Zawsze pamiętam chwilę, gdy będąc bardzo młodym chłopakiem, odkryłem bluesa. Oczywiście pamiętam też moment, w którym po raz pierwszy usłyszałem Steviego Raya Vaughana - byłem siedmiolatkiem, gdy mój ojciec puścił mi kasetę wideo SRV. W tamtym czasie poznałem także Gary’ego Moore’a i od razu wiedziałem, że zostanę muzykiem! Poza tym to mnie zainspirowało do tego, by nauczyć się wydobywać z gitary właśnie takie brzmienie, jak to robili moi idole. Z okresu dzieciństwa mam również wspomnienie dotyczące posiadania przywileju odbioru muzyki na żywo, ponieważ ojciec zabierał mnie do małego klubu o nazwie The Spiders Web, gdzie co piątek odbywał się jakiś koncert. Siadywałem tam i podziwiałem każdego artystę na scenie. W efekcie zacząłem odczuwać olbrzymi szacunek do muzyki granej na żywo. Miło wspominam też spotkania z różnymi muzykami w moim mieście Grimsby. Często pozwalali mi wejść na scenę i pojmować, co miało ogromny wpływ na moje nastawienie do gry na żywo z innymi muzykami. W wieku jedenastu lat założyłem swój pierwszy zespół, który nazwaliśmy The Twisted Blues Band. Potem przeszedłem do zespołu grającego typowego chicagowskiego bluesa - Jason and The Swamp Snakes. Ale wciąż chciałem czegoś innego - chciałem więcej mocy i, jak to się mówi, więcej rocka. Aż wreszcie szczęści mi dopisało, bo spotkałem na swej drodze zespół, który w owym czasie nazywał się Strange Brew. Był to świetny skład muzyków: Kurtis Smith i Tim Smith. Zapytali mnie, czy nie chciałbym z nimi grać - a muszę tu dodać, że ci faceci mieli już niezłą renomę w mieście - więc od razu przyjąłem ich propozycję. Zmieniliśmy nazwę na The Brew. Ta chwila była dla mnie niezwykle ważna i zdecydowanie zmieniła moje podejście do instrumentu, a także ukształtowała mnie jako muzyka. Ci faceci byli poważnymi artystami, a ja stałem się szczęściarzem - mogę grać na gitarze i realizować swe największe marzenie z dzieciństwa, które na zawsze zmieniło moje życie.