Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Mark Morton i Willie Adler (Lamb Of God)

Mark Morton i Willie Adler (Lamb Of God)

Mark Morton i Willie Adler po raz kolejny, za sprawą bliższej współpracy, podnieśli poprzeczkę Lamb Of God. Z małą pomocą Bon Jovi…

"Każdy, kto rozmawia z nami o "VII: Sturm und Drang", chce usłyszeć historię o powrocie z nową płytą" - szczerze wspomina Mark Morton. "Mówienie o powrocie w tej sytuacji byłoby dla nas krzywdzące, ponieważ zanim zaczęliśmy komponować utwory, byliśmy w trasie i graliśmy koncerty. Nowy materiał był dla nas naturalną koleją rzeczy. Mimo że w tekstach Randy’ego można znaleźć nawiązania do sytuacji, jakie wydarzyły się w zespole, to był to album, którego nagranie mieliśmy w planach, więc trudno tu mówić o powrocie". Każdy fan Lamb Of God, czy heavy metalu, był świadomy tego, co wydarzyło się w zespole. Chodzi o zatrzymanie i tymczasowy areszt Randy’ego Blythe’a w połowie trasy promującej album "Resolution". W 2010 roku, podczas koncertu w Pradze, frontman miał zepchnąć ze sceny 19-letniego fana, który w wyniku poniesionych obrażeń zmarł w szpitalu. Ostatecznie Blythe został zwolniony z aresztu za kaucją.

Owe wydarzenia były zarówno dużym szokiem dla zespołu, jak i metalowego świata. Mimo że Mark i Willie na temat tych wydarzeń powiedzieli już wszystko, a Randy wydał autobiografię, nie obyło się bez nawiązań do tragedii zespołu na "VII: Sturm und Drang" (niem. ‘Okres burzy i naporu’). W szczególności w utworze "512". Jego nazwa pochodzi od numeru jednej z cel aresztu w Pradze, w którym przebywał Randy. Willie i Mark przyczynili się do realizacji najlepszego albumu Lamb Of God od czasu wydanego w 2004 roku "Ashes Of The Wake". Charakterystyczna dla tego duetu unikatowa mieszanka technicznego speed metalu oraz południowego bluesowego groove’u, jeszcze nigdy nie brzmiała tak silnie i spójnie. Spośród dziesięciu utworów wyłaniają się takie, jak "Overlord", czy "Embers", które potwierdzają nieustraszoność zespołu, polegającą na eksplorowaniu nowych muzycznych obszarów przy jednoczesnym zadawalaniu wiernych fanów.

Obydwaj zawsze byliście głównymi autorami muzyki. Czy tym razem zmieniliście model pracy nad albumem?


Mark: Ilość materiału, jaki przygotowaliśmy do nagrań, była taka sama jak zwykle, z tą różnicą, że na albumie ostatecznie pojawiło się mniej utworów. Materiał komponowaliśmy razem. Jest jeden, czy dwa numery, do których riffy napisałem sam. Podobnie jest w przypadku Willie’ego.


Willie: Zebraliśmy dużo pomysłów na płytę. To nie jest tak, że część z nich nie została celowo ukończona. Chciałem usłyszeć zdanie Marka na ich temat, co wyszło dla mnie na korzyść. Kiedyś nie komponowaliśmy razem. Od czasów "Ashes of the Wake", praca nad materiałem jeszcze nigdy nie była tak bardzo zespołowa.


Przy ostatnich produkcjach, Josh (Josh Wilbur, producent Lamb Of God) chciał usłyszeć utwory komponowane wspólnie przez nas obu. Wspomniał, że potrzebuje kilku numerów, które skomponujemy razem, ponieważ w Lamb Of God słyszy dwa oblicza. Słyszał wyraźnie, które utwory są moje, a które Willie’ego i trochę tęsknił za podejściem, jak w utworze "As The Palaces Burn", w którym słyszalne są nasze wymiany riffów, niczym dialog. Pamiętam przygotowania do "Wrath", czy "Resolution", kiedy umawialiśmy się, że będziemy pracować razem. Tym razem poszliśmy jeszcze dalej, unikając sytuacji, w których każdy z nas uważa dany utwór za własny, narzucając reszcie finalny kształt.


Pierwsza część "Overlord" jest różna od Twojego stylu. Czy utwór ewoluował w tradycyjny sposób?


"Overlord" kręcił się już wokół mnie od kilku lat. Nabrał końcowego kształtu, gdy zaczęliśmy nad nim pracować razem i każdy z nas miał na niego wpływ. Stworzyliśmy ten utwór razem w sposób, w jaki do tej pory nie pracowaliśmy. Nie był to proces celowy, by odejść od tradycyjnej dla nas formy komponowania.


Utwór ten został napisany w dokładnie taki sam sposób, jak pozostałe. Nie było sytuacji, że mieliśmy dziewięć gotowych kawałków, a na koniec został taki "dziwoląg", jak "Overlord". Willie miał już gotowe riffy w pierwszym, czy drugim tygodniu pracy nad płytą. Następnie, gdy utwór "stał już na nogach", każdy dodał do niego coś od siebie. Randy załapał klimat utworu, co poskutkowało zmianą refrenu. "Overlord" wyróżnia się na tle innych kompozycji za sprawą melodyjnego wokalu, jednak praca nad nim nie przebiegała wcale inaczej, niż zwykle.


Czy granie solówek w wolniejszym tempie sprawiało ci przyjemność?


To było wspaniałe, mogłem wtedy być sobą. Takim typem gitarzysty jestem. Gdy gram w celach rekreacyjnych, jammuję do utworów Blackberry Smoke. To muzyka, która mnie fascynuje, mimo grania ciężkiego gatunku. W głębi jestem blues-rockowym gitarzystą. "Overlord" był dla mnie rodzajem kanwy.


Jakie tym razem miałeś podejście do partii solowych?


Od kilku płyt, przed wejściem do studia, tak naprawdę nie mam pomysłów, czy wizji co do solówek. Wiem za to, gdzie będzie ich miejsce. Na próbach zaczynam tworzyć ich zarys. Wiem też, gdzie będzie miejsce dla kulminacji, czy crescendo. Jeżeli chodzi o licki i moje pozostałe partie, spotykam się z Joshem na dzień lub dwa, by nad tym popracować, z czego jestem bardzo zadowolony. Skutkiem ubocznym tego jest późniejsza nauka wszystkich partii przed nagraniami. Gdy gramy "512", zastanawiam się, co ja sobie najlepszego zrobiłem. By zagrać solo w tym utworze, potrzebuję krzesła!


Czy bycie gitarzystą solowym jest zgodne z twoim instynktem? Dobrze czujesz się w takiej sytuacji?


Dawno temu przyznałem, że nie zamierzam być "technicznym" gitarzystą i nie chcę być najszybszy na metalowej scenie. Zauważyłem, że w przeciągu ostatnich pięciu, sześciu lat, wyrobiłem własny styl. Brzmi to po mojemu, z moją tożsamością. Gram szczerze, czyli to, co słyszę i co czuję. Jestem w odpowiednim miejscu.


Willie, czy miałeś duży wpływ na partie solowe?


Jeśli już, to miałem wpływ na melodyjne wstawki, jak te w "512" i intro w drugiej zwrotce. Poza kilkoma rzeczami w niektórych miejscach, nie miałem wielkiego wpływu na solówki. Na pewno nie tak wielki, jak mój człowiek, siedzący obok.


Porozmawiajmy o partii solowej zagranej przy pomocy talk boxa w "Erase This". Miło słyszeć, że ktoś po raz kolejny wykorzystuje ten efekt.


Opowiem Ci, skąd wziął się ten talk box. Któregoś dnia zrobiliśmy sobie przerwę. Pojechałem do 7-Eleven po coś do picia. W wynajętym samochodzie, w rockowej rozgłośni usłyszałem "Livin’ On A Prayer" zespołu Bon Jovi. Słuchając, zdałem sobie sprawę, że o tym utworze stanowią klawisze i wokal. Gitary rytmicznej jest wyjątkowo mało, ale za to jest talk box. Zapytałem Josha, kto był odpowiedzialny za tę dziwną, w klimacie lat 80. produkcję płyty "Slippery When Wet". Josh odpowiedział: "Niemożliwe! Dopiero, co słuchałem "Livin’ On A Prayer". Pomyślałem, że moglibyśmy użyć talk boxa na albumie, po czym przyszedłeś i pytasz mnie o ten utwór. Musimy to zrobić!" Chciałbym ci powiedzieć, że zainspirował nas Joe Perry, czy Slash, ale był to Richie Sambora.


Słychać, że na albumie jest więcej środkowego pasma. Czyżby stały za nim wzmacniacze Mesa/ Boogie?


Tak. Używam modelu Mark IV, V oraz Royal Atlantic. Gitary rytmiczne nagrane zostały na Mark IV oraz Mark V. Na żywo używamy IV i V, ale dobrze mieć w zanadrzu Royal, w którym lubię kanał czysty. Odkryłem też, że brzmienie tego wzmacniacza na kanale lead w połączeniu z nowym efektem MXR Il Torino świetnie sprawdza się w studio. Na żywo korzystam z headów serii Mark oraz MXR GT-OD.


Czy rejestracja Twoich ścieżek jest złożonym procesem?


Niekoniecznie. Dźwięk z kolumny zbierany jest przez mikrofon. W kontrolowanych warunkach możesz przesunąć mikrofon o pół cala od osi, co wpływa na sound. Doszliśmy do brzmienia, na które monitory studyjne reagują doskonale. Josh w miksie poprawił gdzieniegdzie pasmo, jednak nie wpłynęło to znacząco na brzmienie, które uzyskaliśmy przed obróbką.


Dynamika pomiędzy Wami a partiami perkusyjnymi Chrisa to ogromna część brzmienia Lamb Of God. W jaki sposób komponujecie muzykę?


Spędzamy dużo czasu na "rzeźbieniu" w domu. Przychodzi nam do głowy wiele pomysłów, które następnie ogrywamy razem, poruszając się raz do przodu, raz do tyłu. Chris jest, jaki jest. Jego timing jest trochę inny, choćby przez to, że słyszy niektóre rzeczy inaczej. Gdy daje coś od siebie, wzbogaca materiał o istotne "smaczki". Takie sytuacje potrafią skierować pracę nad utworem na zupełnie inne rejony.


Chrisowi należy poświęcić trochę przestrzeni i mieć cierpliwość. W przeciwnym razie dostaniesz załóżmy pięć, czy sześć utworów, spośród których dwa lub trzy będą dobre, ponieważ Chris w tych, które "położył", nie do końca się odnalazł. W takich sytuacjach potrzeba czasu, by mógł na spokojnie dojść i zrozumieć, gdzie powinien coś zmienić, lub podejść do pewnych rzeczy inaczej. Na przestrzeni tych 20 lat gry z Chrisem uczysz się, że potrzeba mu czasem więcej przestrzeni.


Czy nowy album wpłynął na chemię między wami? Odnaleźliście tę dawną dynamikę?


Myślę, że pomógł nam w tym. Nie jest też tak, że mieliśmy problemy z pracą zespołową. Tym razem po prostu mieliśmy inne podejście. Na przestrzeni lat wzajemnie się inspirowaliśmy. Gdy łączę riffy w całość i zdarza mi się utknąć, myślę, co na moim miejscu zrobiłby Willie.


Robię dokładnie to samo. Bierze się to z lat spędzonych razem. Wielką korzyścią dla mnie jest możliwość poznawania stylu i fellingu Marka, który wnosi do utworów. Zresztą moich ulubionych z naszego repertuaru. Mark wspomina, że kompozycje nie powstają w wyniku wysilania się i koncentracji. Po prostu, tak wychodzą.

GALERIA
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie