Było wiele momentów, kiedy zabrakło prądu. To nie jest przyjemne, ale najgorsze było co innego. Kiedyś poproszono mnie, żebym zagrał hymn narodowy dla drużyny koszykówki. Ludzie zajmujący się organizowaniem tego typu przedsięwzięć muszą mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Zaplanowano, że po wybrzmieniu ostatniej nuty hymnu miały pojawić się na niebie samoloty. Na sygnał dany przez technicznego zacząłem grać hymn przed sześćdziesięciotysięczną publicznością. Pod koniec pojawiły się samoloty, czyli wszystko zdawało się iść zgodnie z planem. Nie widziałem tłumu za mną i byłem przekonany, że publiczność bawiła się świetnie. Podniosłem triumfalnie rękę po ostatnim zagranym akordzie i słyszę jak prezenter telewizyjny mówi: "A teraz hymn narodowy zagra dla państwa Joe Satriani!" Zatkało mnie. Spojrzałem na producenta, nie wiedziałem, czy chcą, żebym zagrał hymn jeszcze raz. W tym momencie zaczęto wynosić moje wzmacniacze z boiska, ponieważ miał rozpocząć się mecz. Nie wiedziałem co mam robić. Po powrocie do domu na mojej sekretarce znalazłem wiadomości od przyjaciół. Myśleli, że to był jakiś protest z mojej strony. Wszyscy byli zaskoczeni, podobno po tym jak zapowiedział mnie prezenter, telewizja pokazała jak odłączam swój wzmacniacz i schodzę ze sceny. Myśleli, że w ten sposób wyrażam swój protest przeciwko wojnie czy coś w tym guście. Nic z tych rzeczy, po prostu jakiś niekompetentny gość dał mi sygnał w złym momencie. To była niezła wpadka.