Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Vivian Campbell (Def Leppard)

Vivian Campbell (Def Leppard)

Zespół Def Leppard to jeden z wielu dinozaurów rynku muzycznego, który narodził się pod koniec lat 70. W ciągu tych kilku dekad wyspiarze obdarowali nas kilkoma niezłymi krążkami i jeszcze większą ilością chwytliwych singli.

Zespół pomimo wielu problemów istnieje w niezmienionym składzie od 1992 roku, kiedy to dołączył do niego Vivian Campbell, obecnie pierwsza gitara kapeli. Właśnie z nim udało nam się porozmawiać o ambitnych planach Def Leppard na najbliższe miesiące, zbliżającej się premierze płyty i zwykłych ludzkich problemach...

Na przestrzeni lat grałeś w wielu mniej lub bardziej znanych zespołach. W którym z nich, nie włączając w to Def Leppard, grało ci się najlepiej?


Zdecydowanie nie w Whitesnake (śmiech). To było raczej marne doświadczenie, gdyż tak naprawdę nigdy do końca nie zostałem przyjęty do tego zespołu. Grałem z nimi przez krótki czas na trasie i było tam wtedy kilku bardzo utalentowanych muzyków, ale nigdy nie było między nami chemii. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że najlepiej grało mi się mimo wszystko w Dio. To były początki tego zespołu i każdy z nas czuł, że robimy coś wyjątkowego. Świetna muzyka i rewelacyjna kapela. Tak jak wspomniałeś miałem to szczęście grać w wielu wspaniałych zespołach, ale pod kątem rozwoju i procesu twórczego zdecydowanie najlepiej było mi w oryginalnym składzie Dio.


No tak, ale z drugiej strony twoje odejście z Dio nie należało do najlepszych i sam wiele razy bardzo krytycznie wypowiadałeś się o Ronniem.


Niestety Ronnie nie był najlepszym partnerem biznesowym. Wiele nam wtedy obiecał i wszyscy strasznie się na nim zawiedliśmy, ale nie znaczy to, że nagrywaliśmy przez to złą muzykę. W tamtym okresie byłem ciekawy innych brzmień i trochę eksperymentowałem, co zostało użyte przeciwko mnie w chwili kiedy "odszedłem" z zespołu. Prawda jest taka, że zostałem podstępnie zwolniony, ponieważ najgłośniej domagałem się tego co mi obiecano. Wyobraź sobie, że kiedy jeszcze graliśmy w tym zespole, płacono nam mniej niż technicznym, który rozstawiali nam sprzęt przed koncertem. Nie byłoby w tym nawet nic złego, gdybyśmy się wcześniej zgodzili na takie warunki, ale Ronnie bez przerwy zmieniał zasady gry. Pamiętam, że obiecał nam, iż przy trzecim albumie wszyscy będziemy otrzymywać równe wynagrodzenie i nigdy tego słowa nie dotrzymał. Przykro było wychodzić co kilka nocy na scenę i grać piosenki, które się skomponowało, a zarabiać przy tym mniej niż ekipa techniczna. To było nie fair i otwarcie o tym mówiłem. Ponieważ nie miałem jeszcze wtedy rodziny na utrzymaniu i domu do spłacenia, nie zależało mi tak bardzo na utrzymaniu się w zespole jak innym. Rozmawiałem o tym z Ronniem, a on tylko mnie zwodził i gubił się w zeznaniach. Potem dopiero dowiedziałem się, że robił to dlatego, iż potajemnie szukał sobie nowego gitarzysty. Kiedy ostatecznie ogłosił swoją decyzję w połowie trasy, byłem bardzo wkurzony i mocno zraniony. Sytuację pogarszał fakt, że przez długi czas po tych wydarzeniach Ronnie twierdził, że sam odszedłem z zespołu, gdyż nie byłem już zainteresowany graniem takiej muzyki, co oczywiście nie było prawdą. Byłem zainteresowany innymi nurtami w muzyce, ale jaki muzyk na początku swojej kariery nie jest? Kiedy się rozwijasz musisz szukać inspiracji gdzie tylko się da, co nie znaczy, że rezygnujesz z grania muzyki, którą kochasz. Dzisiaj to już historia, ale to doświadczenie bardzo negatywnie wpłynęło na moje życie i trochę czasu minęło zanim się pogodziłem z tą sytuacją. Prawda jest taka, że płyty które wtedy nagraliśmy należały do mnie w takim samym stopniu jak do Ronniego i nikt tego nigdy głośno nie powiedział. To był bardzo kolaboracyjny zespół, a jego sukces nie miał tylko jednego ojca, z czego wiele osób sobie nie zdaje sprawy.


Dzisiaj jednak grasz w Def Leppard i czynisz to już od 23 lat. Wasz ostatni studyjny album ujrzał jednak światło dzienne dość dawno temu, bo w 2008 roku. Teraz co jakiś czas słyszymy pogłoski o nowym krążku, ale kiedy de facto będziemy mogli go w końcu posłuchać?


No cóż nadal jeszcze nad nim pracujemy, ale wierz mi, że jest na ukończeniu i wydamy go najpewniej w tym roku. Obstawiam, że będzie to raczej jego druga połowa. Mogę ci również obiecać, że jest to jak do tej pory najlepszy album jaki nagrałem z Def Leppard i byłbym pewnie bardziej dumny z tego oświadczenia, gdybym miał z nim więcej do czynienia. Chyba idzie im lepiej bez mojego wkładu (śmiech). Tak się złożyło, że podczas nagrywania materiału borykałem się z poważnymi problemami zdrowotnymi, co znacznie utrudniło mi pojawianie się na sesjach nagraniowych. Album powstawał w trzech etapach w Dublinie. Pierwszy etap miał miejsce w lutym 2014 roku i trwał około pięć tygodni. Wtedy jeszcze mogłem towarzyszyć chłopakom, ale kiedy zebrali się ponownie w maju przebywałem w tym czasie w szpitalu. Co prawda byłem z nimi teraz w styczniu kiedy dogrywaliśmy ostatnie rzeczy, ale niestety przegapiłem najważniejszy fragment. Niemniej jednak wydaje mi się, że całość wyszła naprawdę niesamowicie i ku mojemu rozczarowaniu nie miałem w tym zbyt dużego udziału (śmiech).


Wspomniałeś o swojej chorobie, która na jakiś czas sparaliżowała twoje plany, jednak w chwili kiedy się dowiedziałeś o swoim nowotworze, nie zrezygnowałeś z grania i aktywnego uczestniczenia w życiu zespołu. Jak udała ci się ta sztuka pomimo tak poważnych problemów?


Jeśli chodzi o występy i kontynuowanie pracy w zespole, było to dla mnie niezwykle ważne, gdyż stanowiło to istotny element mojej kuracji. Psychicznie czułem się silniejszy wiedząc, że jestem w stanie żyć tak jak dotychczas. Poza tym jestem Irlandczykiem, więc upór mam we krwi i nikt nie był mnie w stanie od tego odciągnąć. Nie chciałem się poddać chorobie i spędzać dni na rozmyślaniu o tym co się ze mną stanie. Tak długo jak było to możliwe, nie pozwalałem, żeby choroba dyktowała mi co mam robić. Na moje szczęście lekarze byli w stanie planować leczenie w przerwach pomiędzy koncertami. Nie bez znaczenia było też wsparcie i wyrozumiałość chłopaków z zespołu, gdyż nie byłem w stanie być z nimi w każdej sytuacji. Niemniej jednak mogłem zagrać całą zeszłoroczną trasę z Kiss, udając się przed, w trakcie, i po na chemioterapię. Oczywiście w związku z tym kilka koncertów było naprawdę ciężkich. Zawsze parę pierwszych dni po chemioterapii człowiek czuje się najgorzej i niestety zdarzyło się, że musieliśmy wtedy grać. W tej chwili wydaje się, że wyszedłem w końcu na prostą, z każdym dniem czuję się coraz lepiej i jestem przekonany, że częściowo zawdzięczam to właśnie Def Leppard.


Jak już wspomniałeś w zeszłym roku byliście na dużej trasie z zespołem Kiss. W tym roku wasz kalendarz koncertowy pęka w szwach do października. Czy nie czujecie zmęczenia takim tempem?


Póki co nie, bo od dłuższego czasu nie mieliśmy okazji wybrać się na tak intensywną trasę. Gdzieś w trakcie naszego tournee będzie też miała miejsce premiera naszego nowego krążka, więc będzie to dla nas bardzo ekscytujący okres. Zaczynamy w Kanadzie w połowie kwietnia, potem na jakiś czas wpadamy do Europy, wracamy do Stanów na kolejne pięćdziesiąt występów i zahaczymy jeszcze w międzyczasie o Japonię, Australię i Nową Zelandię. W grudniu będziemy też jeździć po Wielkiej Brytanii, więc praktycznie cały rok spędzimy na przemieszczaniu się z jednego miejsca do drugiego (śmiech). Fajnie jest mieć po tylu latach taką możliwość, bo niewiele zespołów z takim stażem jak nasz może sobie dzisiaj na coś takiego pozwolić. Oczywiście nie mamy już po dwadzieścia kilka lat i nie jesteśmy w stanie dawać pięciu koncertów w tygodniu, ale z takim bagażem doświadczeń wiemy na co możemy sobie pozwolić, żeby nie paść trupem w połowie trasy (śmiech).


Od wielu już lat jesteś wierny marce Gibson. Czy nadal masz słabość do Les Paula?


Swoją przygodę z gitarą zaczynałem od Les Paula i przez całe życie wracam do tego instrumentu. Moim pierwszym gitarowym guru był Rory Gallagher, który grał na Stratocasterze i pamiętam, że bardzo chciałem wtedy mieć Fendera. Niemniej jednak kiedy było mnie już w końcu stać na zakup prawdziwej gitary, odkryłem Thin Lizzy, gdzie grali Scott Groham, Brian Robertson i oczywiście Gary Moore, który wymiatał na Les Paulu. Głównie dlatego w wieku 15 lat zdecydowałem się właśnie na to wiosło. Na tej gitarze nagrałem zresztą w Dio album "Holy Diver" i zjechałem z nią całą trasę promującą ten krążek. Co ciekawe nadal mam ten instrument i nadal na nim nagrywam. W latach 80. każdy korzystał ze zmodyfikowanych Stratocasterów, więc przez kilka lat grałem na nich i ja, ale tak jak wspominałem zawsze wracałem do Les Paula. Bardzo dobrze gra mi się na tym instrumencie i pewnie zabiorę go kiedyś ze sobą do grobu (śmiech).


W 2005 roku wydałeś solowy album, który jakby na to nie patrzeć był płytą bluesową. Wydawnictwo to zebrało bardzo dobre recenzje, ale jak do tej pory nie chwaliłeś się planami nagrania kolejnego krążka. Możemy liczyć na coś w tym klimacie w niedługim czasie?


Pewnie nie będzie to kolejna płyta bluesowa, ale coś na pewno się pojawi za jakiś czas. Rok temu nawet udało mi się przygotować już kilka nowych kawałków, ale przez problemy ze zdrowiem musiałem zarzucić chwilowo ten projekt. Nowa płyta będzie prawdopodobnie bliżej rocka niż czegokolwiek innego, ale w tej chwili jestem skupiony na Def Leppard, więc wątpię żebym znalazł czas na kontynuowanie tego projektu. Plus tej sytuacji jest taki, że zapragnąłem więcej grać na gitarze i na pewno odbije się to na ostatecznym kształcie tej płyty. Duży wpływ na to miała moja krótka przygoda z Thin Lizzy. Ten zespół towarzyszy mi całe życie i nie potrafię nawet opisać jak wspaniale było móc zagrać z nimi na jednej scenie. Właśnie wtedy narodziła się we mnie nowa miłość do grania na gitarze, co zresztą skłoniło mnie również do skrzyknięcia chłopaków z oryginalnego składu Dio i założenia Last in Line. Z moją pasją do grania jest chyba trochę tak jak z moim Les Paulem - czasami się od niego oddalam, ale koniec końców zawsze wracam.


Marcin Kubicki
Zdjęcie: Asia Kubicka

The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Oneiric Big Jesus

Niezwykle konsekwentny i spójny kolaż gatunków zaserwowała czwórka muzyków z Atlanty podpisująca się nazwą Big Jesus. Przy okazji zabrała...Gramy dalej

5 /10
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Against the Grain
Gatunek: Southern rock
Zobacz wszystkie