Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Artur Lesicki i Marek Napiórkowski

Artur Lesicki i Marek Napiórkowski

"Celuloid" to nowa akustyczna płyta znakomitego duetu gitarowego. Dużym błędem byłoby jednak określenie jej jako album stricte jazzowy - to płyta dla każdego kto ceni piękno melodii, bogactwo harmonii, koloryt gitar akustycznych oraz stare polskie filmy.

Znacie się chyba tak długo, jak żyjecie.


To historia już wielokrotnie przez nas opowiadana, choć moim zdaniem nietuzinkowa. Prawdopodobnie było tak, że kiedy moja mama spacerowała ze mną w wózku spotkała mamę Marka - z nim w wózku… Jesteśmy przyjaciółmi odkąd sięgamy pamięcią. Zaczynaliśmy grać w wieku 12-13 lat. Próbowaliśmy łapać jakieś akordy na ortopedycznie niebezpiecznych gitarach akustycznych marki Defil i tak to się mniej więcej zaczęło. Później w latach 80. jeździliśmy na warsztaty jazzowe - Chodzież, Puławy, duet Hand Made, pierwsze wygrane konkursy, w tym Jazz Juniors. Po przeprowadzce do Wrocławia założyliśmy Funky Groove, gdzie do naszych dwóch gitar dodaliśmy sekcję rytmiczną. To trwało kilka dobrych lat, zespół był uznawany według ankiet miesięcznika "Jazz Forum" za najlepszy w Polsce w dziedzinie jazzu elektrycznego.


Pamiętam fantastyczne dialogi Waszych solówek, między innymi w koncertowym nagraniu Krystyny Prońko "Jesteś lekiem na całe zło".


Mieliśmy taki epizod grania z Krystyną Prońko. Bardzo często dzieje się tak, że wyróżniający się muzycy, którzy pojawiają się na rynku, zaczynają być zapraszani przez innych artystów jako muzycy sesyjni. W pewnym momencie bardzo dużo pracowaliśmy jako sidemani, grając z gwiazdami polskiej sceny, czy też nagrywając muzykę teatralną i filmową. Nie rezygnowaliśmy jednak nigdy z nagrywania własnych autorskich płyt.


Skąd pomysł, by nagrać płytę z muzyką filmową?


Płyt elektrycznych zespołów z naszym udziałem powstało co najmniej kilka. Natomiast mimo tego, że dawno temu grywaliśmy całkiem dużo koncertów w duecie, to do tej pory nie nagraliśmy takiej płyty. Pomysłodawcą był Adam Domagała - szef firmy V-Records. Powiedział "Panowie, chcę żebyście wreszcie po latach nagrali płytę tylko we dwóch. Zróbmy płytę z kluczem, niech to będzie płyta o czymś". Wpadliśmy wtedy na to, żeby nagrać polską muzykę filmową lat 60. i 70. Przede wszystkim dlatego, że są to po prostu piękne utwory. Nikt nam nie zarzuci, że w tym wypadku mamy na płycie złe kompozycje. Mówię oczywiście w cudzysłowie, generalnie ideą było to, że nie chcemy się ani ścigać, ani czegokolwiek udowadniać. Dojrzeliśmy chyba do tego, żeby grać taką muzykę jaką lubimy. Zainspirowało nas piękno wspaniałych utworów napisanych przez najwybitniejszych kompozytorów w dziejach polskiej muzyki filmowej.


Od razu zgodziliśmy się, żeby była to płyta akustyczna. Dla mnie ta sposobność była pretekstem do nagrania kilku utworów, które wydają mi się bardzo urokliwe, proste, a zarazem niosą głębię i piękne melodie.


Przy pierwszym przesłuchaniu "Celuloid" wydał mi się naturalną konsekwencją akustycznej płyty Artura "Stone and Ashes", a spokojnym klimatem w pewien sposób nawiązał do albumu "Up!" Marka. Nie mogłem też odeprzeć skojarzenia z melodią z filmu "Polskie drogi" nagraną przez Pata Metheny na płycie z Anną Marią Jopek, na której grał Marek.


To zdecydowanie płyta duetu - osób, które znają się wiele lat i tyleż samo się przyjaźnią. Mogę też powiedzieć, że zawsze między nami było jakieś twórcze napięcie. Wszystko co robiliśmy było owocem tego, co się między nami działo. Nie jest to płyta jednego, ani drugiego, tylko zdecydowanie wspólne dzieło.


W przypadku otwierającego płytę utworu z filmu "Lalka" kompozytorem jest Andrzej Kurylewicz, z którym miałem przyjemność grywać i nagrywać. Wybór tego utworu był zupełnie naturalny - może stąd twoje skojarzenie z "Polskimi drogami", które również wyszły spod jego pióra. Ja niedawno wydałem płytę ze swoimi kompozycjami. Pomyślałem, że dużo ciekawsze będzie nagranie, po raz pierwszy w życiu, płyty ze standardami-hitami polskiej muzyki filmowej. Cała para poszła w to, by te klasyczne melodie zagrać tak, żeby to była nasza płyta - zinterpretować i zaaranżować w specyficzny sposób. Co się zaś tyczy samego wyboru utworów, zdecydowaliśmy się nagrać utwory takich kompozytorów jak Kurylewicz, Kilar, czy Tomasz Stańko, z którym miałem przyjemność niejednokrotnie grywać.


Jest "Lalka" Kurylewicza, jest "Pożegnanie z Marią" Tomasza Stańki, "Wojna domowa" Jerzego "Dudusia" Matuszkiewicza, który napisał wiele tematów filmowych (jak chociażby "Stawka większa niż życie", "Podróż za jeden uśmiech", "Janosik"), jest "Prawo i pięść" Krzysztofa Komedy, "Człowiek z żelaza" Andrzeja Korzyńskiego, "Śmierć i dziewczyna" Wojciecha Kilara - to fachowcy najwyższych lotów jeśli chodzi o kompozycje i podejście do muzyki filmowej.


Między kompozycje klasyków wpletliście dwa własne utwory - tytułowy "Celuloid" Marka i "Crazy Script" Artura, które tak pasują do pozostałych, że bez czytania listy utworów słuchacz głowi się, z jakich filmów mogą pochodzić.


Pomyśleliśmy, że każdy z nas dołoży po jednym utworze skomponowanym tak jakby do nieistniejącego filmu - dodaliśmy melodie, które mogłyby posłużyć jako ścieżka dźwiękowa.


Z aranżacji na niejednokrotnie duże składy orkiestrowe zrobiliście aranżacje na dwie gitary, jednak nie można powiedzieć, że czegokolwiek w nich brakuje.


Płyta ma kameralny charakter ale nasze interpretacje nie pomijają żadnych istotnych dla kompozycji treści. Czasami to się wykluwa w bardzo ciężkich bojach, ale zawsze kończy się pełnym sukcesem i porozumieniem się co do sedna sprawy. To jest granie akustyczne, najbardziej szlachetne w naszym rozumieniu, czyli tylko dwie gitary akustyczne z niewielką domieszką innych instrumentów strunowych - gitary dwunastostrunowej, czy charango. Gitara elektryczna pojawia się przez chwilkę jako efekt brzmieniowy w utworze będącym finałem i pewnym podsumowaniem całej płyty. To melodia skomponowana przez Wojciecha Kilara do filmu "Śmierć i dziewczyna". To jedyny utwór, w którym użyliśmy nakładek instrumentów z racji na to, że sam utwór w pierwotnej wersji Wojciecha Kilara jest bardzo bogaty pod względem faktury.


Jakich instrumentów używaliście podczas sesji?


Ja od lat gram na jednym instrumencie, który kupiłem kilkanaście lat temu na targach we Frankfurcie - to gitara z irlandzkiej manufaktury George Lowden - model O-23C, który bardzo lubię. Trafiłem znakomity egzemplarz. Tak to jest z gitarami, właściwie każda jest inna i niełatwo znaleźć coś dla siebie. Może to być gitara bardzo droga, co jednak nie zawsze daje gwarancję, że będzie to gitara znakomita.


Moja główna gitara to instrument Lindy Manzer - moja ulubiona gitara - nagrałem na niej większość materiału. Poza tym użyłem gitary klasycznej wspaniałego polskiego lutnika mieszkającego w Niemczech - gitara nazywa się Teryks, od nazwiska jegomościa. W ostatnim utworze, który jest repryzą tytułowego utworu "Celuloid" zagrałem na mini Martinie, czyli na gitarce, która jest mniejsza i strojona wyżej - pierwsza struna to dźwięk g zamiast e - bardzo fajnie brzęcząca i jeszcze przestrojona w pewien szczególny sposób. W jednym utworze zagrałem na elektrycznym Suhrze, grałem też na jazzowym Ibanezie Artura, na charango, a w utworze "Pożegnanie z Marią" zagrałem na gitarze 12-strunowej. Chcieliśmy, żeby płyta była jak najbardziej kolorowa, ale żeby też nie była choinką, więc użyliśmy kilku gitar, by się to fajnie mieniło, ale mam nadzieję, że nie przesadziliśmy z tym.


W żadnym wypadku - słychać różne instrumenty, ale one razem tworzą jednolity, spójny obraz dźwiękowy.


Taki był zamysł. Wszystkie płyty, które nagrywam, a w tej kwestii mamy podobne zdanie, muszą być jakąś historią, jakąś opowieścią na z grubsza ten sam temat.


Jak wyglądało nagranie od strony technicznej?


Nagrywaliśmy w studio RecPublica w Lubrzy. Oprócz świetnego wyposażenia ma ono tę zaletę, że zamykasz się w starym młynie bez telefonów komórkowych, bez zgiełku miasta - można siedzieć cały dzień i w pełnej koncentracji spokojnie pracować.


Tam się nagrywa, śpi, je i spędza cały czas w odosobnieniu od świata. Płytę nagraliśmy w niecałe trzy dni. Trochę czasu spędziliśmy na ustawianiu mikrofonów. Teoretycznie jest to płyta, którą można by nagrać w dwie godziny, ale oczywiście w tym wypadku tak nie było. Jak na nagrania, które w życiu robiłem, te zajęły całkiem sporo czasu. Wszystko nagrywaliśmy razem na setkę i bardzo chcieliśmy wybrać dobre wersje. Nieliczne dogrywki służą jedynie dobarwieniu całości. Stawiamy zawsze na to, by pojawiła się interakcja, żeby słuchacz mógł odnieść wrażenie, że siedzi obok niego dwóch dobrze rozumiejących się muzyków.


To jest granie na zasadzie - siadamy i gramy. Mamy oczywiście separację akustyczną, ale słyszymy się zarówno w słuchawkach, jak i trochę akustycznie. Jedynymi rzeczami jakich się używa przy nagrywaniu tak szlachetnych instrumentów to bardzo dobrej klasy mikrofony. Ja używałem wielkomembranowych mikrofonów Telefunkena i Braunera.


Ja z największą przyjemnością nagrywam za pomocą pary mikrofonów DPA - produkująca je duńska firma niegdyś nazywała się Brüel & Kjær. To dwa paluszki, dosłownie wielkości palca serdecznego, stosowane głównie w muzyce klasycznej i to był mój wybór.


Słuchając płyty odnosi się wrażenie, że siedzicie przed słuchaczem - która gitara jest czyja?


Moja jest w panoramie lekko z prawej strony, Marka z lewej. Gitary troszeczkę różnią się brzmieniowo i dobrze, bo o to chodzi. Miks robił Robert Szydło - świetny realizator dźwięku i muzyk z Wrocławia, z którym od lat współpracujemy. Użył on zaledwie kilku urządzeń zewnętrznych - preampów, kompresorów, zawsze najwyższej klasy.


Czy nagranie tej płyty było dla Was wyzwaniem?


Płyty słucha się dosyć lekko, natomiast praca nad nią zdecydowanie taka nie była. Pomijając to, że gramy od wielu lat, że nagraliśmy mnóstwo płyt, to bardzo mnie zdziwiło jak trudno jest nagrać płytę na dwie gitary akustyczne, gdzie nie ma żadnych okoliczności łagodzących. Mimo, że jest to wspólne jammowanie w pokoju, to mikrofony słyszą wszystko. Nie jest łatwo zagrać na dwóch pudłach muzykę, która brzmi lekko, bo te instrumenty są wredne - brzęczą, świszczą, ale jakiś efekt z tego jest. Staraliśmy się podzielić kompetencje tak, żebyśmy obaj czuli, że to jest nasza płyta.


Teraz bardzo dobrze słucha mi się tego materiału, mam wrażenie, że wszystko płynie, natomiast samo nagranie to była jedna z najtrudniejszych sesji w życiu. Gdyby spojrzeć na materiał nutowy, na rozwiązania harmoniczne, na to jak bardzo precyzyjnie chcieliśmy to zagrać, to okazuje się, że było to naprawdę duże wyzwanie. Grając w gitarowym duecie, właściwie nie można nawet na chwilę przestać grać, nie ma szansy schować się za basistą czy pianistą, trzeba perfekcyjnie zagrać swoją partię. Pod tym względem sesja była bardzo trudna. Całość powstała w niecałe trzy dni, razem z rozstawieniem instrumentów i mikrofonów. Wcześniej zrobiliśmy kilka prób i byliśmy dobrze przygotowani. Pod względem wykonawczym ta płyta jest niełatwa, mimo, że - takie mam wrażenie - muzyka płynie i słucha jej się bardzo fajnie.


W jaki sposób pracowaliście nad aranżacjami?


Jeśli chodzi o proces aranżacji, zaczęliśmy najpierw szukać utworów. W momencie gdy jakiś utwór wydawał nam się atrakcyjny i obaj akceptowaliśmy pomysł jego nagrania, to jeden z nas podejmował wstępną pracę - wymyślał ogólny zarys aranżacji i to była pierwsza faza. Kiedy zebraliśmy te utwory i koncepcje, które przesyłaliśmy sobie w pierwszym etapie drogą mailową, doszło do spotkania w cztery oczy i zaczęliśmy sobie to grać - wtedy te aranżacje stały się wspólne. Na przykład ja odpowiadam za główny koncept utworu Komedy, a Artur za "Wojnę domową", a podczas próby, zaczęliśmy wymieniać informacje i dopracowywać je w taki sposób, żeby wszystkie były wypowiedziane naszym wspólnym językiem.


Czy można w jakikolwiek sposób oszacować ile dodaliście od siebie?


Wydaje mi się, że nie da się tego oszacować. Staraliśmy się, żeby nie była to płyta stricte jazzowa mimo, że wywodzimy się z tego świata i naszym głównym językiem jest improwizacja.


Z szacunkiem do pięknych melodii nie chcieliśmy tego za bardzo "ujazzawiać", ale pokazać ich urodę, oczywiście przez pryzmat własnego smaku. W każdym z utworów gramy improwizacje, jednak nie są one szczególnie rozbudowane, bo chcieliśmy, żeby płyta miała kameralny charakter i żeby utwory nie były zbyt długie. Każdy z nich nosi znamię naszych pomysłów aranżacyjnych. Na przykład w utworze "Lalka" jest harmonizacja - pokazanie melodii w innym kontekście harmonicznym, czy też zmiany rytmów niektórych utworów. Staraliśmy się, żeby nie była to płyta, będąca po prostu spotkaniem dwóch muzyków, którzy przyszli i zagrali znane melodie. Pracowaliśmy nad tym, by każdy utwór zyskał nowe życie i stał się naszą interpretacją, ale bez gwałcenia pierwotnej koncepcji i klimatu. Wydaje mi się, że w każdym z tych utworów zachowaliśmy najważniejszą myśl kompozycyjną.


Po tym, co powiedziałeś mam pewność, że płyta oddaje Wasz stan emocjonalny w studio - spokój i radość grania pięknych, choć trudnych utworów.


Nagrywane przez nas płyty opierają się na interakcji, na zasadzie, że coś się wydarzy tu i teraz, więc nie ciągniemy w nieskończoność rejestracji kolejnych wersji. Tu akurat mieliśmy komfort - odpoczywaliśmy, patrzyliśmy w niebo, jak mawiał Tomasz Szukalski "słuchaliśmy jak trawa rośnie", wracaliśmy i graliśmy kolejny "take". Całość była naznaczona spokojem i relaksem. Są utwory bardziej nostalgiczne, są weselsze… Każde nagranie służy temu, by przekazać jakieś emocje, żeby słuchacz przeżył z nami podróż. Kluczem nie jest jednak wykonawstwo, a przekazanie emocji i tylko to nas interesuje! Owszem, namęczyliśmy się przy niektórych utworach, ale jedyna idea, która przyświeca całej tej akcji to przekazanie emocji, żeby słuchacz poczuł to, co my czuliśmy grając te utwory w studio. Duet gitarowy to bardzo wymagająca forma przypominająca świat muzyki klasycznej jeśli chodzi o poziom trudności.


Maciej Grzywacz, z którym rozmawiałem o jego płycie "Solo", miał bardzo podobne odczucia.


Na jednej gitarze jest jeszcze trudniej! W duecie jest wzajemna inspiracja, która sprawia, że jest jakaś rozmowa. W momencie gdy grasz zupełnie sam można zagrać jeden czy dwa utwory, ale nagranie całej płyty to bardzo wymagająca sprawa.


Naszym zadaniem było zrobić coś ciekawego i w miarę możliwości oryginalnego, mając na uwadze instrumenty, na których gramy. Duet gitarowy to bardzo szlachetna forma, uprawiana z powodzeniem przez największych gitarzystów na świecie. Wydaje mi się, że wybrnęliśmy z tego z tarczą. Jeśli ktoś chciałby się wgłębić w warstwę harmoniczną to zauważy, że kompozycje zachowując swój charakter, piękne melodie i harmonie zostały przez nas w wielu miejscach bardzo mocno przerobione, ale uważam, że udało nam się zachować ich unikalnego ducha. Być może wydamy nuty z transkrypcjami - wtedy zainteresowani będą mogli podejrzeć detale i zobaczyć co ciekawego tam zrobiliśmy, a z niektórych rzeczy jesteśmy naprawdę bardzo dumni.


Czy po wydaniu płyty planujecie koncerty w duecie?


Oczywiście, bez cienia wątpliwości, choć będzie nieco inaczej niż na płycie. Zawsze mnie cieszy moment, gdy po nagraniu płyty rusza się w trasę i podczas koncertów utwory ewoluują, dostają nowe życie i trochę się zmieniają. U nas z pewnością będzie to zauważalne.


Wojtek Wytrążek
Zdjęcia Rafał Masłow

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie