Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / In Flames

In Flames

In Flames to szwedzki zespół metalowy, który rozpoczął karierę w połowie lat 90. Muzycy pochodzą z miasta Gothenburg i wpisali się w nurt, który znany jest na świecie pod nazwą "Gothenburg sound"
Po debiucie, entuzjastycznie przyjętym przez fanów, muzycy wybrali inną drogę - zaczęli eksperymentować z nu-metalem. Nie spodobało się to ani ich fanom, ani krytykom. Kolejne albumy: "Clayman" (2000), "Reroute To Remain" (2002) oraz "Soundtrack To Your Escape" (2004) nie zostały przychylnie ocenione przez krytykę. Fani zaczęli podejrzewać członków grupy o chęć odniesienia komercyjnego sukcesu. Zespół, okrzyknięty "nowym Iron Maiden", poszedł w zupełnie nieoczekiwanym kierunku muzycznym.

Pojawiły się nawet pogłoski, że In Flames rychło ogłosi swój rozpad. Tak się jednak nie stało. Muzycy postanowili wyciągnąć wnioski z porażek i wziąć się ostro do pracy. Efekt? Na początku lutego ukazał się ich nowy album, "Come Clarity", który stanowi duże muzyczne wydarzenie. To metalowy comeback w wielkim stylu.

Z Jesperem Strömbladem i Björnem Gelottem rozmawiamy o nowej płycie, grze w harmoniach i o szwedzkim metalu.

Kiedy po raz pierwszy słuchałem "Come Clarity", byłem zaskoczony. Ten album jest o wiele ostrzejszy niż wasze poprzednie płyty.


O to nam właśnie chodziło. Podoba mi się album "Soundrack To Your Escape", ale czegoś mu brakuje. Zdecydowaliśmy, że tym razem stworzymy coś o wiele ostrzejszego i bardziej wyrazistego. Chcieliśmy skupić się na melodii i na grze w harmoniach, a także na zwiększeniu szybkości utworów. Zupełnie inaczej podeszliśmy do riffów - są trudniejsze i bardziej rozbudowane. Praca nad tą płytą dała nam dużo satysfakcji.


Do nagrania naszej ostatniej płyty, "Soundtrack To Your Escape", użyliśmy dużej ilości sampli. Teraz chcieliśmy zagrać więcej riffów i jednocześnie pozwolić gitarze prowadzącej wyjść na pierwszy plan. Inaczej też wyglądała praca nad nowym albumem pod względem praktycznym. Poprzednim razem zaopatrzyliśmy się w dużą ilość piwa, po czym zamknęliśmy się wszyscy na dwa tygodnie w domu. Ostatnio zaś pracowaliśmy u siebie w kraju i mieliśmy do dyspozycji całe studio. Dzięki temu mieliśmy więcej czasu, żeby brać na warsztat poszczególne utwory i wypróbowywać różne rozwiązania, które nam przychodziły do głowy. Sporo eksperymentowaliśmy, żeby należycie się dopasować przy grze w harmoniach. Ludzie zawsze powtarzali nam, że właśnie ona jest naszym znakiem rozpoznawczym, postanowiliśmy więc wykorzystać ten atut.

"Come Clarity" bardziej przypomina nasze debiutanckie nagrania. Bardzo różni się od "Soundrack To Your Escape". Czuje się na niej powiew czegoś nowego, nie potrafię określić, czego. Z pewnością "Come Clarity" otwiera nowy rozdział w historii In Flames.


Obecnie wiele zespołów używa dwóch gitar do grania w harmonii. Może po prostu postanowiliście, że też warto spróbować?


Pracując nad poprzednią płytą, skupialiśmy się bardziej na innych aspektach tworzenia muzyki, na przykład na produkcji. Zależało nam, aby utwory miały hardcorowe brzmienie. Przy tej płycie najważniejsza była dla nas gra w harmoniach. Tak jak mówiliśmy wcześniej, chcemy, żeby to był nasz znak rozpoznawczy. Myślę, że w procesie tworzenia nowego albumu w pewnym sensie odkryliśmy nasz złoty środek. Wciąż używamy sampli, ale nie idziemy na łatwiznę, jeśli chodzi o riffy.


Jak wam się pisało riffy? Nie baliście się, że wyszliście trochę z wprawy?


Oczywiście, że musieliśmy więcej z siebie dać. Jak chcesz się rozwijać i iść do przodu, to musisz włożyć w to wysiłek. Nie o to przecież chodzi, żeby ciągle grać rzeczy, które się zna. Nigdy nie byliśmy prawdziwymi shredderami, zawsze skupialiśmy się bardziej na muzyce niż na szybkości gry. Przy tej płycie musieliśmy więc dużo więcej ćwiczyć stronę techniczną. Ciężej pracowaliśmy przy nagrywaniu i opłacało się to, bo czerpaliśmy z tego satysfakcję.


Można powiedzieć, że powróciliście do swojego pierwotnego brzmienia, ale czy nadal czujecie, że jesteście tak samo kreatywni, jak wtedy?


Wciąż jesteśmy kreatywni i mamy bardzo dużo nowych pomysłów. Ostatni album jest tego dowodem. Pisanie utworów i nagrywanie ich jest jak...wydawanie na świat dziecka. Masz wrażenie, że to zabiera całą twoją energię. Proces tworzenia jest tak żmudny, że niekiedy czuję, że nie damy rady dokończyć pracy nad płytą. Potem ją kończymy i za jakiś czas mamy energię i nowe pomysły na następną. Tak to działa. Kiedy wyczerpiemy się twórczo i stwierdzimy, że nie mamy już nic nowego do powiedzenia w muzyce, zajmiemy się czymś innym.


Byliście jednym z pionierów gatunku nazwanego "Gothenburg sound". Jak to jest, że Szwecja daje światu tyle wspaniałych zespołów metalowych?


Jak byłem młodszy, rząd sponsorował lekcje gry na instrumencie muzycznym dla dzieci. Każdy miał obowiązek uczyć się gry na jednym instrumencie: na gitarze, flecie, pianinie czy skrzypcach. Mieliśmy świetne zaplecze. Teraz, z perspektywy czasu, doceniam to. Jak ktoś chciał założyć kapelę i znaleźć miejsce na próby, nie było z tym najmniejszego problemu. Dostawaliśmy nawet dotacje na sprzęt. Nie wiem, kto był inicjatorem tego przedsięwzięcia, ale to był bardzo dobry pomysł. Dzieciaki miały jakieś ciekawe zajęcie, nie szlajały się po ulicach bez celu. Niestety, rząd wycofał się z dotacji i dzisiaj już się tego nie praktykuje. Ja skorzystałem z darmowych zajęć i do dwunastego roku życia uczyłem się grać na skrzypcach. Potem przyszła fascynacja grupą Metallica i dziewczynami (wiadomo, że granie na skrzypcach nie robi takiego wrażenia na płci przeciwnej), przerzuciłem się więc na gitarę. Było mi łatwiej, ponieważ grając na skrzypcach, wyrobiłem sobie palce.


Nie rozumiem całego tego zamieszania wokół naszego kraju. Czy w Szwecji można znaleźć doprawdy aż tyle dobrych zespołów metalowych? Owszem, mamy At The Gates, Soilwork czy Dark Tranquillity, które zrobiły karierę za granicą. Ale myślę, że w każdym kraju znalazłoby się kilka takich grup.


Czy muzycy w waszym mieście trzymają się razem? Zespoły pochodzące z Bostonu, takie jak Shadows, Fall, Killswitch i Unearth, blisko współpracują ze sobą.


Wszyscy się znają, to na pewno. Jeździliśmy razem w trasy, ale nic więcej - każdy pracuje sam na siebie. To śmieszne, że wszyscy dookoła mówią o "Gothenburg sound", tylko nie mieszkańcy Gothenburga. Dla nas nie istnieje taki fenomen. Wszystkie zespoły pracują na swoje sukcesy i jeśli coś osiągnęły, to tylko dzięki swojej pracy, a nie jakiemuś brzmieniu.



KIEDY W 2001 ROKU IN FLAMES KONCERTOWAŁO Z ZESPOŁEM SLIPKNOT, FANI OSKARŻYLI ICH TO, ŻE WPADLI W SZPONY KOMERCJI

Muzycy z grupy Slipknot zaprosili nas na kilka koncertów - było ich siedem czy osiem. Bylibyśmy nierozsądni, odrzucając taką propozycję. Slipknot to grupa z pierwszej ligi i dzięki nim mieliśmy szansę na dotarcie do szerszego kręgu odbiorców. Niektórym się to najwyraźniej nie spodobało. Oskarżono nas nawet o to, że się sprzedajemy i że gramy nu-metal. Najwidoczniej inni pomyśleli sobie, że robimy to tylko dla pieniędzy. Jeździmy z koncertami po Stanach, żeby zarobić na utrzymanie rodzin - przecież nie robimy tego charytatywnie. Nie zagramy jednak dla pieniędzy czegoś, co nam się nie podoba. To okropne, że ludzie wypisują o nas takie rzeczy na forach i że nie mamy szans na konfrontację z nimi, by móc obronić się przed zarzutami.
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie