Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Gary Moore

Gary Moore

Gary Moore, jeden z najbardziej cenionych współczesnych gitarzystów, ma powody do radości. Jego ostatnia płyta zatytułowana "Bad For You Baby" została przyjęta przez fanów i krytyków niezwykle ciepło, a sam artysta nie musi już nikomu niczego udowadniać.

Na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat Gary Moore coraz dalej odchodził od wizerunku rockowego buntownika i trzeba przyznać, że wraz z upływem czasu jego bluesowa dusza nabierała coraz bardziej subtelnego i szlachetnego blasku. Najbardziej jednak cieszy fakt, że z każdą nową płytą styl gry Moore’a krystalizuje się, uzyskując wyraźnie indywidualny koloryt. Artysta coraz rzadziej odwołuje się do wielkich wzorców w stylu Claptona czy Greena, koncentrując się na rozwoju własnych środków wyrazu i ekspresji. Najnowsze wydawnictwo dowodzi, że jest on w doskonałej formie i że ma jeszcze dużo do powiedzenia. Chociaż Moore nie musi już niczego udowadniać, to jednak daleki jest od tego, by spocząć na laurach...

Gary Moore wita nas szerokim uśmiechem. Spotykamy się w jego ulubionym studiu nagraniowym, niedaleko londyńskiego Tower Bridge. Zaczynamy od krótkiej sesji fotograficznej, po czym przechodzimy do sedna sprawy, czyli do pytań. Moore jest w dobrym humorze, żartuje i ku ogólnemu zachwytowi wszystkich obecnych pobrzdąkuje na gitarze. Gra na gitarze Gibson Les Paul podpiętej do małego wzmacniacza Cornell Plexi. Po chwili muzyk przerzuca się na sprzęt, który został specjalnie ustawiony na nasze przyjście, i - podpinając się do wzmacniacza Orange Tiny Terror - gra na różnych gitarach, czyli tych, których używał przy nagrywaniu swojej najnowszej płyty zatytułowanej "Bad For You Baby". Co ciekawe, Gary nie przestał grać na swoim Gibsonie ES-335 nawet wtedy, gdy podczas wykonywania pewnego niesamowitego, 12-taktowego bluesa nagle włączył się alarm przeciwpożarowy!

Gołym okiem widać, że Mistrz jest zadowolony ze swojego najnowszego dzieła "Bad For You Baby". Na płycie znalazło się kilka rzeczywiście wspaniałych utworów okraszonych genialnymi wręcz partiami gitarowymi. Nie zabrakło na niej także momentów zaskakujących, a pewne partie mogą okazać się trudne do rozpoznania nawet dla fanów, którzy znają bardziej ogniste i agresywne solówki artysty. Nic więc dziwnego, że czasem można zadać sobie pytanie: czy to naprawdę gra Gary Moore?

Na "Bad For You Baby" znalazło się jedenaście kompozycji (dwanaście, jeśli policzymy "Picture On The Wall" Lightnin’ Hopkinsa znajdujący się na japońskiej wersji płyty). Moore jest autorem siedmiu kompozycji, a dwie napisał Muddy Waters; jest też utwór J.B. Lenoira i nastrojowa ballada Ala Koopera "I Love You More Than You’ll Ever Know".

W ciągu ostatnich lat Gary powrócił do bluesa, wycofał się z grania metalu i rocka, które w latach 80. stały się jego domeną. Okazało się jednak, że powrót do bluesa nie ograniczył go stylistycznie, a wręcz przeciwnie. Gary może teraz swobodnie eksperymentować z gatunkiem, w którym czuje się najlepiej. Styl slide muzyk opanował do perfekcji, czego doskonałym przykładem jest "Mojo Boogie" J.B. Lenoira. Ten melodyjny slide wychodzi na pierwszy plan w wielu utworach, przede wszystkim w "I Love You More Than You’ll Ever Know". Na płycie znalazła się nawet szczypta country - mowa tu o utworze "Down The Line". Moore jest mistrzem bluesa w różnych jego odmianach. Rzadziej uchyla kapelusza przed legendami w rodzaju Erica Claptona czy Ala Greena, natomiast częściej poszukuje nowych brzmień, przekraczając granice tego gatunku i cały czas doskonaląc swój własny styl oraz oryginalny sposób improwizacji.

Jeśli chodzi o sprzęt, album ten powstał w dużej części z wykorzystaniem zestawu Gibson - Marshall. Moore grał na gitarach marki Gibson, a konkretnie - reedycjach Les Paula z 1959 roku, z których jedna miała przetworniki połączone w przeciwfazie, modelu Goldtop i BFG. Wśród gitar w studiu znalazły się też dwa inne modele Gibsona - Firebird i ES-335 z 1963 roku. Ze wzmacniaczy Marshalla muzyk używał 10-watowego egzemplarza z 1959 roku i 50-watowego JCM800 (oba wykonane ręcznie). W kolekcji Moore’a ważne miejsce zajmuje również Fender. Telecastera z 1968 roku możemy usłyszeć w kilku utworach w połączeniu ze wzmacniaczem Fender Vibroverb czy z głową Fender Dual Showman. Gary opowiedział nam historię powstawania albumu "Bad For You Baby". Nie pominął przy tym żadnego utworu i nie zapomniał o żadnej gitarze...

Czy wchodząc do studia, miałeś określony plan działania?


Przede wszystkim chciałem, żeby muzyka brzmiała naturalnie i spontanicznie. Zależało mi na uchwyceniu klimatu, jaki panuje podczas gry na żywo, kiedy daję z siebie wszystko. W listopadzie 2007 skończyliśmy koncertowanie i pragnąłem jak najszybciej wejść do studia, żeby choć część tej energii słychać było na płycie. Szczerze mówiąc, nie mogłem się doczekać, kiedy zaczniemy pracę. Do studia udało nam się wejść już na początku 2008 roku. Brian Downey (perkusista - przyp. red.) nie zagrał na tej płycie z powodu choroby. Musiał zastąpić go Sam Kelly. Kilka dni przeznaczyliśmy na próby, podczas których uczyliśmy się grać nowe utwory. Każdy zabrał materiał do domu, by spokojnie nad nim pracować, dlatego później nagranie sekcji zajęło nam jedynie pięć dni. Osobno nagraliśmy akustyczny utwór Lightnin’ Hopkinsa, który znalazł się na japońskiej edycji płyty. Do tego czasu miałem opracowane wszystkie partie gitarowe, ale nie mogłem ich jeszcze nagrać, bo zespół wciąż uczył się utworów. Im dłużej oni się uczyli, tym gorzej mnie wychodziło granie!

Kiedy pracowałeś nad płytą "Close As You Get", najpierw napisałeś teksty do piosenek. Czy taką samą metodę stosowałeś przy tworzeniu "Bad For You Baby"?

Tak, miałem już dość nagrywania podkładów bez żadnych tekstów, ponieważ potem musiałem szybko wynajdywać pomysły na piosenkę. Nie ma mowy o pisaniu dobrych tekstów, jeśli się jest pod presją czasu. Mam teraz specjalny notes, w którym zapisuję słowa, gdy tylko wpadnie mi coś ciekawego do głowy. Owszem, można dopasować każdą muzykę do danych słów, ale to raczej nie ma sensu. Słowa wymagają określonej melodii, konkretnej muzyki. Jeśli tekst jest melancholijny, to kompozycja będzie miała wolniejsze tempo, jak na przykład "Trouble Ain’t Far Behind" czy "Holding On". Phil Lynott twierdził, że wszystko trzeba wypróbować w wersji szybkiej. Tak też było z piosenką "Don’t Believe A Word" - najpierw zagrał mi wersję oryginalną, a potem wolną. Teraz gramy obie wersje na koncertach. Phil zawsze uważał, że szybsze piosenki było trudniej napisać, co zresztą nie jest pozbawione racji.

Przy produkcji na tak wysokim poziomie występuje problem, że niczego nie da się ukryć. W solówkach słychać każdy niuans, dlatego musiały być nagrane niezwykle precyzyjnie...


Tak, dokładnie tak jest. Tym razem producentem płyty był Greg Jackman, z którym współpracowałem już w latach 90. On pracował między innymi ze Status Quo. Jest to profesjonalny dźwiękowiec, który jak nikt potrafi wyczarować optymalne w danej sytuacji brzmienie. Genialnie się z nim miksuje, pyta po prostu:"Czego sobie życzysz?". Pod koniec każdej sesji miksuje całość z gitarami i wokalem, żebym mógł sobie posłuchać aktualnej wersji. I często jest tak, że pierwsza wersja jest najlepsza i nic już nie trzeba poprawiać.


Gitary na płycie brzmią, jakbyś grał naprawdę głośno, ale nie są bardzo przesterowane. Jak osiągnąłeś taki efekt?


Zależało mi na bardziej naturalnym brzmieniu. Chciałem, żeby gitara była naturalnie przesterowana bez żadnych dodatkowych efektów. Na scenie też dążę do większej naturalności. Jeśli trzeba, wolę podkręcić głośność, niż stosować jakąkolwiek kompresję. Na koncercie wykorzystuję różne wzmacniacze w stylu Marshalla z 1959 roku i nie używam już tak często wzmacniaczy DSL. Stawiam na ręcznie produkowane dwa 100-watowe z dwoma zestawami głośnikowymi i moimi zwykłymi efektami. Do grania solówek, na przykład w utworze "Have You Heard", nie używałem żadnych efektów. Po prostu podpiąłem się do wzmacniacza i zrobiłem swoje.


Zawsze lubiłeś reverb i na tej płycie też go słychać...


Cóż, muzyka, jaką gram, wymaga od czasu do czasu tego, żeby dodać jej nieco przestrzeni. Reverb zastosowałem w utworze "I Love You More Than You’ll Ever Know", natomiast na scenie lubię zwiększyć jego poziom. Na koncercie używam pogłosu sprężynowego lub kostki DigiTech HardWire Reverb RV-7, z której jestem całkiem zadowolony. Często eksperymentuję z ustawieniami. Kłopot w tym, że podczas próby dźwięku wszystko jest w porządku, ale kiedy gramy na scenie, okazuje się, że jest za mało reverbu lub jest go za dużo i trzeba zmienić ustawienia.


Czy wziąłeś do studia ten sam sprzęt, którego używałeś podczas trasy?


W utworze "Did You Ever Feel Lonely?" używałem 100-watowego ręcznie wykonanego Marshalla z 1959 roku. W "Someday Baby" i prawdopodobnie również w "Mojo Boogie" użyłem też małego wzmacniacza Fender Vibroverb i głowy Fender Dual Showman. Dual Showman to świetny sprzęt, który bardzo lubię. Natomiast nie przepadam za wzmacniaczami Twins, z których jakoś nie potrafię wydobyć odpowiedniego brzmienia. Za to Dual Showman jest wręcz rewelacyjny.


Czy udało ci się tym razem nagrać jakieś utwory "na setkę"?


"Someday Baby" i "I Love You More Than You’ll Ever Know" zostały nagrane na żywo, ale pozostałe utwory musiałem dogrywać, bo chciałem, żeby wersje były doskonalsze. Nagrywanie podkładów kilka tygodni wcześniej nie jest dobre. Kiedy później wchodzi się do studia, aby nagrać solówki, to jest tak, jakby zaczynało się wszystko od początku. Trzeba się na nowo oswajać z całym utworem. Moim zdaniem bardzo ważne jest nagrywanie całości od razu, kiedy jest się jeszcze w klimacie utworu. A zatem chodzi o to, żeby być na bieżąco, wtedy jest znacznie łatwiej, ponieważ ma się świeże podejście i entuzjazm. Utwór "Walkin’ Thru The Park" nagrałem właśnie w ten sposób - zrobiliśmy tylko dogrywkę i... gotowe.


Gdybym nie wiedział, że to twój utwór, często nie byłbym w stanie rozpoznać twojej gry. Na przykład "Down The Line" brzmi jak country w stylu Brada Paisleya...


Nie przepadam za jego grą i nie podobają mi się płyty tego artysty. Jego muzyka jest kompletnie pozbawiona charakteru i zbyt sterylna jak dla mnie. Można by ją puszczać w kościołach.


A Joe Bonamassa? Co o nim sądzisz?


Myślę, że zrobiło się wokół niego za dużo szumu. Jest pod sporą presją. Bądźmy szczerzy, nie można być legendą bluesa w tak młodym wieku (w maju kończy 32 lata - przyp. red.), to lekka przesada. Rozmawiałem z nim na ten temat i skrytykowałem go za to, że próbuje grać we wszystkich stylach naraz. Jeśli chce być artystą bluesowym, niech nim będzie. Powinien przestać grać na zmianę Yes, Dereka Trucksa czy naśladować mnie. W jego grze słychać wiele ciekawych inspiracji, ale musi odnaleźć swój własny głos, skupić się na jednej rzeczy. Uważam, że to świetny gość i kiedyś będzie naprawdę bardzo dobry.


Czy młody, niedoświadczony gitarzysta może zagrozić bluesowi?


Wszystko zależy od tego, jak dobrze gra. Jeśli potrafi cię poruszyć swoją grą, to oznacza, że jest to blues. Natomiast jeśli dopiero kształtuje się jego osobowość artystyczna, wtedy jest przed nim jeszcze długa droga. Joe będzie naprawdę dobry za kilka lat, jego talent potrzebuje więc trochę czasu. Blues musi być dla artysty wszystkim, w przeciwnym razie nie będzie przekonujący. Takie jest moje zdanie.


Jesteś bardzo melodyjnym gitarzystą, w swoich piosenkach umieszczasz różne motywy. Dlaczego nie piszesz utworów instrumentalnych?


Wydaje mi się, że dzisiaj nikomu się już nie podobają utwory instrumentalne, zresztą mnie samemu też się one nie podobają. Wolę piosenki, chociaż w domu lubię pisać różne melodie - na przykład jazzowe, złożone z kilku akordów, do których można swobodnie improwizować.

Czy uczysz się swoich solówek na pamięć?


Owszem, uczę się na pamięć, ale nie wszystkich. Przede wszystkim wolę improwizować. Nie chciałbym grać dokładnie tak samo co wieczór, dlatego moje koncerty różnią się od siebie. Oczywiście takie utwory, jak "Still Got The Blues" czy "Parisienne Walkways" gram za każdym razem tak samo. Za to z nowszymi kawałkami jest inaczej - tutaj nie ma żadnych ograniczeń. Gatunek muzyczny, który uprawiam, opiera się na założeniu, że należy grać to, co się czuje. Są partie, które stanowią pewnego rodzaju szkielet, jak choćby spokojniejsze fragmenty, w których muszę przejść od punktu A do B. Pomiędzy tymi punktami są tzw. wolne przestrzenie, które wypełniam w dowolny sposób. Mam tu całkowitą swobodę.

Gary Moore "Bad For You Baby"

Artysta opowiada o poszczególnych utworach z płyty "Bad For You Baby" i o gitarach, które posłużyły mu do ich nagrania...

1. "Bad For You Baby"

Utwór tytułowy został nagrany na Telecasterze z 1968 roku ze zmienionym gryfem. Użyłem tu efektu Roger Mayer Stone Fuzz, który nadał całości nieco hendriksowski klimat. Solówka jest oparta na dwudźwiękach, podobnie jak utwór "Highway Chile". Ostatnio odłożyłem na bok Stratocastera i sięgnąłem po Telecastera - grałem na nim techniką slide w utworze "Moving On" i "Still Got The Blues". Szklaną tulejkę do gry slide odkryłem na nowo i muszę przyznać, że gra z jej pomocą sprawia mi wielką przyjemność.

2. "Down The Line"

To utwór w stylu country, choć nie brzmi typowo po amerykańsku. Jest bardziej kanciasty i mniej dopieszczony - w stylu starych utworów Jamesa Burtona. Ten styl już dawno odszedł w zapomnienie i teraz wszystko obrabiane jest aż do bólu na systemach typu Pro Tools. Utwór, o którym mowa, również nagrałem na Telecasterze. Solówka nie jest wykonana ściśle w stylu country, ponieważ jest wciąż 12-taktowa, ale chciałem nadać jej coś z tego stylu i dlatego zastosowałem charakterystyczne frazowanie country.

3. "Umbrella Man"

Tę kompozycję nagrałem na Les Paulu Goldtop podpiętym do 50-watowego Marshalla JCM800. Utwór ma dość mocne brzmienie i muszę powiedzieć, że gitara spisała się świetnie, tym bardziej że nie wybierałem jej zbyt skrupulatnie. Po prostu wszedłem do sklepu i ją kupiłem. Ma bardzo dobry sustain - brzmi zawsze tak samo i nieważne, czy jest podpięta, czy nie.

4. "Holding On"

Riff do tego utworu napisałem dużo wcześniej. Kupiłem w Helsinkach Gibsona Firebird i na drugi dzień miałem już gotową solówkę. W studiu grałem na Gibsonie ES-335, bo piosenka wymagała cieplejszego brzmienia. To gitara Johnny’ego Feana z Horslips - piękny instrument z 1963 roku. Gdy ją kupowałem, przetworniki miały zdjęte obudowy. Tak jak mówiłem, "Holding On" ma bardzo ciepłe brzmienie, a ES-335 jest trochę staroświecki, szczególnie przy wykorzystaniu przetwornika znajdującego się przy gryfie.

5. "Walkin’ Thru The Park"

Jest to kolejny utwór, który nagrałem na Telecasterze. To nie jest łatwa gitara. Problem polega na tym, że nie daje zbyt dużo od siebie. Twarda z niej sztuka i trzeba się naprawdę postarać, żeby odsłoniła swoje walory. Z drugiej strony podoba mi się jej brzmienie. Poza tym, grając na niej, nie można się spieszyć, a to poprawia frazowanie. Na tym Telecasterze gram na koncertach utwór "Too Tired" (zagrany po raz pierwszy z Albertem Collinsem). Utwór "Walkin’ Thru The Park" jest więc kontynuacją pewnych tendencji w mojej grze - ma podobne zagrywki, podobne tempo i też jest zagrany w A.

6. "I Love You More Than You’ll Ever Know"

Ta kompozycja została nagrana na gitarze Gibson Les Paul Goldtop podłączonej do wzmacniacza Fender Vibroverb. Korzystałem z efektu Alesis MidiVerb. Jestem wielkim fanem tego urządzenia - jest tani, ale bardzo dobry. Gitara też ma bardzo wdzięczne brzmienie. Autorem piosenki jest Al Kooper, a najbardziej znaną jej wersję wykonał Donny Hathaway, choć śpiewała ją też Amy Winehouse. Żeby utwór bardziej przysposobić, dopisałem partię melodyczną i motyw na gitarę. Myślę, że to dobry pomysł na covery, trzeba im tylko dodać trochę własnego charakteru. Wybierając ten utwór, czułem, że świetnie nadaje się do solówek, bo ma bardzo ładne akordy. Dlatego nagrałem tak rozbudowane solo.

7. "Mojo Boogie"

Piosenka została nagrana z użyciem techniki slide. Jej autorem jest J.B. Lenoir. Nagrałem ją na Gibsonie BFG wyposażonym w BurstBuckera i P-90. Teraz robią też BurstBuckery 2 i 3 - bardzo podoba mi się ich brzmienie. Jeśli chodzi o sprzęt, użyłem wzmacniacza Fender Dual Showman.

8. "Someday Baby"

Gram tu na Les Paulu, którego skonstruował Ashley Pangbourne, kiedy pracował w Hamburgu w Custom Shopie. Gitara musi pochodzić z połowy lat 90. i jest reedycją instrumentu z roku 1959. Nie ma oryginalnych przetworników - jest wyposażona w modele Bare Knuckle PG Blues. Nie gram na niej zbyt często, ale muszę powiedzieć, że podłączona do wzmacniacza Fendera brzmi wspaniale. Ma bardzo oldskulowe brzmienie.

9. "Did You Ever Feel Lonely?"

To klasyczny wolny blues w tonacji B-dur. Tutaj znowu zagrałem na ES-335 podłączonej do mocno rozkręconego Marshalla. Chciałem uzyskać wybuchowe brzmienie.

10. "Preacher Man Blues"

Nie mam teraz ze sobą gitary, którą wykorzystałem do nagrania tego utworu. To był Gibson Firebird. W "Preacher Man Blues" miał zagrać Mark Feltham na harfie, ale w końcu zagrałem ja. To jeden z tych utworów, przy którym za każdym razem lubię improwizować.

11. "Trouble Ain’t Far Behind"

W tym kawałku grałem na gitarze Goldtop. Chciałem napisać piosenkę nastrojową i taka właśnie wyszła - opowiada o utraconej miłości. Swym ciepłym klimatem utwór ten przypomina nieco wczesne piosenki B.B. Kinga, kiedy jeszcze grał na Gibsonie ES-5. To standardowa sekwencja akordów, z jednym wyjątkiem - ma akord Fis-dur podobnie jak w "Someday After A While". Znowu jest tu sporo akordów idealnych do solówek!

Neville Marten

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie