Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Jakub Jusiński (Magnificent Muttley)

Jakub Jusiński (Magnificent Muttley)

"Muzyk powinien wiedzieć, co gra, czuć to, co gra i poprzez instrument przekazywać emocje". Po premierze "Rear Window", drugiego albumu Magnificent Muttley, rozmawiamy z Jakubem Jusińskim, gitarzystą formacji.

Jak to jest grać w zespole z bratem (Aleksander Orłowski, perkusista)?


Ja się z tego cieszę. Na pewno na moim miejscu dużo osób miałoby wątpliwości, wiadomo, interesy z rodziną (śmiech). W Magnificent Muttley wszyscy dobrze się rozumiemy i po prostu przyjaźnimy. Dla mnie jest frajdą, że wspólnie z bratem mogę coś takiego tworzyć.


Jak zaczęła się Twoja gitarowa historia?


Zaczynało się bardzo powoli. Pamiętam, jak jeszcze mieszkaliśmy razem z Olkiem w domu rodzinnym i w końcu tam jako gówniarze zaczynaliśmy razem grać. Miałem 14/15 lat i słuchałem dużo muzyki i odkrywałem ją bardziej świadomie. Pomyślałem, że fajnie byłoby mieć zespół i grać na gitarze. U nas w piwnicy była gitara, więc zacząłem na niej brzdąkać. Dał mi ją mój ojczym i mam ją do dzisiaj, jest strasznie ciężka, ale za to ma ciekawą historię. Podobno grał na niej gitarzysta Brygady Kryzys, czy innego zespołu z tego kręgu. W liceum zacząłem grać więcej. Wtedy pobierałem lekcje u nauczyciela z Bemowskiego Centrum Kultury. Potem zacząłem grać ze słuchu i jakoś to poszło.


Jak zmieniło się Twoje podejście do muzyki po drugim albumie?


Gdy nagrywaliśmy tę płytę, doszedłem do wniosku, że wiem więcej o gitarze. Nie chodzi o umiejętności typu szybkie, czy równe granie. Chodzi o to, że wiem, co chcę uzyskać i jak do tego dojść. Mam na myśli brzmienie efektów, czy podejście do konkretnej partii gitarowej. "Rear Window" nagrywaliśmy dość długo. Nie było producenta, który by to wszystko nadzorował, więc musieliśmy dodatkowo zaangażować nasze umysły, by pilnować się nawzajem.


Dlaczego już nie współpracujecie z Leszkiem Biolikiem?


Pracując z Leszkiem nad EPką "Little Giant", myśleliśmy nad współpracą przy drugiej płycie. Leszek jest producentem, który ma wyjątkowe podejście do muzyki, wiele pomysłów, chce wszystko zrobić jak najlepiej. Bardzo dobrze nam się pracowało, ale był moment, gdy doszliśmy do wniosku, że drugi album zrealizujemy sami. Leszek miał podobne zdanie. Chcieliśmy nagrać mocno surową płytę. Możliwe, że Leszek chciałby nieco zmiękczyć to brzmienie, a niepotrzebnie by się z tym męczył. Tutaj w salce jest dużo miejsca. Wystarczająco, by nagrać płytę. Skoro chcieliśmy nagrać surowo brzmiący album, to dlaczego nie spróbować nagrać go u nas.


Do tego mogliście realizować album bez presji czasowej.


Dokładnie. Mieliśmy możliwości, jak duże gwiazdy, które siedzą non stop w studio, a album kończą po roku (śmiech). Możemy na spokojnie pracować nad materiałem. Gdy coś nie idzie, albo w sali niedaleko zaczyna próbę jakiś metalowy zespół, bo w tym budynku jest dużo innych sal prób, odkładamy pracę na drugi dzień.


Słychać wyraźnie, że "Rear Window" jest dopracowany i mimo gitarowego "brudu", doszlifowany. Chcieliście uzyskać taki efekt?


Ja na pewno. Zanim zaczęliśmy nagrania, non-stop siedziałem i myślałem o gitarach, jak je nagrać. Myślę, że chłopaki też chcieli, by była to doszlifowana płyta. Ja byłem skupiony, miałem głowę pełną pomysłów. Chciałem, by wszystko wyszło jak najlepiej. Zależało mi też na tym, by album brzmiał naturalnie, czyli nie wycinaliśmy przydźwięków, lub momentów, gdzie któryś z nas popełnił jakiś drobny błąd. Jestem bardzo zadowolony z efektów i sam sobie przybijam piątkę (śmiech), bo wszystko wyszło tak, jak chciałem.


Tym razem nikt Wam nie zarzuci, że brzmicie, jak inne zespoły. Twoje brzmienie jest już wyrobione. Mam na myśli ten clean wchodzący w lekki przester.


Miło, że to zauważyłeś. Nie chciałem brzmieć, jak ktoś inny i kombinowałem, by partie gitarowe brzmiały po mojemu, choć nie ukrywam, że inspiruję się kilkoma gitarzystami. John Frusciante to mój gitarowy guru.


Kiedyś John Frusciante powiedział, że woli grać dla kilkunastu osób, które żyją koncertem, aniżeli dla tysięcy niezainteresowanych ludzi. Jakie jest wasze podejście?


Nie słyszałem o tym, ale absolutnie zgadzam się z Johnem. Nie jesteśmy zespołem na poziomie Red Hot Chili Peppers i zdarzało się, że na koncertach było mało osób. Graliśmy też na dużych festiwalach. To widać, czy ludzie słuchają, czy nie. Gdy widzisz takie sytuacje, gdy cię słuchają i przeżywają koncert, to dochodzisz do wniosku, że to wszystko ma sens.


Jesteście przykładem zespołu, który może funkcjonować bez managera.


Podzieliliśmy się obowiązkami i potrafimy poradzić sobie bez managerów. To ciężka robota, ale warto. Mamy z tego satysfakcję, jednak wymaga to większego nakładu pracy. Po pierwszej płycie okazało się, że mamy dość dużą bazę kontaktów i możemy działać samemu.


Niedawno do Twojej kolekcji gitar dołączył Jazzmaster.


Jest to Diamond Jazzmaster, z fabryki Matsumoku. W Jazzmasterze uwielbiam to, że ma struny przeciągnięte nad korpusem przez blachę, co daje brzmienie, jak w gitarach hollow body. Polowałem więc na Fendera Jazzmastera. Oczywiście w Polsce do kupienia są zwykle tylko nowe, nie ułożone i do tego za kilka tysięcy. Któregoś dnia w Internecie trafiłem na pięknego, czarnego Jazza. Okazało się, że jest to gitara z lat ‘60, więc pomyślałem, że to pewnie dobra sztuka. Trzeba było wymienić progi, klucze, naprawić elektronikę.


Było warto?


Jestem zadowolony. Ma wszystko, co Jazzmaster mieć powinien. Wykonany bardzo dobrze, gryf jest wygodny, przystawki mają w sobie moc. Często na nim gram. Widać, że w fabryce ktoś solidnie przyłożył się do produkcji. Można wydobyć z niego dużo ciekawych brzmień za sprawą charakterystycznego mostka. Później nawet nie zauważyłem, że przyzwyczaiłem się do niego. Aktualnie na koncertach używam prawie po połowie - Stratocastera i Jazzmastera, jednak mój stary Stratocaster zawsze jest dla mnie najważniejszy (śmiech).


Co zmieniło się w Twoim pedalboardzie od trasy promującej debiut i EPkę?


Potrzebowałem efektu, który nie będzie przysłaniał charakteru brzmieniowego moich gitar. Został zrobiony na zamówienie. Mój model bazuje na Rat Distortion, jednak jest zmodyfikowany i ma więcej potencjometrów. W tej samej obudowie znajduje się overdrive Klon Centaur z modyfikacją w postaci gałki blend, dzięki której można blendować sygnał czysty gitary z  przesterem w dowolny sposób. Poza tym nadal używam Ibaneza WH-10 (po dwóch modyfikacjach), do tego Line 6 DL4. Mam też stary chorus Bossa, którego używam razem z przesterem, uzyskując brzmienie w stylu Nirvany.


Co jest dla Ciebie najważniejsze w muzyce?


Najważniejsze są emocje. Towarzyszą przy słuchaniu muzyki, którą kochasz. Podobnie przy komponowaniu, czy graniu koncertów. Muzyk powinien wiedzieć, co gra, czuć to, co gra i poprzez instrument przekazywać emocje. Możesz zagrać trzy dźwięki w solówce, ale gdy zagrasz je dobrze, z emocjami, nie trzeba nic więcej. Trzeba być w tym na sto procent.


Sprzętologia:
Gitary: Fender Stratocaster ‘74, Diamond Jazzmaster
Wzmacniacze: Marshall 1959 JMP Super Lead 100W ‘79
Kolumny: Marshall
Efekty: Ibanez WH-10, Line 6 DL4, Boss CH-1, Boss DS-2, Boss TU-2, EHX Clone Theory

Rozmawiał: Wojciech Margula
Zdjęcie: Made in Polska

GALERIA
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie