Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Dave Murray (Iron Maiden)

Dave Murray (Iron Maiden)

Z okazji premiery pierwszego podwójnego albumu studyjnego Iron Maiden, rozmawiamy z Davem Murrayem o Stratocasterach, spontaniczności i... duszy.

W przypadku szesnastego albumu, wiele zespołów spoczęłoby na laurach i odcinało kupony od dotychczasowej, bogatej dyskografii. Ostatnim dwupłytowym, 90-minutowym albumem Iron Maiden udowadnia, że nie należy do tego grona.

Za kreatywnością albumu "The Book of Souls" stoi para dłoni doświadczonego gitarzysty, którego płynne legato i uśmiech są synonimem dziedzictwa Iron Maiden. Działalność Dave’a Murraya od 1978 r. pozostaje kamieniem węgielnym zespołu. Wraz z Dennisem Strattonem tworzył duet na legendarnym już debiucie zespołu, a z Adrianem Smithem, przyjacielem z dzieciństwa, pojedynkował się na solówki i łączył siły w bliźniaczych harmoniach, które zapisały się na stałe w historii jako jedne z najbardziej kreatywnych kroków w heavy metalu. Po odejściu Adriana Smitha z zespołu w 1990 r., miejsce drugiego gitarzysty zajął Janick Gers, a po wielkim powrocie Smitha, pierwsze w historii Iron Maiden gitarowe trio Murray-Smith-Gers miało swój wielki debiut na płycie "Brave New World".

"The Book Of Souls" został nagrany w Guillaume Tell Studios w Paryżu. Za produkcją albumu stoi Kevin Shirley, mający na koncie współpracę z Joe Bonamassą. To kolejne wspólne dzieło zespołu oraz pomocnego i entuzjastycznego producenta, który pozytywnie wpływa na Murraya.

Zaskoczyła was ilość materiału, jaką skomponowaliście?


Myślę, że tak. W przypadku poprzednich albumów, przed wejściem do studia zazwyczaj spędzaliśmy parę tygodni w sali prób, mając kilka gotowych utworów, a reszta materiału powstawała podczas sesji nagraniowych. Tym razem do studia weszliśmy z czystą kartą i niewieloma pomysłami. Po zrobieniu paru piosenek, okazało się, że mamy ponad godzinę materiału. Zdaliśmy sobie sprawę, że wyjdzie z tego podwójny album. To było coś fantastycznego. Zatrzymaliśmy się na jedynie dwóch krążkach, bo w przeciwnym razie powstałyby trzy lub cztery płyty!


Jak wyglądał ten spontaniczny i kreatywny proces?


Wszystko opierało się na współpracy ze Stevem, który słuchał pomysłów reszty, po czym łączył wszystko w całość. Następnie opanowaliśmy cały materiał, a Kevin Shirley nacisnął przycisk "REC" i maszyna ruszyła. Praca przebiegała bardzo spontanicznie. Po kilku próbach i satysfakcjonujących rezultatach, wybraliśmy finalną wersję. Inne, bardziej skomplikowane partie wymagały większego nakładu pracy i czasu. Na bieżąco zmieniały się nasze wizje co do utworów. Rozpisywaliśmy akordy, melodie i harmonie. Krótko mówiąc, kierowaliśmy się intuicją, ponieważ nie wiedzieliśmy, co z tego później wyjdzie. Nicko był głównym filarem, potem łączyliśmy wszystko w całość, dogrywając własne partie.


Wraz ze Stevem napisałeś "Man Of Sorrows". Czy praca nad tym utworem przebiegała w podobny sposób, jak dawniej?


Przez lata nad utworami pracowaliśmy w domu Steve’a lub w pokojach hotelowych. Tym razem każdy przekazał mu swoje pomysły na CD, a on je akceptował, odrzucał lub przearanżowywał. Napisał też kilka tekstów i melodii, jednak w tej kwestii zdecydowanie więcej zrobił Bruce. W niektórych przypadkach pozostawił partie z demo bez zmian. To zdecydowanie dobry sposób współpracy, ponieważ w innym przypadku zazwyczaj trzeba poświęcić czas na wielokrotne odsłuchanie, kiedy pokazujesz komuś swoje pomysły. Czasem Steve zaczynał od melodii, co było inspirujące. Innym razem zatrzymywał się nad jakimś motywem, który przez dłuższy czas rozpracowywał. Czasem w studio potrzebujesz spokojnej przestrzeni, by przemyśleć pewne rzeczy, z dala od wszelkich bodźców z zewnątrz. W przypadku tego albumu, Steve dopiero po kilkukrotnym odsłuchu naszych pomysłów był w stanie połączyć wszystko w całość. Następnie słuchaliśmy świeżych interpretacji, rozpisywaliśmy akordy, ćwiczyliśmy materiał i zaczynaliśmy nagrywać. Taki proces był znacznie szybszy, ale ostateczna wersja płyty znacznie różni się od wersji demo.


Czy podczas pracy z Adrianem i Janickiem, cała wasza trójka słucha siebie nawzajem, zanim wejdzie z własną partią solową w takich utworach jak "The Red and the Black"? Czy staracie się odpowiadać własną grą na to co zrobili koledzy?


Byś może usłyszysz fragmenty tego, co nagrywali koledzy, ale zazwyczaj jest tego niewiele. Słyszysz tylko kilka sekund playbacku wcześniej, kiedy zaczynasz nagrywać własną partię. Byłem mile zaskoczony, gdy przesłuchiwałem potem cały album, z pełnymi partiami Adriana i Janicka, których wcześniej nie słyszałem. Każdy z nas pracuje indywidualnie z Kevinem nad własną częścią. Dlatego jest to bardzo ekscytujące, gdy odsłuchujesz na końcu finalny produkt.


Słuchając twoich partii na albumie, odnoszę wrażenie, jakby powstawały instynktownie. Czy uważasz, że solo zagrane za pierwszym podejściem jest najlepsze?


Oczywiście, że tak. Pierwsze podejście zawsze jest lepsze, ponieważ jest bardziej spontaniczne i brzmi świeżo. W przypadku "The Book Of Souls" nie miałem wcześniej przygotowanych solówek, żadnych fraz opracowanych wcześniej w hotelu, czy czegoś w tym rodzaju. Wszystko przyszło spontanicznie. Zdarzyło mi się nagrać trochę partii za pierwszym podejściem, natomiast niektóre wymagały większej ilości prób. Gdy zarejestrowałem dwie lub trzy wersje, robiłem sobie przerwę na kawę, a w tym czasie Kevin łączył fragmenty w całość. Potem wracałem, a on prezentował mi efekt swojej pracy i pytał: 'Jak ci się to podoba?' Dzięki dzisiejszej technologii można w dowolnym miejscu ciąć i bezbłędnie łączyć ponownie nagrane wcześniej motywy, a cały ten proces jest nie do wychwycenia w wersji finalnej. Ale potem musisz tego wszystkiego się nauczyć, aby zagrać materiał na koncertach. Praca z Kevinem jest wspaniała ze względu na jego entuzjazm, który udziela się wszystkim. Dzięki temu potrafi wyciągnąć z każdego z nas z osobna oraz z całego zespołu to co w nim najlepsze.

Podstawową zasadą jest to, że pierwsze podejście jest najlepsze. Z jednej strony możesz nagrać coś raz jeszcze i będzie to lepsze pod względem technicznym, ale z drugiej możesz stracić to "coś". Nie ma jednak zasad nie do złamania. Jeżeli coś nam się podoba, po prostu to zostawiamy i bierzemy na płytę. Jeśli nie, to partia idzie na stół chirurgiczny do reżyserki, a to co nam się nie podoba trafia do magnetycznego nieba. Czasami trzeba wykonać kilka podejść, aby wszystko było jak należy.


Czy obecnie ufasz swojemu instynktowi w kwestii solówek bardziej, niż miało to miejsce w przeszłości?


Zawsze starałem się być spontaniczny, jednak było kilka albumów, w przypadku których zdarzało mi się przygotowywać wcześniej całe solówki, czy melodie. Innym razem musiałem dopracować niektóre progresje akordów, ponieważ dziwnie się do nich grało, brzmiały może zbyt jazzowo. Dzięki temu zapuszczałem się w rejony, w które normalnie bym nie dotarł, co wyszło mi na dobre. Próbuję być tak spontaniczny, jak tylko to możliwe, ale czasami musisz usiąść i coś dopracować, aby móc potem na tym eksperymentować.


Tym razem na płycie użyłeś więcej kaczki, niż to się zwykle zdarza na płycie Iron Maiden...


Na "Book Of Souls" słychać dużo mojego Dunlopa Cry Baby, którego łączyliśmy z Fulltonem Deja Vibe. Dobrze jest też mieć w zanadrzu delay, bo brzmienie w studio może wydawać się zbyt suche. Korzystałem z kostki TC Electronic Flashback, która sprawiła, że mogłem poczuć się, jak na żywo, z echem w tle. Nie boimy się używać efektów. W latach ’80, w utworach Iron Maiden było dużo chorusa. Teraz tego efektu jest znacznie mniej, brzmienie jest bardziej surowe - czasem tajemnica sukcesu tkwi nie w tym co dodasz, a w tym przed dodaniem czego się powstrzymasz.


Od piętnastu lat wraz z Adrianem i Janickiem tworzycie nierozłączne trio. Jak uzyskaliście to brzmienie?


Podoba mi się to, że możemy teraz grać trzygłosowe harmonie, w szczególności w warunkach koncertowych. To była naturalna ewolucja. Wszyscy trzej gramy jednocześnie, na przykład te same akordy, ale w różnych pozycjach lub jeden z nas gra partie na czystej barwie, a reszta przesterowane. Wzajemnie się uzupełniamy. Nie przychodzi nam to z trudem, jednak pracujemy nad odpowiednią intonacją i dobrym brzmieniem oraz sprawdzamy, czy w niektórych momentach wzajemnie się nie wykluczamy. W większości przypadków wszystko przychodzi naturalnie. To, że w zespole są trzy gitary, nie oznacza, że brzmimy ciężej. Gramy wręcz bardziej melodyjnie, niczym trzyosobowa orkiestra. Nawzajem się inspirujemy. Gdy Janick, Adrian i ja, siadamy i komponujemy, wszystko odbywa się spokojnie i w pełnej zgodzie. Współpraca z tak dobrymi gitarzystami jest bardzo inspirująca.


Po każdej premierze albumu, ruszacie w trasę, by promować nowy materiał. Również z biegiem czasu, do setlisty włączacie starsze utwory. Sądzisz, że uzyskaliście kompromis?


Co kilka lat nagrywamy nową płytę, a potem celowo ruszamy z tym materiałem w trasę. Z biegiem czasu w repertuarze zespołu nazbierało się tyle kompozycji, że jest coraz trudniej skompletować satysfakcjonującą wszystkich setlistę. Na nadchodzącej trasie będziemy grali nowy materiał z "The Book Of Souls", ale wrócimy również do starych utworów sprzed 30 lat, na które fani czekają tak samo niecierpliwie jak na nowe kawałki. Nagranie nowego albumu sprawia, że jesteśmy bardziej na czasie, musimy się postarać, by odpowiednio opanować materiał przed wyjściem na scenę. Granie świeżego materiału bardzo nas satysfakcjonuje. Z drugiej strony czujemy się też fantastycznie i komfortowo, kiedy wykonujemy nasze stare, ulubione numery. Wtedy ożywają wspomnienia.


Czy tworząc album dwupłytowy, wraz z powracającym do zdrowia Brucem, czujecie się silni jak nigdy dotąd?


Kiedy nagrywaliśmy płytę, Bruce brał czynny udział w całym procesie i wszystko było w porządku. Dlatego kiedy dowiedzieliśmy się o jego nowotworze (guz na końcu języka), byliśmy w szoku. Rokowania były jednak bardzo pozytywne i wiedzieliśmy, że Bruce miał dużą szansę na powrót do zdrowia. Chwilowo wstrzymaliśmy nawet pracę nad płytą, ale gdy dowiedzieliśmy się, że czuje się doskonale, dostaliśmy zielone światło. Zespół jest teraz silny jak nigdy dotąd, a Bruce tak czy inaczej zawsze był z nas wszystkich w najlepszej formie. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, by grać koncerty na nadchodzącej trasie. Nie pokonaliśmy jeszcze tego wzniesienia, ale kiedy już się na nie wdrapiemy będzie z górki, a sprawy potoczą się znacznie szybciej.