Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Oranżada

Oranżada

"Nowe gitary kompletnie nie brzmią, może gdyby kupiło się lutniczą gitarę za pięć tysięcy złotych, to tak, ale nowe seryjne wiosła w ogóle nie mają ducha" - Michał Krzysztofiak

 

Ponoć wszyscy śpiewacie w zespole?


Śpiewamy wszyscy, ale główny wokal Oranżady to teraz Michał. Na poprzedniej płycie śpiewałem więcej, ale musiałem sobie zrobić operację nosa, bo dostałem kiedyś w dziób i miałem złamaną przegrodę. Poszedłem na laryngologię i zrobiłem sobie zabieg operacyjny bez narkozy. Dostajesz szmatę na głowę, z dziurą na nos i siadasz z fotelu, a faceci biorą do ręki dłutko i młotek. Sześć zastrzyków w celu znieczulenia, no i na trzeźwo słyszysz wszystko, o czym rozmawiają lekarze...


Jestem teraz wokalistą. W sumie żaden z nas nie śpiewa tak, jak powinien, ponieważ zawsze bardziej skupialiśmy się na grze. Myśleliśmy wielokrotnie o tym, żeby poszukać jakiegoś lepszego wokalisty, ale jest z tym problem. Perkusista ma już 40 lat, Robcio niewiele mu ustępuje, ja też nie jestem 25-latkiem, więc teraz znalezienie kogoś, z kim moglibyśmy się porozumieć na kilku płaszczyznach, staje się problemem.


Niestety dużo fajnych typów wyjechało z Polski za chlebem. Może myśleli, że jak polecą na zmywaku i pozarabiają te funty i euro, to się uspokoją, ale im to nie wychodzi. Liczę na to, że jeden taki 40-letni typ wróci do kraju i u nas zawyje, tymczasem staramy się zrobić najlepszą muzykę z tym składem i w ramach tych możliwości, jakie mamy.


Ile lat gracie ze sobą?


Nasze trio gra razem jakieś dwanaście lat. Oranżada istnieje krócej, bo od 2002 roku.


Bardzo dużo spędzaliśmy czasu razem, jeszcze zanim zaczęliśmy grać.


Jesteście kapelą chłopaków z podwórka?


W dużych miastach są podwórka wielkości Otwocka, można więc powiedzieć, że jesteśmy kapelą kolegów z podwórka (śmiech).


Poznawaliśmy się etapami. Miejscem aktywizującym był park, czyli coś, co istnieje prawie w każdym mniejszym mieście, a takim jest przecież Otwock, z którego pochodzimy. Kiedy masz 14 lat, to naturalne, że podziwiasz pewnych gości, którzy stają się dla ciebie lokalnymi asami. Jak jeden czy drugi ma na gołą klatę założoną skórę barana, długie włosy i wisiory, widzisz w nim Jima Morrisona i chcesz z nim zapalić faję. I ten typ daje ci u siebie tą faję, samosiejkę, tak słabą, że nic nie czujesz, każe położyć się na podłodze i patrzeć czy żyrandol się kręci. Tak zrobił ze mną mój perkusista, do którego poszedłem ze swoją laską. Zwymiotowałem, w głowie mi się kręciło i było mi niedobrze, a on powiedział: "Widzisz, jak jest fajnie" (śmiech) i puścił Machawitsu Orchestra z czarnej płyty.


Kiedy zaczęliście grać na instrumentach?


Kiedy miałem 14 lat zacząłem grać w zespole punkowym. Moja ciotka była kierowniczką klubu osiedlowego, gdzie były instrumenty i gdzie starsi ode mnie faceci przychodzili grać. Ja też chciałem grać, ale nie miałem z kim, więc ciotka powiedziała kolesiom żeby mnie wzięli do zespołu, przez co nie byłem tam zbyt lubiany...


Miałeś układy? (śmiech)


No tak, chłopcy kazali mi zmienić image i zmuszali do picia piwa marki Warka. Musiałem też zacząć nosić inne ciuchy. Czyli też mnie infekowali... A potem już poszło, bo w szkole średniej wiedziałem jak się gra na basie, więc pojawiały się kolejne zespoły, w których grałem.


Pierwsze instrumenty?


Na początku miałem bas Jolana, który nie stroił, a później kupiłem sobie enerdowską gitarę Musima De Lux. Przez jakiś czas grałem na Vermonie i kolumnie Eltron, po czym nabyłem piec gitarowy LDM, który siał górą. W Musimie wymieniłem pickupy na Schellery, dzięki czemu chodził całkiem dobrze. Kolejny bas, Peavey Mark 3, był totalną pomyłką. Później kupiłem w komisie bas Peavey T40. Strasznie fajna gitara, z humbuckerem, powalająca brzmieniem, jednak z krzywym gryfem. Okazało się, że ten gryf wystarczy naciągnąć kręcąc nakrętką pręta napinającego. Jacek, mój kumpel, ustawił mi to wszystko w sklepie i z miejsca zaczęło gadać. Po piecu LDM kupiłem małego Rolanda, ale jakoś nie frunąłem na nim. Miałem też wzmacniacz Carlsbro Cobra, na głośniku 12", który odzywał się tylko górą i środkiem pasma...


Niedobrze, jak na piec do basu... (śmiech)


Tragicznie! Później kupiłem piec Fender BXR 100, który też nie było dobry, bo się przesterowywał. W końcu pojechałem do Berlina i sprezentowałem sobie wzmacniacz Trace Elliot GP11, na którym gram do dziś. Do tego pieca podłączam Rickenbackera z 1974 roku, którego kupiłem totalnie zdezelowanego, nie ruszanego przez lutnika. Gitarę dałem Witwickiemu, który ją dopieścił. Kiedy ją podłączyłem do pieca, od razu przykleiła się do ręki i ślicznie zagrała z Trace-Elliotem. Ten zestaw pozwala mi robić wszystko, co chcę. Na takiej samej konfiguracji grał zresztą facet z Killing Joke.


Moja historia jest identyczna jak chyba wszystkich gitarzystów w Polsce, bo moim pierwszym instrumentem był jazzowy akustyk Defil. Nie miałem w nim strun, więc z ojcem użyliśmy sześć grubych żyłek wędkarskich (śmiech). Potem założyłem stalowe struny Presto kupowane jeszcze pojedynczo, i na takim instrumencie grałem kupę czasu w domu. Kiedy byłem w ogólniaku, pojechałem kupić lepszą gitarę. Zabrałem ze sobą brata, żeby mi pomógł wybrać dobry model, ale w sumie niepotrzebnie, bo do wyboru były dwa instrumenty: Tosca i Aster (śmiech). One nie stroiły chyba z założenia. Marzyłem wtedy o gitarze, która miałaby klucze po jednej stronie główki. W końcu pojechałem do Gdańska i dotarłem do manufaktury Mayones, gdzie kupiłem śliczną gitarę typu strat. Później była Yamaha SG, następnie Mensfeld Telecaster, a w końcu Hohner ST59, na którym grałem na początku w Oranżadzie. Po jej sprzedaniu kupiłem pierwszą, naprawdę porządną gitarę: Ibanez Blazer z 1982 roku. Później coś mnie wzięło, żeby kupić koreańskiego Ibaneza Artista, co było moim największym błędem, ponieważ instrument okazał się śmieciem. Nauczony doświadczeniem - z nowych rzeczy kupuję teraz tylko kable i struny. Nowe gitary kompletnie nie brzmią, może gdyby kupiło się lutniczą gitarę za pięć tysięcy złotych, to tak, ale nowe seryjne wiosła w ogóle nie mają ducha. Jestem zwolennikiem starych gitar japońskich, stare Ibanezy czy Arie mogę brać w ciemno, zresztą tak robię kupując na Allegro. Ciężko mi wytłumaczyć, dlaczego tak jest, może w tych nowych instrumentach drewno za krótko leży, czy coś... Kupiłem też super wiosło Framus z 1972 roku, wyposażone w jeden pickup przy mostku, z gryfem wykonanym z cieniutkich deseczek. Kolejnym moim instrumentem był mahoniowy Ibanez Telecaster z 1976 roku, którego zamieniłem na Stratocastera z roku 1980. Tego strata właśnie sprzedaję do Opola, bo kupiłem semiakustyczną gitarę Epiphone z 1982 roku.


Dlaczego zmieniasz gitarę typu strat na semiakustyka?


W naszym trio jedynym harmonicznym instrumentem jest właśnie gitara. Trzeba nam więcej brzmienia, a gitara z humbuckerami, a zwłaszcza taki semikaustyk, daje pełniejszy i bardziej okrągły dźwięk. Długo upierałem się, żeby grać na czystej gitarze, ale teraz mi to kompletnie przeszło i praktycznie nie schodzę nigdy z delikatnego crunchu. Humbucker zresztą dla mnie słabo wypada na czystych brzmieniach.


Twój piec gitarowy?


Moim pierwszym wzmacniaczem była głowa Soundmana z czterogłośnikową kolumną. Dobrze brzmiał, ale był mało mobilny, więc go sprzedałem i kupiłem combo Mesa Boogie Caliber. Potem był Musicman 65, następnie Fender Bassman, a ostatnio znowu Mesa, tym razem Mark 2 na głośniku Electro- -Voice.


Stosujesz efekty?


Używam kostek do gitary, i to w sporej ilości. Teraz pewnie więcej będę używał przesteru ze wzmacniacza, ale cały czas używam boostera Pawła Więsika, podwójną kostkę RAT, delay Boss DM-2 oraz standardową kaczkę Dunlopa - prawdopodobnie model GCB-95. Ostatnio często przydaje mi się taśmowa kamera pogłosowa Roland RE-201 Space Echo.


Bas w Oranżadzie też jest przepuszczony przez efekt?


Nie, chociaż miałem kiedyś epizod z kompresorem firmy DOD. Kupiłem też chorus AllSound z lat 80., dobrze brzmiący do zimnej fali. Ale takie brzmienie nie klei się do muzyki jaką gramy w Oranżadzie. Posiadam jeszcze radziecką analogową kamerę pogłosową o nazwie Piesn, która ma bardzo mocny sygnał i przesterowuje wzmacniacz. Generalnie ciężko zapanować nad tym urządzeniem.


Piesn przypomina brzmieniem taśmowe delaye, jest do tego czuła, dynamiczna, można uzyskać na niej ciekawe efekty muzyczne. Zamierzamy ją przeczyścić i wymienić części na inne o lepszych parametrach. Znaleźliśmy gościa, który ma to zrobić.

 

Ten człowiek zajmuje się waszymi wzmacniaczami?


Naszym sprzętem zajmuje się Paweł Więsik, hammondzista, muzyk jazzowy, facet który robi sprzęt Kozakiewiczowi i wielu muzykom sesyjnym. W latach osiemdziesiątych miał pierwszą w Polsce firmę, która produkowała kostki gitarowe - KODA. Do teraz robi efekty, loopery, zajmuje się wzmacniaczami lampowymi i organami Hammonda. Jego podejście przypomina filozofię znaną z zachodnich manufaktur. Gość przerabia klasyczne rzeczy, jak Ibanez Tube Screamer czy Boss Super Overdrive, czasem zmieniając pasmo, a innym razem, wywalając połowę bebechów. Zrobiłem sobie u niego treble booster do gitary i przerabiałem kaczkę Dunlopa.


Rejestrujecie pomysły na próbach?


Tak, czasami zarejestrowały się bardzo fajne rzeczy. Mamy w planach wydać płytę z tymi kawałkami - czarną analogową, bootlegową, bo podczas przesłuchiwania tego materiału okazało się, że jest tam masa super patentów, których normalnie nie wykorzystujemy. Chcemy kupić komputer, jakąś kartę dźwiękową - taką, żeby wpiąć w nią parę mikrofonów jednocześnie. W przygotowaniu jest teraz nowa sala prób, w której - z założenia - mają wisieć mikrofony, żeby zawsze można było wejść i od razu nagrywać. Musimy to zrobić, bo masa pomysłów bezpowrotnie ucieka. Niestety jestem kompletnie zielony w temacie budowania nawet domowego studia. Ostatnio zebrałem wszystkie numery EiS, żeby się czegoś dowiedzieć.


Kto wydaje waszą płytę?


Założyliśmy wydawnictwo Micro Fon i wydaliśmy płytę całkowicie samodzielnie. Jadę tam, gdzie mogę dotrzeć i wstawiam płyty. Napisaliśmy do czterech największych dystrybutorów w Anglii i Stanach. Wszyscy nam odpowiedzieli, że możemy przysłać płyty podać cenę. Prawdziwym problemem jest jednak dystrybucja w Polsce - strasznie trudno wbić się do Mediamarktu czy do EMPiKu, bo to jest pole bitwy o półkę. Niektórym nie podoba się to, że jakiś typ z Oranżady wstawia im tam płyty.


Płytę będzie promować klip?


Właśnie zabieramy się do robienia klipu. Mamy scenariusz, mamy ludzi, którzy nam to zrobią. To są ludzie z TVP Kultura.


Wcześniej nagraliśmy dla TVP Kultura dwudziestominutową muzykę do filmu "The Cure" z 1917 roku w reżyserii Charliego Chaplina. Jest taki program, w którym na żywo gra się muzykę udźwiękawiając film.


Pierwszą płytę wydaliście pod szyldem innej wytwórni?


Rok temu równocześnie z Lao Che wydaliśmy płytę w Ars Mundi. Minął rok i podjąłem decyzję, że kolejną płytę chcę wydać samodzielnie. Muszę samemu zrobić PR, samemu zrobić promocję, trzymać wszystko w swoich rękach. Finansowo chyba bardziej jednak opłacałoby nam się wydać płytę u kogoś, bo ktoś by nam za to zapłacił kasiorę, ale przy pierwszej płycie nie mieliśmy porządnej promocji.


Gdzie zdobywaliście doświadczenie związane z pracą w studiu?


Pierwsze nagrania były u pana Wasia, który realizował płytę Dezertera w swoim domowym studiu opartym na systemie ProTools. Tam odbyło się nasze pierwsze starcie z nagrywaniem. Materiał rejestrowaliśmy na setkę, a częściowo robiąc dogrywki. Zdania co do brzmienia były podzielone, niektórym bardzo się podobało, innym mniej, my zaś traktowaliśmy tę sesję jako naukę. Ja miałem wcześniej doświadczenia w pracy w studiu, bo grałem w zespole Auto Dafe. Byłem z nimi w szkole muzycznej w Danii i nagrałem trzy dema.


Nagrywaliście w studiu Obuh?


Właśnie u Wasia dowiedzieliśmy się o Wojcku. Waś twierdził, że żywe bębny najlepiej rejestrować w studio Obuh, bo tam jest Gretsch z 1960 roku i najlepiej brzmiące pomieszczenie w Polsce.


Ludzie o tym wiedzą, na przykład Armia nagrywała tam perkusję. Wsiadłem do samochodu, pojechałem do Obuha i jak zobaczyłem studio powiedziałem chłopakom, że to jest to.


Przyjeżdżamy do Wojcka, do wsi Rogalów koło Wąwolnicy. Jego dom to stara, stojąca na skarpie szkoła. Wychodzi wyluzowany koleś i mówi: "Jak masz na imię?". Mówię: "Robert". On na to: "Wiesz co Robuś, weź mi pomóż... te gałęzie co je mam pod domem pozbieramy i podpalimy ogień". Przyjechałeś do studia i zbierasz gałęzie, palisz ogień. Wkoło mgły znad strumienia, ptak się jakiś odzywa, sowa bodajże... i facet mówi: "Rozpaliliśmy ogień, bo jak będą jechali tu wasi koledzy, to z daleka nas będą widzieli". Jechaliśmy dwoma samochodami i rzeczywiście czekaliśmy właśnie na drugi, pomysł był więc genialny (śmiech).


Samo studio jest unikalne, oparte na szesnastośladowym magnetofonie Studer i starej konsolecie Philips. Pracujesz tylko na preampach lampowych, tylko na porządnych starych mikrofonach, na sprzęcie typu MOOG, ARP, których jest tyle, że sam Wojcek tego jeszcze do końca nie sprawdził. Więc na nagranie wpływa nie tylko wiek i jakość tych urządzeń, ale też samo studio, które, chociaż niewielkie, wyłożone jest dużą ilością drewna. Wierność i tłustość uzyskanego na rejestratorze brzmienia jest nie do pokonania. Inna sprawa, czy my to dobrze wykorzystaliśmy... Ciekawie nagrywaliśmy perkusję. Stoi stary Gretsch, omikrofonowany starym, radiowym mikrofonem z lat 50. przy stopie oraz dwoma mikrofonami jako ambienty i jednym przy werblu. To wszystko, żadnych wodotrysków, wszystko teraz zależy jak zagrasz. Później, jak już masz ponagrywane ileś tam śladów, miksujesz na konsolecie na kilka par rąk, bo pracujesz na taśmie i pełnym analogu. Nie ma żadnej automatyzacji miksu.


Robiliście płytę techniką sprzed 40 lat?


Tak, ale hi-endową. Są w Polsce studia, które mają różne lampowe preampy, ale chyba żadne nie ma całej starej linii z całkowitym pominięciem komputera. Jak przeleci taśma podczas miksu, przełączasz ją na przewijanie i za minutę słuchasz nagrania. Taka technologia umożliwia nawiązanie bardziej fizycznego kontaktu z materiałem, nad którym pracujesz. W Obuhu stoi na przykład słynna konsoleta Helios, w którą wpięliśmy bas.


Jak nagrywaliście ostatnią płytę?


Zrobiliśmy sobie salę prób, a sprzęt rejestrujący przywieźliśmy od Bogdana Żywka ze Studia 153. To właśnie Bogdan robił nam mastering pierwszej płyty.


Ten sprzęt to komputer z systemem Pyramix, z którym Bogdan zostawił nas na dwa dni. To była najtańsza opcja, jaką mogliśmy u nich kupić, polegająca na tym, że on nam wszystko omikrofonuje i postawi system rejestrujący, a następnie zostawi nas samych na dwa dni.


Graliśmy w tym miejscu rok, więc dobrze się tam czuliśmy i wszystko nam się kleiło. Akurat była pełnia i popłynęliśmy na setkę z materiałem. Finalnie mieliśmy ponad siedem godzin materiału na śladach, który można było przesłuchać, wyciąć co się nadaje i pomontować. Kiedy już wiedzieliśmy co zostaje, przystąpiliśmy z Bogdanem do miksów.


Żywek jest zawodowcem, zajmuje się rejestrowaniem muzyki poważnej, więc bardzo dobrze nagrywa z mikrofonów. Ma w tym zakresie idealistyczne podejście, chce znaleźć dobre brzmienie, którego - jeśli nie musi - nie zmienia już w miksie. To jest dobre, bo wymusza na zespole pracę u podstaw, uzyskanie dobrego brzmienia instrumentu i wzmacniacza, a także precyzję wykonania. Osobiście jestem zwolennikiem nagrywania w studiu analogowym i myślę, że ścieżka, jaką podążyło Lao Che, rejestrując się analogowo w Obuhu, a potem zabierając ślady i miksując je w komputerze - jest najrozsądniejsza. Sprawdza się to wtedy, gdy jest sporo ścieżek. Jeżeli jednak miałbym skład typu Whitestripes, czyli siermiężna perkusja, bas, gitara i wokal - nagrałbym to i zmiksował w całości w analogu. Tym razem nagraliśmy płytę u siebie, bo nie mieliśmy czasu ani kasy, żeby jeździć do Obuha. Znowu trwałoby to pół roku. Myślę też, że muzyki nie powinno się produkować za długo, bo to co nagrasz oddaje twojego ducha w danym momencie, pół roku później podjąłbyś już inną decyzję. Może gdybyśmy wszyscy nie pracowali w normalnych robotach, to byśmy pojechali na miesiąc do Wojcka i tam spokojnie zajęli się nagrywaniem. W takich warunkach mógłby się popisać nasz perkusista, który jest typem, co potrafi i lubi wynajdywać różne dziwaczne dźwięki. Na przykład znajdzie butelkę po Coca-Coli, zgniecie ją i mówi: "O, jaki ładny dźwięk" i wrzuci go na delaya. Ma facet wyobraźnię i lubi eksperymentować.


Gdzie będziecie nagrywać kolejną płytę?


Pewnie u Wojcka, bo zaprzyjaźniliśmy się z nim, tam wszystko ma niezwykłą aurę - jedziesz na tydzień, dekujesz się i żyjesz tylko muzyką.


Wojcek jest realizatorem z wizją, poza tym cię nie goni, jest luz i pełne zrozumienie. Jeśli nie będziemy nagrywać u niego to chyba tylko wtedy, kiedy zbudujemy własne przyzwoite studio.


Gracie dużo koncertów? Gdzie można was posłuchać?


Gramy raz na dwa, trzy miesiące na Powiślu w Warszawie, na Dobrej w Jadłodajni Filozoficznej i w Aurorze. Jeździmy z koncertami do Poznania (Kukabara) i do Łodzi. Mamy jednak plan, żeby uciec z koncertami za Odrę. W sierpniu jedziemy na festiwal Klangbad, psychodeliczny totalny fest, organizowany przez ludzi z Fausta. Granie w Berlinie różni się zasadniczo od grania w kraju, na przykład w klubie Linse - miejsce punkowe, garażowe, ale organizacja - od ulotek po opaski na rękę i jedzenie - doskonała, nie wspominając już o sprzęcie nagłośnieniowym. Na widowni jakieś 300 osób, wychodzimy, gramy pierwsze trzy dźwięki i publiczność od razu reaguje. To są słuchacze, którzy wiedzą jak jeść muzę, nie jak w Warszawie, gdzie czujemy, że ludzie są kompletnie nieprzygotowani na taką muzykę - ona może dotrze do nich dopiero po trzech dniach. Dobrzy słuchacze są rzadkością, ale jeśli już są, to są wspaniałymi fanami. W tym miejscu pozdrawiamy Pawła z Kętrzyna, który jako jedyny dojechał kiedyś na nasz koncert do Łomży, gdy było minus dwadzieścia stopni!

 

Wszystkie fotografie:
Maciej Łabudzki

 

GALERIA
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
Zobacz wszystkie