Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Jon Hudson (Faith No More)

Jon Hudson (Faith No More)

Pionierzy alternatywnego metalu, Faith No More przekazali w nasze ręce swój najnowszy album - pierwszy od 17 lat - zatytułowany Sol Invictus. Spotykamy się z potężnie zbudowanym gitarzystą zespołu - Jonem Hudsonem - żeby porozmawiać o tym dlaczego tak długo musieliśmy czekać na tę płytę.

Nikt chyba nie oczekiwał ponownego zjednoczenia muzyków z Faith No More, nie mówiąc o nowym albumie tego zespołu. Od 2009 roku, kiedy muzycy postanowili wrócić do wspólnego grania podczas Download Festival, minęło sześć lat. Zespół wreszcie nabrał rozpędu i wydał swój pierwszy album od 17 lat. Triumfalny Sol Invictus to dopiero drugi krążek nagrany z czwartym gitarzystą zespołu, Jonem Hudsonem, jednak prezentujący radosny pokaz jego umiejętności i talentów. Choć jest uważany za małomówną osobę, otworzył się przed nami i opowiedział w jaki sposób FNM doszedł do miejsca, w którym się obecnie znajduje, jak postawił raczej na gust, niż na technikę oraz o zaletach różnorodnych kolekcji nagrań…

W jaki sposób ponowne połączenie zespołu doprowadziło do Sol Invictus?


Komponowanie i nagrywanie nie wchodziło w rachubę w czasie, kiedy byliśmy w trasie koncertowej - po prostu wychodziliśmy na scenę i graliśmy materiał istniejący od kilkunastu lat. W momencie połączenia nie mieliśmy nawet zamiaru zrobić coś więcej. Chociaż nie przypominam też sobie, żeby ktokolwiek w zespole powiedział - "Cóż, już nigdy nie nagramy żadnego albumu, ani nie napiszemy nowej piosenki". Mniej więcej trzy lata temu Bill [Gould, basista/producent] zaczął podrzucać różne pomysły. Podchwyciliśmy jeden z nich i dość szybko powstała aranżacja. Zagraliśmy tę piosenkę na jednym z koncertów [Matador] i bardzo nam się spodobał ten sposób powrotu. W tamtej chwili wszystko odbywało się na zasadzie "poczekamy, zobaczymy". Wszyscy byliśmy zadowoleni z tego, jak udało nam się wrócić na scenę i jak został przyjęty nowy utwór, więc przez kilka miesięcy zbieraliśmy nowe pomysły i materiał. Pracowaliśmy nad nim przez dwa i pół roku. Nie było nikogo przy nas, kto by czuwał nad wszystkim, albo kazał nam przygotować coś na czas. Nie było żadnego ciśnienia. Pracowaliśmy więc w naszym wolnym czasie. Kawałek po kawałku, powoli, stopniowo - nie musieliśmy się martwić żadną wytwórnią ani kontraktem wydawniczym.


Na dodatek utrzymywaliście wszystko w tajemnicy. Nikt nie wiedział nad czym pracujecie…


Nie opowiadaliśmy o tym. To też może wydawać się śmieszne, bo przecież nikt z nas nie powiedział - "Słuchajcie, tylko nikomu ani słowa" - tylko zwyczajnie nikt o tym nikomu nie opowiadał. Wszyscy zdawaliśmy sobie chyba sprawę z tego, że lepiej nam zrobi nie rozpowiadanie o albumie. Potem wszystko zaczęło nabierać kształtu i pracowaliśmy coraz więcej i więcej. Wtedy dopiero stało się to oczywiste, że tak naprawdę nikt nie wie o tym, co przygotowujemy, ponieważ nikt z nas nie puścił pary z ust. Pod koniec sami zaczęliśmy się zastanawiać - "Czy to się dzieje naprawdę czy…?" - ponieważ zupełnie nikt o tym nie wiedział!


Jakiego sprzętu używałeś podczas nagrań?


Zawsze mam ten sam zestaw, z którego korzystam na koncertach. Używam głów i paczek Marshalla. Mam kilka typu JCM800: jeden z nich to reedycja, której używam podczas koncertów; mam też starszą wersję tego modelu z lat 80., a oprócz tego jeszcze vintage'ową głowę JMP z 1980 roku. Z tych trzech najczęściej używaliśmy reedycji. Każdy z nich ma po 100 watów, a kolumny mają głośniki Vintage 30 oraz 75-cio watowe Celestiony. Od wielu lat gram na Gibsonach Les Paul Standard. W studio jednak używaliśmy wszystkiego, czego chcieliśmy. Grałem na 335, na Telecasterze, na SG; grałem też na Les Paul Custom w kilku utworach, a Bill miał kilka swoich gitar więc ich też używaliśmy.

Co się tyczy samego nagrywania ustawiliśmy jeden mikrofon do paczki 4x12 w kabinie izolacyjnej, a do tego dokładaliśmy mikrofony w fazie do różnych tracków. Korzystaliśmy też z DI boxa - uzyskaliśmy dzięki temu bezpośrednie ścieżki do wszystkiego i mogliśmy potem nimi sterować i je przetwarzać. Do wszystkich ścieżek rytmicznych ustawialiśmy dwa kanały mikrofonowe. Bill miał Kempera w studio, więc właściwie dodawaliśmy jeszcze jedną ścieżkę, bo ścieżka DI przechodziła też przez Kempera. Bill używał jej dodając pewne częstotliwości, żeby partie gitarowe dobrze siedziały w miksie i żeby nie trzeba było przesadzać z equalizerem w innych ścieżkach.


Co sprawia, że jesteś tak związany z Les Paulem?


Właściwie wszystko nagrywałem na tej gitarze. Wiele lat temu używałem Yamahy [model SG] podczas koncertów, ponieważ pod względem brzmienia była swego rodzaju skrzyżowaniem SG i Les Paula. Bardzo lubię gitary z mahoniu z gryfem wklejonym w korpus - wydobywające się z nich brzmienie po prostu pasuje do muzyki tego zespołu bardziej, niż na przykład brzmienie Strata z przykręcanym gryfem i humbuckerami. Dwie główne gitary, na których gram to Standardy z lat 2004-2005 i są one właściwie niemodyfikowane, za wyjątkiem pickupów. Wtedy jeszcze używali Burstbuckerów, więc przy mostku wstawiłem DiMarzio Super Distortion - ceramiczne magnesy świetnie się sprawdzają. Dzięki nim uzyskuję brzmienie bardziej ze środka.


W utworze Matador słyszymy bardzo melodyjną, niekrzykliwą solówkę. Jaki jest twój stosunek do grania solówek?


Zagrać tylko to, co jest konieczne. Nie znaczy to, że krzykliwa solówka od czasu do czasu jest jakimś błędem - czasem dokładnie tego wymaga utwór. Chodzi raczej o otwartość, o podejście do nowych pomysłów, o zrezygnowanie z czegoś na rzecz muzyki, na rzecz całości, sprawdzenie jak to działa i udoskonalenie. Jeżeli w piosence jest miejsce na solówkę, albo miejsce na wyróżnienie gitary, trzeba mieć nadzieję, że gitarzysta będzie chciał coś wówczas przekazać swoją grą. Jeżeli nie, to prawdopodobnie ta partia nie jest niezbędna, mam rację? Wolałbym raczej powiedzieć coś używając do tego mniejszej ilości dźwięków, niż próbować wypełnić przestrzeń, albo przytłoczyć słuchaczy garścią dźwięków, które niczego nie wnoszą.


Faith No More to zespół, który słynie z różnorodności i wszechstronności. Jak sądzisz skąd się to bierze?


Dorastałem mając prawdopodobnie takich samych gitarowych idoli, jak wszyscy - myślę, że dzięki tej podstawie mogłem się później rozwijać. Każdego z nas w zespole inspiruje mnóstwo różnych artystów. Spotykając się ze sobą próbowaliśmy tak wiele rzeczy, jak to było możliwe. Chcieliśmy po prostu zobaczyć, co jesteśmy w stanie osiągnąć, co sprawia, że nasze koncerty wyglądają ciekawie, a co nie. Włączamy więc do naszych występów rzeczy, które nie uszłyby na sucho innym zespołom, albo takie, którymi inni nawet nie próbują się zająć. Nie chodzi jedynie o to, że od wielu lat interesują mnie różne style muzyczne. Uwielbiam muzykę klasyczną i jazzową w takim samym stopniu, co muzykę rockową. Wierz mi, lub nie, ale to wszystko wychodzi potem "w praniu", kiedy chcesz twórczo podejść do swojej pracy i potrzebujesz nowych pomysłów. Wszystko się ze sobą łączy i ze sobą współgra, w przeciwieństwie do sytuacji, kiedy powiesz - "Chcę dodać tutaj jazzowy element". Myślę o muzyce zupełnie inaczej - po prostu bardzo dużo słucham.


Czy miałeś kiedyś ochotę pozmieniać partie gitarowe swoich poprzedników - Jima Martina i Treya Spruance’a?


Zawsze podobały mi się partie gitarowe na wcześniejszych płytach FNM - podziwiałem albumy i grę muzyków. Nigdy nie czułem potrzeby wprowadzania zmian. Jestem fanem obu gitarzystów i ogromnym szczęściarzem, ponieważ mam możliwość grania ich rzeczy podczas koncertów! Lubię grać to, co zostało nagrane - nie mam z tym żadnych problemów. Kiedy sam chodzę na koncerty innych artystów lubię słuchać tej muzyki, którą znam z albumów - raczej nie widzę specjalnych korzyści w tym, że ktoś próbuje zmieniać partie gitarowe.


Nie słyszałem nigdy klarownego wyjaśnienia w jaki sposób trafiłeś do zespołu - mógłbyś nam opowiedzieć tę historię od początku do końca?


W tamtym czasie grałem w zespole w San Francisco. Zespół nazywał się System Collapse, a klawiszowiec znał Billa i pozostałych chłopaków. Dzięki niemu poznałem Billa kiedy Faith No More był w trasie promującej The Real Thing. Już po wydaniu Angel Dust coraz wyraźniej było widać, że sprawy nie układają się najlepiej z Jimem, nie zdziwiłem się więc za bardzo kiedy usłyszałem o tym, że ich drogi się rozeszły. Jakiś czas potem Bill przysłał mi demo do King For A Day. Nagrałem kilka swoich pomysłów i je wysłałem. W tym samym czasie zespół przesłuchiwał innych gitarzystów - wybrali Treya. Uważam, że był to celny wybór - doskonale pasował do tamtego albumu. Dość dobrze poznałem zespół, a także kierunek i podejście Billa do komponowania oraz jego stosunek do gitar. Moment, w którym do mnie zadzwonił na początku 1996 roku i powiedział - "Zaczęliśmy pracować nad nowym materiałem i zastanawialiśmy się, czy nie chciałbyś spróbować jeszcze raz?" - był dla mnie doskonałą szansą. Cóż, musisz znaleźć się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu - kiedy pojawia się okazja możesz uważać się za szczęśliwca. Ludzie mówią - "Musisz mieć talent". Oczywiście - to jest ważne, ale nie ma czegoś takiego, jak deficyt utalentowanych osób. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli dostajesz szansę to masz wielkie szczęście.

Zdjęcie: Asia Kubicka

Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie