nie wystarczy analogowy sprzęt, wzmacniacze, rejestratory. Chodzi o magię i klimat z zeszłej epoki. Sądzę, że na nowym albumie uchwyciliśmy to.


Czym różni się starsze pokolenie fanów od młodych entuzjastów Helloween?


Myślę, że starsi fani wolą brzmienie lat ’80. Z jednej strony ciepłe, naturalne, analogowe, a z drugiej - bardziej agresywne, jednak mimo wszystko przyjemne dla ucha.


Za tym stoi harmoniczne brzmienie, którego jest dość dużo w naszych utworach. By uzyskać taki rezultat, Charlie spędził dużo czasu na optymalizacji brzmienia i ustawieniach wzmacniaczy. Nie tylko tych analogowych, ponieważ również korzystamy z procesorów Kemper.


Serdeczne dzięki za rozmowę. Do zobaczenia na którymś z koncertów.


W Polsce zagramy w sierpniu, na Cieszanów Rock Festiwal. Do zobaczenia.


Dzięki. Sprawdź tego Kempera, bo jest naprawdę dobry!


Rozmawiał: Wojciech Margula

Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Zobacz wszystkie