Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Poligon nr 4

Poligon nr 4

Trudno uwierzyć, że grunge jeszcze nie umarł, chociaż mamy schyłek 2015 roku, a od śmierci Kurta Cobaina minęło ponad 21 lat. W muzyce niezależnej ciężko się przebić, ale Poligon nr. 4 pokazuje, że nawet z takim graniem można wydać album w renomowanej wytwórni i koncertować na dużych scenach Polski.

Skąd w ogóle pomysł na granie muzyki grunge’owej?


To wyszło wszystko spontanicznie. Zaczynaliśmy od punk-rocka, ale chcieliśmy dorzucać do repertuaru także piosenki, które nie mieszczą się w tych zamkniętych ramach. Jako, że byliśmy również fanami muzyki rodem z Seattle, to powstało kilka piosenek w takim stylu. Z czasem utworów w tym klimacie powstawało coraz więcej i w rezultacie proporcje zostały totalnie odwrócone.


Kto obecnie stanowi siłę Poligonu?


Skład się ostatnio odrobinę zmienił, ale ciągle trzymamy poziom i fason! (śmiech). Na gitarze i wokalu jest założyciel tego całego bałaganu, czyli Gutek. Od niedawna w zespole mamy też całkiem nową zliftingowaną sekcję rytmiczną. Naro jest naszym perkusistą, który w przeszłości grywał m.in. w takich kapelach jak Apteka. Kley z kolei to basista z krwi i kości, który oddycha klimatem Seattle jakby to był jego tlen. Najważniejsze jednak, że wszyscy czujemy wspólny klimat i lubimy spędzać razem czas. To bardzo ważne by to wszystko było oparte na czymś więcej niż tylko muzyce. To było zawsze nasze prywatne hasło: "Poligon to coś więcej niż zespół". Tego się trzymamy i oby tak było "till death do us part!"


Kto u was komponuje i pisze teksty?


Za teksty odpowiada Gutek i za muzykę w ogromnej większości też. Jednak w naszej "historii" bywały różne okresy, gdy więcej osób uczestniczyło w tworzeniu piosenek, jak np.: pierwszy basista. Obecny także ma głowę pełną pomysłów, więc tym lepiej dla nas. Kto wie, może i Naro wyskoczy z jakimiś perełkami.


W 2011 roku wydaliście debiutancki album w SP records. Jakim cudem w tych czasach jakaś poważna wytwórnia zainteresowała się muzyką grunge’ową?


Do dzisiaj nas to dziwi. Chyba nie ma tak naprawdę do końca podziału na gatunek muzyczny. W zasadzie to liczy się to, czy twoja muzyka jest dobra czy nie. Oczywiście jest to kwestia gustu. Mimo to Sławek Pietrzak zobaczył w nas potencjał i postanowił nawiązać z nami współpracę. Wiele osób nas pytało, czy wiemy o tym, że od czasu Hey’a i Illusion, jesteśmy jedynym zespołem z taką muzyką, który oficjalnie wydał album, dla nas to jednak bez znaczenia.


Z tego co pamiętam, to wspomniane zespoły nigdy nie utożsamiały się w 100% z muzyką sceny Seattle lat 90?


No nie mów, że jesteśmy pierwsi (śmiech). Tak naprawdę to nie ma znaczenia. Najważniejsze jest to, że mieliśmy okazję dotrzeć do ludzi, do których normalnie nie mielibyśmy szans się dostać. Było też prawdziwe profesjonalne studio nagrań i topowy realizator. Niestety do pełni szczęścia brakowało wtedy profesjonalnego sprzętu muzycznego.


No właśnie, jak wyglądała wizyta w studio?


Gutek: Wszystko poszło szybko i sprawnie wbrew pozorom. Czekaliśmy z dwa lata aż w końcu wejdziemy zarejestrować nasz debiutancki materiał, więc nie tylko godziny, ale przede wszystkim lata ćwiczeń były za nami. Do tego nasz mistrz realizacji, czyli Słabek Janowski, który równolegle z naszą sesją miksował album "MTV unplugged" zespołu Kult, sprawił, że czuliśmy się komfortowo i wiedzieliśmy, że on żadnych błędów nie przepuści. Bardzo dobrze się z nim nagrywało. Pełna wolność i spokój. Tak bym to określił.


Wspominaliście sprzęt muzyczny. Jaki on był i czego brakowało?


Gutek: Normalnej gitary (śmiech). Był na szczęście mój ukochany Marshall JCM 900 z paką, ale do szczęścia brakowało takich dwóch i np. przesteru jaki mam teraz. Bogner Ubershall byłby wtedy idealny. Zresztą to Jerry Cantrell z Alice In Chains "nakierował" mnie na pomysł docelowego grania na dwie głowy gitarowe z dwoma kolumnami. Dajesz to wtedy na lewy i prawy kanał i jest mała orkiestra. On w studio co prawda używa takich poczwórnych kombinacji, ale na to chyba nigdy mnie nie będzie stać (śmiech).


Na czym w takim razie obecnie grasz?


Mam dwie gitary, czyli G&L Rampage Jerry Cantrell Signature oraz Jackson SLX Soloist. Mój piec to póki co Fender Frontman 212, ale marzy mi się jednak coś lampowego. Z przesterów obecnie korzystam z DS-2 Bossa i wspomnianego Bognera. Chyba po 7 latach zrezygnowałem z DigiTecha Grunge, ale może jeszcze kiedyś do niego powrócę.


Wracając do waszego debiutanckiego wydawnictwa, płyta okazała się sukcesem?


Można tak powiedzieć. Najbardziej rozwaliło nas, jak utwór "Wygnanie" puszczała Radiowa Jedynka, tuż przed sygnałami dnia. To przyciągnęło odrobinę starszą część audytorium, bo nie oszukujmy się - grunge to głównie młodzież. Potem staraliśmy się o koncerty i udało się zarejestrować kilka pięknych wspomnień.


No właśnie, w waszym krótkim bio widziałem, że graliście m.in. z Kultem w stodole, jak do tego doszło?


W końcu to Kazik Staszewski polecił nas do wytwórni SP Records. Po wydaniu płyty dostał egzemplarz i dostąpiliśmy zaszczytu zagrania w Stodole. W sumie to były trzy występy, bo dwa z Kultem i jeden z KNŻ. Potem doszło do tego parę supportów przed Closterkellerem i dwa półfinały na festiwalu Emergenza (największej imprezy dla młodych zespołów na świecie).


I jak wyglądało przyjęcie przez publiczność? Grunge jest ciągle żywy?


Przed pierwszym koncertem przed KNŻ mieliśmy ogromny stres. Nie było pewne jak ludzie przyjmą taki rodzaj muzyki na tak dużej scenie, ale jednak się okazało, że wyszło lepiej niż dobrze. Ostatnim razem przed Kultem w utworze "Legenda Ludowa" (KNŻ), wystąpił razem z nami Kazik, co będzie pamiątką do końca życia. Rok temu zorganizowaliśmy drugi już koncert dedykowany nieżyjącym muzykom sceny Seattle i przyszło ponad 250 osób. Grając z innymi kapelami zbieraliśmy zawsze wiele słów uznania i można odnieść wrażenie, że czy to grunge, czy nie, to dobra muzyka potrzebuje po prostu sporego audytorium by się pokazać. O to się wszystko rozbija, by się pokazać i mieć szansę zagrać. Gdy ją mamy, to nie marnujemy takich okazji. Z resztą Pearl Jam dalej koncertuje, tak samo Mudhoney, Melvins, Alice In Chains czy Soundgarden. Nie jest więc tak źle z taką muzyką. Wszystko kwestia znajomości (śmiech). Jak jesteś na przyzwoitym poziomie, to reszta to kwestia tego, kto i gdzie cię wciśnie. Potem się okaże czy to wykorzystasz i powiększysz swoje audytorium czy nie.


Pora na drugi album?


… to jest bolesna kwestia i nasi fani pytają o to od bardzo długiego czasu. Niestety jesteśmy bardzo ograniczeni finansowo, a życie nie jest łatwe. Materiału zrobiliśmy już na trzy płyty do przodu, więc ogranicza nas tylko i wyłącznie kwestia finansowa. Trzeba grać w totka i w ogóle mieć trochę szczęścia. Każdy ci powie, że muzyka poza graniem zawodowym, to worek bez dna. Niestety nie wszystkich na to stać, nawet jak się bardzo kocha to co się robi.


To naprawdę tyle kosztuje?


Naprawdę, zwłaszcza jak słuchacze oczekują od ciebie brzmienia na podobnym poziomie co pierwsza płyta. Jak nie zrobisz tego perfekcyjnie, to nie znajdziesz wydawcy. Nie znajdziesz wydawcy, to musisz sam wyłożyć kasę na wydanie albumu, a to są znowu kolejne koszty.


Jakie są więc wasze najbliższe plany?


5 grudnia w Warszawie gramy już trzeci koncert z wspomnianego cyklu "Seattle night - tribute to". Tym razem głównie będziemy wspominać Andy’ego Wooda z Mother Love Bone, ale nie zabraknie też innych artystów, jak i całości naszego dotychczasowego materiału granego na żywo. Poza tym mamy w planach kilka innych koncertów i pomysłów, ale tego się można dowiedzieć obserwując nasz profil "na fejsie".

The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Oneiric Big Jesus

Niezwykle konsekwentny i spójny kolaż gatunków zaserwowała czwórka muzyków z Atlanty podpisująca się nazwą Big Jesus. Przy okazji zabrała...Gramy dalej

5 /10
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Against the Grain
Gatunek: Southern rock
Zobacz wszystkie