Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / The Car Is On Fire

The Car Is On Fire

Wywiad z zespołem The Car Is On Fire.

Zarabiacie na muzyce?


Grosze...


Ale sprzedaliście kilka płyt?


Powiem szczerze, że nie śledzę tego na bieżąco. Dwa miesiące temu pytałem się w EMI o sprzedaż i wynosiła niecałe dwa tysiące.


To chyba dobrze? Alternatywna muzyka, polski rachityczny rynek nagrań...


Zaplanowałem sobie, że jak sprzedamy cztery tysiące płyt, to otworzę szampana. Jeszcze nie osiągnęliśmy tego poziomu sprzedaży, więc nie ma tu szczególnych powodów do radości.


Tym bardziej, że jesteście po trasie promującej album.


Graliśmy, i to sporo. Duże imprezy w wakacje, festiwale, na przykład w Cieszynie czy na Woodstocku. Jesienią mieliśmy trasę koncertową promującą płytkę. Zagraliśmy w jej ramach 14 koncertów, plus jakieś dodatkowe imprezy, wśród nich koncert na żywo w radiowej Trójce.


Długo ze sobą gracie?


Około czterech lat. Zespół jest sytuacją wyjątkową w tym sensie, że tworzą go cztery różne osoby, które oczywiście znalazły jakiś wspólny mianownik, ale to wciąż czterej egocentrycy ze swoimi własnymi poglądami i własną historią. Ja na przykład grałem wcześniej z różnymi ludźmi, m.in. w zespole Sport czy chałturniczym Tequila Sunrise. Basista, Jakub Czubak, i gitarzysto-wokalista, Borys, nie grali wcześniej w takich prawdziwych zespołach. Z kolei Krzysiek, perkusista z Radomia, ma za sobą przygodę trashmetalową, przewinął się przez kilka cięższych formacji, które wspomina z łezką w oku oraz pewną ironią i dystansem. W przeciwieństwie do reszty zespołu, miałem większe doświadczenie, prowadziłem własne zespoły, nagrywałem itd. Wiedziałem więc, jak postawić zespół na nogi.


Miałeś od początku określoną wizję zespołu i muzyki, jaką będziecie grać? Bo jak się was słucha, to stylistyka jest określona, brzmi jak, powiedzmy, Gang Of Four.


Połączyła nas miłość do muzyki, jednej, dobrej. Mamy na półkach te same płyty, na przykład kochamy Beatlesów. Jeśli chodzi o stylistykę, to ta na początku była znacznie łagodniejsza, jednak po pewnym czasie coś się w nas przewartościowało. Na którejś próbie powiedziałem: "Panowie, nie ma co, gramy ostro!". Coś, co wisiało w powietrzu, zostało po prostu głośno powiedziane, bo każdy z nas nosił już w sobie taką potrzebę wykrzyczenia się, wyrwania w kierunku spontanicznym i świeżym.


Słuchając nagrań TCIOF, pomyślałem od razu, że są takie piosenkowe.


Tak, a jest to chyba sytuacja nieczęsta. Rozmawiam z różnymi muzykami i nieraz powtarzam z pełnym przekonaniem, że najważniejsza jest piosenka sama w sobie.


Podchodzicie do kawałka formalnie… melodia, harmonia, zwrotka, refren. Coś, co można zagrać równie dobrze na fortepianie...


…i zawsze będzie wiadomo, że to jest to samo. Że to McCartney czy Seweryn Krajewski (śmiech). Interesuje nas piosenka, nie puste klimaty, tylko właśnie harmonia i melodia.


Jesteś liderem grupy?


Nie, grupa nie ma lidera.


Ponoć w zespołach nie ma demokracji, musi ktoś rządzić.


W takim razie jest czterech liderów (śmiech). Naprawdę, każdy z nas mógłby prowadzić własny zespół i robić to kompetentnie. Bardzo wierzę w zdolności i czucie muzyki, czucie świata wszystkich moich kolegów z zespołu. TCIOF to typowy kwartet, gdzie każdy jest bardzo ważnym elementem.


Jak powstaje kawałek? Kto przynosi pomysł, kto decyduje?


Wymieniamy się tymi funkcjami. Jeśli chodzi o ustawianie zespołu, uczenie się grać razem, pracę nad brzmieniem, dużą część robiłem ja. Z drugiej strony, dużą część pomysłów i piosenek (akordy plus melodia), które weszły na pierwszą płytę, przyniósł Borys. Poza tym jest tam też parę pomysłów reszty kwartetu. Później siadaliśmy razem i kolektywnie pracowaliśmy nad każdym z kawałków. Najwspanialsze chwile wspólnej pracy były wtedy, gdy nagle przychodził pomysł i natychmiast powstawały riffy, harmonie, perkusja. To, co było międlone, obrabiane kilkanaście razy, nie miało już tej iskry. Pierwsze trafienia z reguły są najfajniejsze.


Kiedy podjęliście decyzję nagrywaniu?


Od początku wiadomo było, że zakładamy zespół po to, żeby nagrywać płyty, żeby rozwijać się w tym kierunku, dlatego też w pewnym momencie zrobiliśmy pierwsze demo. Nagrania pomógł nam zrobić, praktycznie za darmo, Jurek Runowski, bardzo zdolny producent i wspaniały gitarzysta, znany choćby z tego, że gra u Kasi Kowalskiej. Nagrania wyprodukowane zostały już na poziomie płytowym, czego skutkiem były dalsze ich losy. Jeden numer, "At this time", znalazł się na składance Piotra Kaczkowskiego, drugi został naszym singlem radiowym, kiedy podpisaliśmy kontrakt z Pomaton EMI. Z ciekawostek produkcyjnych można wspomnieć, że nagraliśmy perkusję Krzyśka, Polmuz, w ten sposób, że umieściliśmy dwa mikrofony dynamiczne przed zestawem na wysokości jakichś dwóch metrów i to były jedyne mikrofony, które zbierały bębny. Oczywiście bębny się rozpadły podczas nagrywania, ale zostały złożone i przydały się jeszcze raz rok później (śmiech). Ścieżki perkusji z tych dwóch mikrofonów zostały potem podbarwione próbkami, dzięki czemu w nagraniu jest dobra sekcja. Druga ciekawostka dotyczyła rejestracji gitar, które były nagrywane wiele razy, dublowane, ale oryginalność pomysłu polegała na nagraniu gitar elektrycznych przez mikrofon dynamiczny - nie przez piec, lecz akustycznie.


Gdzie nagrywaliście swój pierwszy album?


W związku z tym, że nie mieliśmy kasy, perspektyw i pomysłów na to, co możemy zrobić, z kim i gdzie, padł pomysł, żeby nagrać płytę w miejscu, w którym gramy próby. Ważne jest, żeby, nagrywając autorski materiał, być szczerym wobec siebie samego i wobec ludzi, którzy później tego słuchają. Tak akurat wtedy brzmieliśmy, w takim miejscu siedzieliśmy i spędzaliśmy nasz czas muzyczny, tak właśnie brzmiał zespół. Próby graliśmy u Michała Baczunia, w jego punkowym Studio Kosmos, które powstało w dawnej stajni, strasznie starym budynku sprzed pierwszej wojny światowej. Omikrofonowaliśmy cały sprzęt, zrobiliśmy prowizoryczne ekrany wokół bębnów czy gitar, żeby nie było dużych przesłuchów. I zagraliśmy po dwie, trzy wersje każdego kawałka, instrumentalnie, bez wokali.


Synchronizowaliście się jakoś? Perkusista miał metronom?


Graliśmy bez niczego, totalnie na żywioł, co zresztą słychać na płycie. To jest ważne, że nie mamy jakiś stresów w związku z tempami, bo wychodzimy z założenia, że najważniejsza jest energia wychodząca z serca, więc podeszliśmy do tego na zasadzie pełnego spontana.


Jak rejestrowaliście gitary?


Poprzez mikrofony dynamiczne Shure SM57 oraz SM58, którymi zbieraliśmy sygnał z dwóch pieców: Marshalla JTM30, na którym grał Borys i Fendera Bassmana 50, którego używałem ja. Bas był nagrywany liniowo przez lampowy preamp Reussenzehn. Perkusja to Polmuz, tyle że z solidnymi naciągami Remo i Aquarian oraz przyzwoitymi blachami Zildjana. Krzysiek odpowiednio ją dostroił, więc chodziła tak, jak chciał.


Przez cztery godziny nagraliście całą płytę, wszystko poza wokalami?


Tak…na początku mieliśmy stres, ale udało się. Potem dogrywaliśmy wokale: Borysa, Kuby i mój.


Nagrywaliście się pojedynczo, czy także równocześnie?


Głównie pojedynczo, ale takie momenty, jak w "Sell sell sell", gdzie śpiewamy wszyscy naraz, nagrywaliśmy w taki właśnie sposób - staliśmy wszyscy przed mikrofonem i darliśmy równocześnie do niego japy. To daje spontan i energię, które chyba słychać na płytce. Poza tym inaczej się śpiewa razem do jednego mikrofonu, dźwięk splata się i harmonizuje w czasie rzeczywistym. Do zebrania wokali służył nam mikrofon Rhode NT1.


Mówicie o sobie "muzyczni dyletanci". Przecież macie background muzyczny?


Akurat ja mam trochę większy niż reszta kapeli, ale i tak nie czuję się dobrym muzykiem. Jak spotkałem się z chłopakami po raz pierwszy, to jeden grał na basie podłączonym do radia Diora, drugi grał na gitarze akustycznej, wszystko pływało dokumentnie i ledwo te akordy były dociskane. Zaczynaliśmy z poziomu bardzo mocno amatorskiego, jednak to amatorstwo stało się w tym momencie atutem.


Podobnie jak z Beatlesami?


To podobna sytuacja i dlatego dostrzegłem w tej niedoskonałości szansę, że można się uczyć grać razem, wyrabiając własny styl i jednocześnie robiąc materiał. To się sprawdziło, chociaż było jakieś ryzyko i były boje, na przykład o to, że zmuszam chłopaków, żebyśmy grali z metronomem.


Twoja pierwsza gitara?


To jest piękna historia. Moją pierwszą gitarą była Jola2.


Pociąłeś sobie nią palce?


Pociąłem. To była moja pierwsza gitara elektryczna. Pierwszą gitarą w ogóle był połamany Defil, akustyczny. Na Joli2 nie można było niczego zagrać, natomiast można było ją sobie podłączyć do wieży i jak się postukało w strunę, to gitara buczała. Drugi mój instrument elektryczny był porządniejszy. To była czeska Jolana Galaxy, więc przecierałem szlaki prawie jak Czerwone Gitary. Wtedy gitary kosztowały masę kasy, ale te moje pierwsze wiosła kupowane były w komisach w małych miasteczkach. Jestem z Warszawy, natomiast obydwie gitary kupiłem w miasteczku rodzinnym mojej mamy, Lubaczowie. Tam był komis, w którym można było trafić na fajne rzeczy. Tam później kupiłem wzmacniacz, który po pięciu latach sprzedałem Piotrkowi Lato, późniejszej gwieździe programu "Big Brother". Po Jolanie kupiłem gitarę Climax, kopię Jacksona Charvela. Nigdy nie zapomnę jej zapachu, gdy pierwszy raz przyniosłem ją do domu. Następna gitara to meksykański Fender - biały, z floydem i humbuckerem a’la Richie Sambora. Później zamieniłem go na dużo prostszego meksykańskiego Squiera Stratocastera, wartego ze 300 złotych, z trzema singlami, oraz piec Marshall JTM30. Nie wiem, czy zrozumiesz moją miłość do Squierów, do tej pory gram na Squierze, podczas gdy mam w szafie Gibsona.


Nie wkurzają cię single w tanim stracie? Strasznie sieją…


Tak, na maksa sieją, ale gramy taką muzykę, że noise staje się nawet atutem, bo bije po uszach z takim niepokornym zadziorem. Jak nagrywaliśmy demówkę, w studiu były do dyspozycji bardzo fajne gitary, ale ten mój strat sprawdził się najlepiej, zwłaszcza kiedy się go puściło przez mojego faworyta z okresu tej sesji - Koda Thrash Metal. Ten efekt, z obciętym dołem, dał mi absolutnie niepowtarzalny sound. Był cichym bohaterem tej sesji. Dostałem go 15 lat temu od kolegi z liceum, a gdy po latach znalazłem go na dnie szafy i postanowiłem odpalić, okazał się bardzo charakterystyczny, chuligański, dziarski, bezczelny. Oczywiście pierdzi przy tym, obcina pasmo i zgrzyta, ale ma stajla, jest bandytą, który jeździ limuzyną (śmiech).

Normalnie mam całkiem przyzwoitą baterię efektów: Tube Screamer, BOSS BluesDriver BD-2, BOSS Compressor Sustainer CS-3, CryBaby, oldskulowy Ibanez DML10 Digital Modulation Delay II, można z niego wyciągnąć nieprawdopodobne brzmienia. Ostatnio ustawiłem na nim sound stricte Fugazi, z bardzo krótkim pogłosem, zimny, punkowy, z lat 80. W pewnej chwili sprzedałem Borysowi wspomnianego Marshalla JTM30, sam zaś kupiłem wzmacniacz Fender Bassman 50.


Dlaczego używasz basowego piecyka do gitary elektrycznej?


On jest nie tylko basowy, ma również kanał dla gitary, choć oczywiście McCartney nagrywał na identycznym podczas sesji do Abbey Road właśnie bas, dokładnie na takim samym piecu, jak mój.


Do basu nie jest za mały?


Oczywiście, masz rację, że żaden zespół Korn czy Red Hot Chili Peppers by tego nie użył, trudno na takim wzmacniaczu grać podobne rzeczy, ale do grania, gdzie interesuje cię jak najwierniejsze przeniesienie wszelkich subtelności struny, brzmienia drewna, gitary, a nie jakiś modyfikowany supercios, to jest bardzo dobry wzmacniacz. Oprócz TCIOF udzielam się też w zespole jazz-punkowym Niechęć, w którym gram na basie. Wtedy używam kanału basowego. W mojej basówie mam oszlifowane struny i dzięki temu ten zestaw brzmi prawie jak kontrabas.


Na jakim basie grasz?


Jest to gitara o ksywce Frankenstein. Została złożona z różnych części przez mojego kumpla. Piec Fender Bassman idealnie wydobywa wszelkie subtelności takiego akustycznego instrumentu. Używam więc dwóch wejść w Fenderze: grając na basie - basowego, grając na gitarze - gitarowego. Wejście gitarowe jest tam nieprawdopodobnie dynamiczne. Jedyny mankament tego pieca polega na tym, że nie ma w nim regulacji środka, w związku z czym brzmienie jest dosyć konturowe. Niemniej jednak  nie widziałem do tej pory bardziej dynamicznego wzmacniacza. Używam do niego kolumny na czterech starych enerdowskich głośnikach RFT.


Wspominałeś o Gibsonie w szafie?


To oryginalny Les Paul, ale bardzo dziwny. Szukałem w katalogach i w internecie, żeby wiedzieć, jaki to dokładnie model, ale nie znalazłem. Kiedyś rozmawiałem o tym z lutnikiem i podał mi nazwę Gibson Studio Lite, ale sprawdzałem - to nie jest to. To jest gitara zrobiona z mahoniu, cover ma z klonu falistego, jest żółta, widać pięknie polakierowane słoje. Nie jest ciężka, bo w środku są porobione komory akustyczne, wypełnione balsą.


Jakie struny zakładasz do gitar?


Do Gibsona używam strun .011 Yamaha. Nieprawdopodobnie często rwę struny, zdarzały się nawet trzy podczas jednego koncertu. Zresztą Borys ma tak samo.


Może coś jest nie tak ustawione w gitarach?


Gitary były ustawiane u lutnika. Używamy różnych kostek, ja około 0,8mm, z kolei Borys ma ekstremalnie cienkie piórko, przez co rozwala sobie paznokcie. Rwanie strun wynika więc z naszej gry... To kwestia ekspresji, może to brzmi w troszkę dęty sposób, ale po prostu - struny pękają, kiedy się w nie naparza. Szukaliśmy różnych sposobów, żeby sobie z tym problemem poradzić. Ostatnio Borys znalazł superwytrzymałe struny o nazwie Long Term. Też je kupiłem i pękły, dwie, ale dopiero po tygodniu. Śmieszne jest to, że kategorią, która decyduje o tym, że wybiera się te struny a nie inne, nie jest brzmienie, bo nawet nie zdążymy tego dobrze sprawdzić, tylko wytrzymałość. Inna sprawa, że jesteśmy zespołem ubogim.


W sensie materialnym?


Tak, bo duchowo jesteśmy przebogaci (śmiech). Finanse decydują niestety o tym, na czym gramy. Ostatnio Krzysiek kupił sobie perkusję Ludwig - masowy produkt w cenie koło dwóch tysięcy złotych. Podobnie jest z resztą instrumentów: Borys i Kuba grają na Rockwoodach, a są to instrumenty do tysiąca złotych.


Nie planujecie kupna lepszego sprzętu?


W miarę możliwości finansowych cały czas staramy się coś tam wymieniać. Powiem szczerze: jestem przekonany, że jakość sprzętu sama w sobie jest dla zespołu sytuacją drugo-, trzecio- czy nawet czwartorzędną. Naprawdę fajne rzeczy można wydobyć z tanich instrumentów, co więcej, te instrumenty często mają oryginalny charakter. Staramy się wyciągać wszelkie subtelności, wynikające z charakterystycznych cech tanich ogryzków, instrumentów, które mamy dookoła siebie. Ostatnio, dla przykładu, złapałem w Elblągu gitarę Jolana, półakustyczną, która brzmi bardzo charakterystycznie, bardzo fajnie, a z pewnością 95% gitarzystów nawet by na nią nie spojrzało.


Wynika z tego, że nie jesteście typowymi gitarzystami, ale zespół jest przecież gitarowy.


No jasne, że jest, ale nie jesteśmy maniakami gitar. Jesteśmy maniakami melodii, harmonii, fajnych klimatów. Sprzęt jest na dalszym planie, pierwsza jest idea.


Ale istnieje instrument twoich marzeń?


Oczywiście, chciałbym mieć kiedyś kilka wioseł. Mam takich kolegów, którzy pasjonują się gromadzeniem instrumentów. Szanuję to, jednak sam mam inne podejście, szukam indywidualnego brzmienia. Myślę na przykład o gitarze Gretch, która dla mnie brzmi jakoś tak fajnie syntetycznie, sucho. Chciałbym mieć też Rickenbackera. Kiedyś marzyłem o Gibsonie Firebirdzie. A wszystko po to, żeby uzyskać jak najszersze spektrum brzmieniowe, gdyż interesują mnie pogranicza.


Podpisaliście kontrakt z EMI. Nie kłóci się to z wizerunkiem zespołu offowego?


Z naszym wizerunkiem kłóci się myślenie w kategoriach wizerunków. Wkraczamy tu na grunt światopoglądowo-filozoficzny. Co ci daje taką niezależność? Możesz wbić się w jakieś ramki, schematy myślenia niezależnego, undergroundowego.


Które właśnie będą artystę ograniczać?


No właśnie - będziesz zależny od swojego głupiego myślenia o tym, jak powinien zachowywać się "muzyk niezależny". Jak ktoś przychodzi i mi mówi, że fajnie by było, gdybyśmy wydali płytę w małej wytwórni, to gość nie wie, co mówi. Choć z drugiej strony, dla bandów zaangażowanych ideologicznie kontekst wydania płyty może być istotny. Jednak TCIOF zależy przede wszystkim na muzyce. Gdybyśmy poszli takim schematem, takim offowym ściegiem, moglibyśmy nie zrobić połowy tego, co zrobiliśmy, bo większość energii poszłaby na przykład na walkę o to, by nasze płyty w końcu pojawiły się w sklepach w Bydgoszczy czy Sieradzu. Na wstępie negocjacji z Pomatonem, które trwały długo i były dość zażarte, powiedzieliśmy, że nie ma mowy o tym, żebyśmy zrezygnowali z jakiejkolwiek możliwości kontroli procesu kreatywnego. Nie chcieliśmy więc oddawać z naszych kompetencji artystycznych niczego i to Pomaton miał się zastanowić, czy dalej chce rozmawiać z takim właśnie zespołem. No i chcieli rozmawiać, w związku z czym mogliśmy ustalać dalej mniej istotne punkty, bo to, co było dla nas najważniejsze, na wstępie zostało obronione.


A dlaczego nie śpiewacie po polsku?


Po prostu to jest angielska muzyka, a z językiem, którego używasz do muzyki, jest jak z wyborem instrumentu. Możesz do zagrania tematu w orkiestrze użyć oboju albo skrzypiec czy waltorni. My używamy, dajmy na to, waltorni. Język angielski jest bardzo charakterystycznym instrumentem, ma inny sound niż język polski, inne akcentowanie, więcej jednosylabowych wyrazów, wychodzi przy jego pomocy zupełnie inna melodia. Sam nie odwracam się absolutnie od języka polskiego, swoje kompozycje, które tworzę poza zespołem, robię po polsku. Myślę w tym języku i łatwiej wyrazić mi swoje emocje czy spostrzeżenia po polsku, natomiast budowanie piosenki po polsku i po angielsku to dwa zupełnie inne światy.


Ale z angielskim teoretycznie łatwiej pokazać się na Zachodzie. EMI ma wam w tym pomóc?


EMI ma nam nie przeszkadzać, wytwórnia nie ma żadnego interesu w tym, żebyśmy robili kokosy na Zachodzie, bo to jest tylko EMI Polska. Podjęliśmy pewne kroki, żeby pchnąć na Zachód naszą muzykę, dalecy jesteśmy przy tym od buńczucznych wypowiedzi typu "jedziemy podbijać Amerykę" czy coś takiego.


Były już polskie próby w tym zakresie...


Mamy dystans wobec takich głośnych działań. Wierzymy raczej po cichu w niszowe sytuacje. Wiem, że w różnych miejscach na całym świecie są grupy ludzi, które słuchają określonych rzeczy. Dziennikarze, pisząc o Myslovitz, sprawiali wrażenie, jakby myśleli, że zrobi się z nich drugi Blur, że wyjadą tam i wszyscy padną na kolana. Ale nie na tym to polega w przypadku naszej kapeli. My bardziej skupiamy się na szukaniu swoich ziomów, którzy mieszkają w różnych miejscach.


Chodzi wam o podobną niszę ekologiczną do tej, którą zajmujecie w Polsce?


Dokładnie, o ludzi z podobną wrażliwością i czuciem estetycznym. To nie są i nie będą masowe sytuacje. Jak będzie ich stu w Belgii, a czterystu we Francji, to będzie spoko. My dla nich przyjedziemy i zagramy koncert, jeżeli tylko będzie taka możliwość. Nie chodzi o podboje, zawładnięcie rynkami itd., raczej o pokazanie ludziom tam, że jest tu coś takiego z Polandu.


Takich zespołów jest sporo.


Jest od cholery, ale to, że one istnieją w takiej liczbie, jest dla nas dobrą wróżbą. Te kapele grają generalnie bardzo podobnie, rzadkie są przypadki, że pojawia się taka, która posuwa muzykę do przodu. Mogę powiedzieć tylko tyle, że o ile nasz debiut brzmi (oceniając w kategoriach światowych) typowo dla nurtu garażowo-gitarowego, tak na drugiej płycie będziemy starali się wnieść coś nowego do tego wspólnego worka kultury gitarowej.


Na czym ma polegać to novum?


Na tym, że podchodzimy do komponowanych numerów, do każdego z nich, w sposób superindywidualny. Staramy się znaleźć takie środki wyrazu, takie instrumentarium, takie pomysły produkcyjne i aranżacyjne, które w najlepszy sposób oddadzą klimat, nastrój, treść danej kompozycji. Nie narzucamy sobie przy tym żadnych ramek, żadnych klapek. Jeżeli ktoś się spodziewa, że będzie to superrockowa płyta, z wykopem, to pewnie będzie rozczarowany. Na pewno pojawią się kawałki, które będą przypominać debiut, bo z ich charakteru będzie wynikać to, że trzeba wykorzystać określone środki.


Kto był producentem waszej pierwszej płyty?


Producentami byliśmy wszyscy po trochu, bo siedzieliśmy razem za gałami i wykłócaliśmy się, co, jak i gdzie. Oczywiście realizatorem był Michał Baczuń.


Myślisz, że zewnętrzny producent da płycie coś wyjątkowego?


Da, w tym sensie, że ułatwi nam realizację tego, co nam w głowach siedzi, że będzie łatwiej przełożyć nasze idee na język muzyczny. Są pomysły, żeby gdzieś się na pięć sekund pojawiła ostra sekcja smyczkowa. Z takim człowiekiem będzie łatwiej to zasymulować i zobaczyć, jak to się sprawdzi w MIDI, a potem znaleźć ludzi, którzy to zrobią najlepiej.


Producent jest potrzeby?


Przede wszystkim w Polsce nie ma prawie w ogóle producentów z prawdziwego zdarzenia. Kim jest producent? Na tym się długo zastanawiałem i toczyliśmy potem długie dyskusje w zespole i z ludźmi, z którymi współpracujemy. Za granicą jest często tak, że przychodzi do zespołu pan i mówi: ja mam konkretną wizję. Siada, bierze piosenki i nadaje im własny kolor, własny sznyt…To, że potem, słuchając tej płyty, mam w głowie kolory: niebieski, czarny i żółty…


Jesteś synestetą?


To znaczy, że widzę kolorami muzykę? Pierwszy raz zetknąłem się z tym, że to ma jakąś nazwę. Jestem synestetą, fajnie.

THE CAR IS ON FIRE

Skład:
BORYS DEJNAROWICZ - gitara, wokal
JAKUB CZUBAK - bas, wokal
JACEK SZABRAŃSKI - gitara, wokal
KRZYSZTOF HALICZ - perkusja, wokal
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
Zobacz wszystkie