Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Wojciech Hoffmann

Wojciech Hoffmann

Z dzieciństwa (połowa lat 80.) pamiętam taki obrazek: czerwony adapter Bambino z dwoma plastikowymi głośnikami i czarna płyta Turbo "Dorosłe dzieci".

Razem z najlepszym kumplem słuchaliśmy jej tak głośno, jak tylko się dało, śpiewając po kolei wszystkie teksty i udając na rakietach tenisowych grę na gitarze, dopóki płyta nie zdarła się na wiór. Nie muszę więc chyba specjalnie podkreślać, jak dużym przeżyciem była dla mnie rozmowa z Wojtkiem Hoffmannem.

Jak zaczęła się ta cała historia?


Można powiedzieć, że moje początki to również początki polskiego big-beatu - wczesne lata 60., kiedy powstawały takie zespoły, jak: Niebiesko-Czarni, Czerwono-Czarni, Filipinki, Tarpany... Mój ojciec pracował w Domu Kultury w Gostyniu, do którego wszystkie te zespoły przyjeżdżały grać koncerty. Chodziłem tam jako szczeniak i przesiadywałem na balkonie, chłonąc to wszystko całym ciałem i duszą. Do dziś dokładnie pamiętam każdy szczegół. Pamiętam nawet, jak wyglądali muzycy tych zespołów i w co byli ubrani.

Wtedy to zapragnąłeś grać na gitarze?


Może wyda ci się to śmieszne, ale na początku chciałem grać na saksofonie. Podobała mi się ta żywa, chrapliwa barwa, duża głośność instrumentu i efekty artykulacyjne stosowane przez saksofonistów. Teraz wiem dlaczego. Dokładnie te same elementy znalazłem potem w przesterowanej barwie gitary, którą z miejsca pokochałem.

Od początku wiedziałeś, że będziesz muzykiem?

Tak. W zasadzie swoją przyszłość określiłem, mając zaledwie siedem lat. Już wtedy wiedziałem, że chcę być muzykiem i nikim innym, że moje miejsce jest na scenie i poświęcę wszystko, by to marzenie spełnić. Tak też zrobiłem. W wieku 13 lat miałem już swój pierwszy zespół - Błękitni. W latach 1969-1970, kiedy na świecie zaczynała się rodzić muzyka hardrockowa, miałem 15 lat. Buzowały we mnie hormony, a krew chciała krążyć coraz szybciej. Hard rock od razu do mnie przemówił. W liceum stawiałem sprawę jasno - nie będę się uczył biologii czy innych pierdół, bo gram na gitarze i to jest moja przyszłość. O dziwo, nauczyciele poszli mi na rękę i nie gnębili mnie zbytnio. Czas w liceum wspominam więc jako fantastyczne lata totalnego luzu, wolności i niczym nieskrępowanego rozwoju muzycznego. W roku 1975 pojechałem na Wielkopolskie Rytmy Młodych z zespołem Hot Projekt. Tam właśnie poznałem ludzi z Heam, z którymi potem grałem.

Podobno byłeś niezwykle wymagającym muzykiem...

Im lepiej grałem na gitarze, tym większe wymagania stawiałem sobie i kolegom. Dążyłem do tego, by zespół, w którym gram, był absolutnie perfekcyjny. Przykładowo, kiedy w 1977 roku dołączyłem do Heam, już na pierwszej próbie miałem ochotę rozstawić muzyków po kątach, bo wydawało mi się, że basista jest słabiutki, a na klawiszach facet gra ciągle tą samą barwą (Marek Biliński - przyp. red.), a perkusista się myli... Dziwię się, jak oni ze mną wytrzymali (śmiech).


Jak doszło do twojej współpracy z Turbo?

Turbo założył Heniu Tomczak zaraz po rozwiązaniu zespołu Heam w 1980 roku. Zawsze muszę to prostować, bo wszyscy mówią, że Turbo to zespół Hoffmanna. Nigdy nie byłem jego założycielem ani nawet współzałożycielem. Co więcej, na początku nie chciałem w nim grać, chociaż Heniu chodził za mną przez jakieś dwa miesiące i namawiał. W tym okresie zrobiłem już parę nagrań z orkiestrą Zbyszka Górnego, która była wtedy na szczycie i kosiła niezły szmal. Ale kiedy poszedłem na Rock Arenę, gdzie grało między innymi Kombi, Exodus, Krzak, Kasa Chorych (sześć tysięcy ludzi, zgiełk, światła, scena...), to wszystko zaczęło we mnie buzować. W końcu powiedziałem: nie, nie będę grał u Górnego. Wolę być jednym z czterech niż jednym z czterdziestu. I tak zacząłem grać z Turbo.


I jak odczułeś tę zmianę?


Było naprawdę fajnie - energia, totalny spontan... Graliśmy dużo standardów rockowych, między innymi Queen i Hendriksa. Potem dopiero zaczęliśmy robić swoje rzeczy. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie przyczepił się do czegoś i nie chciał tego poprawiać.


Twój perfekcjonizm spowodował zapewne nowe perturbacje?


Jeżeli chodzi o tak zwane "per-Turbacje", to było ich wiele, chyba zbyt wiele. Była to po części moja wina, a polegała właśnie na tym, że zawsze chciałem mieć zespół na najwyższym poziomie. Najpierw miałem zastrzeżenia co do wokalisty, Wojtka Sowuli, który raczej rapował, krzyczał, a nie śpiewał. W ogóle nie rozumiałem tego, co robi, ale z perspektywy czasu widzę, że wyprzedził swoją epokę. Śpiewał tak jak wokaliści thrashmetalowi wiele lat później. Na scenie zachowywał się jak wariat, łamał stojaki, wybijał nimi dziury w suficie itp. Jednakże wtedy zrezygnowaliśmy z Wojtka. Zastąpił go Piotrek Krystek, który śpiewał jak Freddie Mercury. Był naprawdę świetnym wokalistą, ale nie pasowała mi jego osobowość sceniczna i z niego też nie byłem zadowolony. Po prostu nie kupował publiczności, nie łapał z nią kontaktu. Brakowało mi również drugiej gitary, która bardziej zapełniłaby przestrzeń. No i po jakimś czasie zacząłem myśleć o wymianie basisty...


...czyli założyciela Turbo?


Tak. Strasznie się wtedy z Heniem pokłóciliśmy, ale na szczęście od lat jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. W każdym razie on odszedł z zespołu, a jego miejsce zajął Piotrek Przybylski. To był niesamowicie przystojny, młody chłopak z czarnymi włosami, na widok którego panienki dosłownie piszczały. Zauważyłem go na przeglądzie zespołów w poznańskim Domu Kultury Stomil, gdzie zasiadałem w jury. Na scenę wyszedł zespół Equinox, a ja od raz wziąłem kartkę i napisałem: "basista do Turbo". Potem wyszedł zespół Kredyt, gdzie zobaczyłem Łysego - na kartce zanotowałem: "gitarzysta do Turbo". Po przeglądzie złożyłem im propozycję. Staliśmy na przystanku tramwajowym, kiedy podszedł do nas osobnik z brodą, w czapce "leninówce", w jakimś brązowym płaszczyku i z teczką pod pachą. Powiedział: "słyszałem, że coś będziecie razem grać, więc jakbyście potrzebowali wokalisty, to ja chętnie". Zaprosiliśmy go więc na próbę po odejściu Piotra i tak w Turbo pojawił się Grzegorz Kupczyk. Z początku jego śpiew też mi się nie podobał, ale wkrótce coś zaskoczyło i w zespole pojawiła się magia. Wtedy zrozumieliśmy, że Grzesiek to właśnie ten wokalista, którego szukaliśmy. Kiedy byliśmy już zwarci i gotowi... 13 grudnia 1981 ogłoszono stan wojenny, który całkowicie pokrzyżował nam plany.


Co więc robiłeś w ciągu tych dwunastu miesięcy?


Zamknęli nam klub i cały sprzęt musieliśmy rozwieźć do naszych domów. Nie miałem wtedy zameldowania w Poznaniu, więc starałem się nie przebywać na mieście po godzinie 16.00, aby uniknąć kontroli dokumentów. Wracałem wcześnie do domu, brałem swojego Gibsona i cichutko grałem. Z czasem zacząłem nagrywać swoje pomysły i zebrało się ich sporo. Jak się później okazało, był to materiał na album "Dorosłe dzieci". Po odwilży wznowiliśmy próby. Andrzej Sobczak napisał świetne teksty do mojej muzyki i zaczęliśmy szlifować utwory na płytę.


Płyta "Dorosłe dzieci" odniosła sukces. Chyba nic już nie stało wam na drodze do wielkiej kariery?


Niestety, posłuchaliśmy wtedy złych głosów podpowiadających nam zmianę stylu i granie tego, co modne. Obcięliśmy włosy, ubraliśmy się w kolorowe ciuszki i zaczęliśmy grać jakieś niewiarygodne pierdoły. Był to błąd, który właściwie doprowadził do rozpadu kapeli. Pokłóciliśmy się, bo ja chciałem mieć zespół hardrockowy, a nie grający ciągle ballady w stylu "Dorosłych dzieci". Tak więc pewnego dnia powiedziałem wszystkim, że ich zwalniam. Ale na szczęście dogadaliśmy się w końcu i zaczął powoli powstawać materiał na "Smak ciszy".


Płyta ta różni się dość wyraźnie od "Dorosłych dzieci" i ten trend zmian dalej się utrzymywał. W zasadzie każdy nowy krążek przynosił coś nowego. Co było tego powodem?


Kiedyś słuchałem dużo AC/DC i zauważyłem ciekawą rzecz - pierwsza ich płyta, potem druga, trzecia... siódma... przecież to wciąż ta sama płyta! Nie ma tam nic nowego. Jaki jest sens nagrywania w kółko tego samego? Wtedy zrozumiałem, że ja tak nie chcę. Mój zespół miał się rozwijać i rozwój ten miał być widoczny na każdym kolejnym albumie. Teraz po latach zrozumiałem, że niekoniecznie było to słuszne założenie. Kiedy grałem z Czerwonymi Gitarami uświadomiłem sobie, że publiczność nienawidzi zmian. Fani chcą słyszeć dobrze sobie znane utwory i ulubione melodie. Tak jak zespół gra, tak ma grać do końca świata. Nikt nie oczekuje od Czerwonych Gitar zmian i nowych utworów. Z tej perspektywy wydaje mi się, że może zbyt drastycznie zmienialiśmy stylistykę Turbo.


Rzeczywiście, rozrzut pomiędzy "Dorosłymi dziećmi", "Smakiem ciszy" i "Kawalerią szatana" może szokować. Jednakże fani Turbo jednakowo kochają wszystkie te płyty.


To prawda. Przekonałem się o tym, kiedy parę lat temu byliśmy w trasie z Vaderem. Graliśmy utwory z różnych okresów i okazało się, że ludzie byli zachwyceni. Wcześniej wyli razem z Vaderem, a potem śpiewali z nami zarówno kawałki z "Kawalerii szatana" jak i "Dorosłych dzieci". To było naprawdę niesamowite.


Wydana w 1986 roku "Kawaleria szatana" uważana jest za najważniejszą płytę polskiego metalu lat 80. Rok później wydaliście "Ostatniego wojownika", który otworzył wam drogę do kariery na Zachodzie...


Podpisaliśmy wtedy z Noise Records kontrakt na pięć płyt - plik papierów był grubości pudełka od zapałek. Myśleliśmy, że cały świat stoi przed nami otworem. Pojechaliśmy w trasę z Kreatorem. Chłopaki przyszli do nas już po pierwszym koncercie i powiedzieli, że możemy używać całego ich sprzętu. Podobało im się na tyle, że o mały włos, a pojechalibyśmy z nimi w trasę po Stanach. Zespół był w rewelacyjnej formie. Po powrocie zagraliśmy na Metalmanii i poziomem wymiataliśmy, naprawdę widać było różnicę. Potem przyszła przykra niespodzianka - wytwórnia Noise Records zerwała kontrakt. Jak to się stało, dlaczego i przez kogo - nie wiem i właściwie nie chcę już wiedzieć. Do tego doszedł permanentny brak kasy. Graliśmy dużo koncertów, ale nie przynosiło to spodziewanych efektów finansowych. Po wspólnych trasach po ówczesnej Czechosłowacji z zespołem Citron przywoziliśmy rodzinom jakieś drobne prezenty w postaci kurtek itp. Taka sytuacja spowodowała w nas uczucie wypalenia. Zaczęliśmy być tym wszystkim zmęczeni, także sobą - nie chciało nam się grać, narastały konflikty. Stwierdziłem, że musi się coś wydarzyć, co nas pchnie do przodu, inaczej zespół się rozpadnie.


Jak wiemy, zespół się nie rozpadł. Co więc było tym zastrzykiem świeżej krwi?


Poszedłem na koncert zespołu Slavoy. Kiedy zobaczyłem Litzę, to prawie uklęknąłem. Gość zrobił na mnie piorunujące wrażenie, był doprawdy zjawiskowy, zupełnie jak wycięty z Sepultury lub innego zespołu zza wielkiej wody. Wiedziałem, że musi z nami grać i po koncercie złożyłem mu propozycję. Problem tylko w tym, że nie mogło być trzech gitarzystów i komuś trzeba było podziękować. Oczywistym kandydatem do urlopu był Łysy, ale ostatecznie podziękowałem basiście, Boguszowi. Łysy przerzucił się na bas, a na drugą gitarę wszedł Litza. Pracę nad nowo powstającą płytą zostawiłem właściwie im, a sam odpuściłem. Chłopaki poszli na całość i płyta brzmiała jak techno thrash. Potem zjawił się Dziubiński z nowym kontraktem od Noise Records, ale z zastrzeżeniem, że bez Grzegorza Kupczyka. Na odejście Grzesia były już wcześniej naciski, ale dopiero teraz się ugiąłem.


Co przyniosły te zmiany?


W nowym składzie nagraliśmy płytę "Dead End", z której materiał bardzo się spodobał w Jarocinie. Pamiętam, że pojechaliśmy potem na koncert do Wiednia i roznieśliśmy w pył wszystkie niemieckie kapele. Kiedy stamtąd wyjeżdżaliśmy, zatarasowane było pół ulicy. Wszyscy chcieli od nas autografy i pytali się, kiedy znowu zagramy. Ale sytuacja pod względem finansowym nie ulegała zmianie - nadal nie było kasy. Wkurzyłem się wtedy i zadzwoniłem do menadżera: "Płacisz mi 4.500 dolarów za płytę - nagrywamy, nie płacisz - nie nagrywamy". Na tamte czasy była to suma, która pozwoliłaby mi spokojnie przeżyć kolejny rok, pracować nad rozwojem zespołu i kolejną płytą. Ale menadżer dogadał się z resztą zespołu i pozostałem bez swojej kapeli. Na szczęście udało mi się zablokować nazwę i logo. Jednak pod szyldem Turbo zagrali jeszcze trzy koncerty z Sepulturą, a ja siedziałem na widowni i patrzyłem na mój zespół grający beze mnie. Przygotowałem nowy materiał ("One Way"), ale z wytwórni Music For Nations odpisali, że nie są zainteresowani. Czyli ktoś intensywnie zadziałał na moją "korzyść" (śmiech). To w zasadzie był koniec tego zespołu.


Jak doszło do reaktywacji grupy w starym składzie?


Tomek Goehs, z którym się przyjaźniłem i przyjaźnię do dzisiaj, wpadał do mnie i od czasu do czasu zagadywał: "A może by tak zrobić wielki comeback? Może byśmy pograli?". Zapierałem się, jak mogłem, ale wiadomo - kropla drąży skałę. W końcu powiedziałem: "OK, ale co z Grzegorzem?". Tomek odpowiedział, że weźmie to na siebie. I tak krok po kroku, gest po geście zeszliśmy się znowu i zaczęliśmy na nowo przecierać ścieżki.


Jak to? Przecież Turbo już wystarczająco mocno przetarł ścieżkę.


Mylisz się. Po paru latach nieobecności ludzie z branży mają cię w d... dużym poważaniu. Wszędzie całowałem klamki. Chciałem oddać materiał Turbo za darmo, byleby tylko został wydany na CD. Nikt nie był zainteresowany. Pamiętam, jak poszedłem z gotowym nowym demo do Pomatonu i były to dość masakryczne chwile. Wchodzę, siedzi tam jakiś młokos i z fochem w głosie mówi: "Ma pan 30 sekund, żeby mnie przekonać, aby wydać pana płytę... A tak w ogóle to my nie chcemy już żadnych Turbo, żadnych Perfectów i żadnych starych artystów. Chcemy młodych, których będziemy mogli sami ukształtować". Odezwał się wtedy do mnie młody chłopak z Sony, który cenił naszą muzykę, i zaproponował współpracę. Ale w międzyczasie pojawił się też Tomasz Dziubiński i powiedział, że chce wydać całą dyskografię Turbo na CD. Machnęliśmy ręką na stare animozje i zgodziliśmy się. Zespół zaczął grać koncerty i wrócił do tak zwanego obiegu.


Powiedz kilka słów o najnowszej płycie Turbo.


Podpisaliśmy kontrakt z wytwórnią Metal Mind Productions na trzy płyty i jest to ostatnia z nich. Roboczy tytuł to "Niebezpieczny taniec", ale negocjacje jeszcze cały czas trwają i może się to zmienić. Inna propozycja to "Strażnik światła". Bez względu na tytuł będzie to według mnie jedna z najlepszych płyt Turbo. Muzyka jest tu ostra, ale i melodyjna. Te dwa elementy ścierały się we mnie od samego początku. Od zawsze ideałem było dla mnie Deep Purple, zespół mojej młodości i okresu rozwoju muzycznego, a także Beatlesi i Czerwone Gitary. Deep Purple zaszczepił we mnie zamiłowanie do rockowego czadu, a dwa pozostałe zespoły - wyczucie linii melodycznej. Tak więc chciałem, aby nowa płyta Turbo była syntezą trzech pierwszych płyt zespołu, gdzie energia będzie się przeplatać z melodyką.


Jakiego sprzętu teraz używasz?


Do sprzętu mam podejście zdroworozsądkowe. Nie jestem fetyszystą. Mam Gibsona Deluxe, Ibanezy (RG7620 i dwa JEM-y), dwa Cole Clarki Fat Lady 2, wzmacniacze Ibanez Thermion i Mesa Boogie Triple Rectifier. Jeśli chodzi o efekty: DigiTech Whammy IV, Fulltone OCD, Fulltone Full-Drive 2 i Line 6 POD X3.


Jakie jest twoje podejście do teorii? Czy jest ona niezbędna do grania muzyki?


Jestem totalnym samoukiem. Uważam, że teoria jest potrzebna, ale nie ta, której uczą w szkołach. To, co serwuje się uczniom w Polsce, to zabijanie wrażliwości. Ludzie uczą się niepotrzebnych rzeczy, zamiast skupić się na samej muzyce, umiejętności improwizacji i rozwijaniu słuchu.


Czy grając, myślisz o skalach, czy zdajesz się na swoje uszy?


Polegam głównie na słuchu, umiem zagrać do czegokolwiek, ale zwykle nie wiem, jak nazywają się zbiory dźwięków, które gram. Nie interesuje mnie to za bardzo. Liczy się efekt, brzmienie, klimat. Ostatnio kolega powiedział mi, że gram tu skalę taką, a tam inną, lidyjską jakąś... Serio? (śmiech). Oczywiście świadome granie może pomóc uniknąć błędów. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie pod tym względem Krzysiek Misiak. Ma niewiarygodnie dobrze opanowane to, co gra.


Jeśli miałbyś wybrać jeden element artykulacji, co by to było?


Wibrato. Dość dużo czasu poświęciłem na pracę nad swoim wibrato. Uważam, że jest to jeden z najważniejszych atrybutów stylu gitarzysty, po którym można go rozpoznać z zamkniętymi oczami.


Co jest najważniejsze w nauce gry na gitarze?


Samozaparcie i heroiczna wręcz wytrwałość. Ważny jest dystans do siebie i do własnej gry, a także szacunek dla innych gitarzystów. Trzeba też lubić ćwiczyć, bo bez tego będzie ciężko.


Jakie ćwiczenia gra obecnie Wojciech Hoffmann?


Jestem na takim etapie, że w zasadzie nie wykonuję już tradycyjnych ćwiczeń na technikę. Najczęściej ćwiczę, grając po prostu na gitarze, przy czym bardzo często z jakimiś płytami lub muzyką z radia. Wykonałem już swoją pracę. Miałem taki okres w życiu, kiedy ćwiczyłem po 16 godzin dziennie. Teraz już tego nie robię. Jeśli miałbym jednak wykonywać jakieś wprawki, byłyby to najprostsze gamy, jakie można znaleźć w każdym podręczniku.


Czy zaproponowałbyś naszym Czytelnikom jakieś ćwiczenie?


Bardzo efektywne są ćwiczenia sekwencyjne, na przykład po cztery dźwięki w górę (przykład 1). Wyrabiają zarówno orientację na gryfie, jak i płynność kostkowania. Ważne jest jednak nie tylko ich opanowanie mechaniczne. Należy dążyć do tego, by słyszeć i przewidywać położenie kolejnych całych tonów i półtonów. Podobnych kombinacji można sobie wymyślić nieskończoną ilość. Uważam, że dobrze jest też trenować na jakimś żywym motywie. Przykładowo, mam tutaj fragment tematu utworu "Pendolino" z płyty "Drzewa". Jest to fraza, która nadal stanowi dla mnie wyzwanie i może posłużyć jako wprawka (przykład 2).


W 2003 roku wydałeś swoją solową płytę zatytułowaną "Drzewa". Jakie masz plany na przyszłość?


Zaraz po zakończeniu prac nad Turbo zabieram się za swoje projekty solowe. Pomysłów mam tyle, że ciężko jest mi zdecydować, co to dokładnie będzie. Jedną z opcji jest płyta akustyczna. Gra na gitarze akustycznej sprawia mi bardzo dużo satysfakcji. Jest to niezwykle wymagający instrument. Marzy mi się współpraca z Leszkiem Możdżerem, którego muzykę bardzo cenię. Chciałbym też nagrać płytę w hołdzie dla Deep Purple. Dość poważnie rozważam nagranie wyśrubowanej, instrumentalnej płyty progresywnej. Muzyka ta siedzi we mnie od bardzo dawna i dojrzewałem do tego pomysłu bardzo długo. Poza tym zawsze marzyłem o nagrywaniu muzyki do filmu, więc będę chciał pójść i w tę stronę. Tak więc kończę płytę Turbo i rzucam się w wir pracy. Już się nie mogę doczekać!


KRZYSZTOF INGLIK

 

GALERIA
Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie