Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Robert Cray

Robert Cray

Szybko doceniony przez arystokrację bluesa, po latach sam stał się jednym z nich. Robert Cray podzielił się z nami wspomnieniami o Albercie Collinsie, BB Kingu, Stevie Ray Vaughanie i opowiedział nam o kondycji jego ukochanego gatunku…

Minęło już ponad 30 lat odkąd Robert Cray zaczął osiągać pierwsze sukcesy w muzycznym światku. Swoim wyjątkowym, jak na lata 80. stylem, bez wątpienia, odświeżył skostniałą bluesową scenę. Keith Richards słusznie zauważył: "Cray był jedną nogą w przeszłości, ale druga wędrowała już w przyszłość". Jego wyraziste brzmienie łączyło w sobie klasykę takich dinozaurów bluesa jak Magic Sam czy Otis Rush, z klimatami R&B w stylu OV Wrighta i Ala Greena. W tej nietypowej mieszance, wisienką na torcie były jego dzikie zagrywki inspirowane Albertem Collinsem. Nie można też zapominać o jego wspaniałych kompozycjach. Jedna z jego pierwszych płyt, Strong Persuader, to wręcz obowiązkowa pozycja na półce szanującego się kolekcjonera płyt. To on nagrał Phone Booth, jeszcze zanim utwór pojawił się na płycie Alberta Kinga. Piosenka Bad Influence, którą grał Eric Clapton, to również cover utworu Craya. Dotarcie na szczyt nie było jednak proste…

Bluesowa "mafia" długo wstrzymywała się z pochwałami. W tamtych czasach, muzyka Craya nie była wystarczająco surowa. Artysta był postrzegany jako heretyk, który nie stosuje się do obowiązujących reguł. Młody gitarzysta nic sobie z tego nie robił. Z uśmiechem na twarzy ignorował krytyków i dalej czarował publiczność swoim gospelowym wokalem połączonym z charakterystycznym brzmieniem gitary. Od czasu, kiedy John Lee Hooker po raz pierwszy podłączył swojego Gretscha do sfatygowanego wzmacniacza Silvetone, nie było nikogo kto w tak wyraźny sposób zaznaczyłby swój indywidualny charakter na bluesowej scenie.

40 lat po tym jak Cray, do spółki z Richarem Cousinsem, założyli swój zespół w Portland, wydano album 4 Nights Of Forty Years Live. Wspaniałe wydawnictwo to jednak nie tylko płyta. Wersja DVD zawiera zapis wielu koncertów, które przez lata, Cray zagrał z najróżniejszymi zespołami. Nie zabrakło tam materiału z najświeższych występów artysty. Oglądając stare nagrania, uderza to, jak mało zmieniło się na scenie. To wciąż te same porywające solówki na Stracie i głos pełen soulu. Całkiem niedawno, udało nam się spotkać z Crayem, aby porozmawiać o jego dotychczasowych osiągnięciach i wypytać o sprzęt, z którego obecnie korzysta. Rozmowa zeszła jednak na tory wspaniałych wspomnień, których artysta z pewnością zebrał więcej niż swoich ukochanych wzmacniaczy…

Zaczynałeś koncertami u boku Alberta Collinsa w 1976 roku. To musiało być niesamowite przeżycie…


Możliwość pracy z naszym idolem była wtedy czymś niesamowitym. Mieliśmy jakieś 23 lata. Był dla nas kimś w rodzaju ojca. Sama możliwość przebywania w jego towarzystwie to wspaniałe przeżycie dla takiego dzieciaka. Albert bez wątpienia nauczył nas fachu, pokazując jak powinna wyglądać robota muzyka w trasie. To było jeszcze zanim podpisał kontrakt z Alligator Records, ale już po rozstaniu z Imperial Records. Canned Heat po raz pierwszy ściągnęli go do Kalifornii i jego kariera układała się wtedy naprawdę dobrze. W 1976 mieliśmy okazję zagrać 4 koncerty w jednym z klubów. Właściciel powiedział, że zaprosił Alberta. Ten, szukał właśnie zespołu, który mógłby wesprzeć go na scenie. Graliśmy jego numery wcześniej, więc chętnie umówiliśmy się na spotkanie. Imprezowaliśmy przez cztery dni i w ten sposób się zaprzyjaźniliśmy. Później, przez jakieś 18 miesięcy, kiedy tylko Albert pojawiał się na Zachodnim Wybrzeżu, graliśmy razem koncerty. Odwiedziliśmy naprawdę wiele klubów: od Brytyjskiej Kolumbii, przez Vancouver aż do San Francisco gdzie w 1977 roku zagraliśmy na bluesowym festiwalu. Zanim jednak wyruszyliśmy w tę niesamowitą podróż, pracowaliśmy z Curtisem Salgado. To było w Eugene, w stanie Oregon. Było to studenckie miasteczko, zamieszkałe przez około 100 tysięcy osób. Ściągnęliśmy tam wielu bluesowych muzyków ponieważ Eugene było idealnym przystankiem na trasie Vancouver - San Francisco. Grały u nas takie gwiazdy jak: Buddy Guy, Junior Wells, Big Walter Horton, Sonny Terry, Brownie McGhee czy Hubert Sumlin.


W twojej muzyce bardzo często było słychać inspirację Collinsem. Świadomie absorbowałeś jego styl czy przyszło to w sposób naturalny?


Noc w noc, dzieliliśmy wspólną scenę, grając jego utwory. W naturalny sposób chłonęliśmy jego styl. Był dla mnie ogromną inspiracją. Uwielbiałem sposób, w jaki grał. Jego palce były tak silne, jakby grał kostką. Próbowałem robić to tak jak on jednak było to naprawdę trudne. Albert stroił swojego Telecastera do C lub D, używając jednocześnie kapodastra. Dla mnie, osoby, która grała w normalnym stroju, przepaść między czymś takim a klasycznym "EBGDAE", była ogromna.


Pierwsze koncerty w UK, zagrałeś, mniej więcej, wtedy, kiedy Eric Clapton nagrał Bad Influences. Nie minęło wiele czasu i pojawiliście się razem na koncercie w Londynie. Jak wtedy się czułeś?


Mówiąc szczerze, byłem na to przygotowany. Tego dnia, jeden z technicznych przyszedł do mnie, aby odpowiednio ustawić wzmacniacz dla Erica. Oczywiście wspaniale było mieć obok siebie kogoś takiego.


Kiedy w połowie lat 80, po raz pierwszy zjawiłeś się w Wielkiej Brytanii, muzyka roots przeżywała swój najlepszy okres. Wiele osób postrzegało cię jako "zbawiciela bluesa". Myślisz, że spełniłeś się w tej roli?


Myślę, że poszło wtedy nie najgorzej. W końcu wciąż gramy muzykę, którą kochamy. Mieliśmy szczęście, że pojawiliśmy się w Europie w czasach, kiedy właśnie ten gatunek cieszył się dużą popularnością.


Pochwały od największych, takich jak BB King czy Buddy Guy, przyszły bardzo szybko. Bluesowa prasa, nie była jednak tak przychylna twojej twórczości. Bolało?


Nie. Znam wiele zespołów, które szufladkują swoją muzykę jako blues, a ich twórczość odbiega od tego gatunku jeszcze dalej niż moja. Jeśli komuś to nie odpowiada, to jego problem. Kocham tę muzykę tak samo jak oni i mogę zapewnić, że na naszej scenie, znajdzie się miejsce dla każdego. Jest tak wielu różnych artystów, którzy wpłynęli na moją twórczość, a ja nigdy nie chciałem zwyczajnie odtwarzać ich bluesowych numerów. Zawsze chciałem pisać piosenki odnoszące się do mnie i mojego życia, pozwalając po prostu oddychać muzyce, niezależnie od tego w jakim kierunku szło jej brzmienie.


Stevie Ray Vaughan zmarł w dniu w którym grałeś na Alpine Valley. Myślisz, że od tamtego czasu blues zatracił gdzieś swój kierunek?


Z niecierpliwością czekałem na te koncerty. Nie widziałem Steviego przez jakieś 6 miesięcy. Dodatkowo, drugiej nocy przyjechał Jimmie Vaughan, który jest moim dobrym przyjacielem. Wszyscy czuliśmy się świetnie kończąc koncert, jammując do Sweety Home Chicago. Wróciłem do hotelu i wtedy zadzwonił mój manager. Byłem jedną z osób, które miały być na pokładzie tego helikoptera, ale ktoś z ekipy Claptona zajął moje miejsce. Tego samego dnia, ten człowiek pomagał mi na scenie podczas podłączania wzmacniacza… Pomimo tych strasznych wydarzeń, nie sądzę, żeby muzyka blues zmieniła się szczególnie od czasów śmierci Steviego. To gatunek, który z jednej strony, był zawsze pomijany w mainstreamie, a z drugiej, inspirował wszystkich tych, którzy w muzyce szukali czegoś więcej. Dokładnie w ten sposób ja zainteresowałem się bluesem. Kiedy jesteś dzieciakiem, szukasz muzyki, z którą możesz się utożsamiać. I chyba wciąż myślę w takich kategoriach. Kiedy jesteśmy na trasie, zawsze szukam sklepów z winylami, aby uzupełnić moją kolekcję o brakujące tytuły. Ludzie wciąż rozmawiają tam o niesamowitych nagraniach Muddy’ego Watersa. Mimo braku długich solówek, w tych trzyminutowych piosenkach było po prostu wszystko.


Przez te wszystkie lata, skupiałeś się głównie na swoich kompozycjach. Nagrałeś jednak covery Who’s Been Talkin’ oraz Sitting On Top Of The World, które powiązane są z Howlin’ Wolfem. Masz do niego szczególny sentyment?


Zawsze kochałem jego piosenki. Niestety, nigdy nie miałem okazji zobaczyć go na żywo. Richard Cousins i Curtis Salgado załapali się na jeden z jego występów w Seattle podczas jednej z naszych tras. Graliśmy cztery noce z rzędu. Byłem mocno zmęczony, dlatego odpuściłem i zostałem w domu. Do dziś żałuję, że nie było mnie wtedy z nimi. Był to jednak jeden z jego ostatnich występów i z tego co wiem, już wtedy nie trzymał się najlepiej.


W pewnym momencie, skład twojego zespołu powiększył się o Memphis Horns oraz Tima Kaihatsu na drugiej gitarze. Wróciłeś jednak do nieco skromniejszego instrumentarium…


Trasa w tamtym składzie była naprawdę kosztowna. Wydaje mi się, że wtedy lepiej zarabialiśmy [śmiech]. Od zawsze lubiłem pracować w bardziej kameralnym gronie, czego niestety nie można powiedzieć o obecnych koncertach Memphis Horns. Mimo wszystko, bardzo dobrze wspominam nasze wspólne występy.


Miałeś okazję zagrać na Hail! Hail! Rock ’N’ Roll czyli urodzinowym koncercie Chucka Berry’ego. Jak wspominasz tamtą współpracę?


Było świetnie. Wspaniale spędzony czas. Nie wiem czy tak samo wspomina to Keith Richards. Chuck był dla niego naprawdę twardy. Keith bardzo chciał oddać mu hołd. To w końcu jego bohater. Chuck był jednak bardzo nieufny. Myślę, że to kwestia jego charakteru. On zawsze musi mieć wszystko pod kontrolą…


Uznanie od takich gwiazd jak OV Wright czy Al Green oraz współpraca z Williem Mitchelem przy nagrywaniu Take Your Shoes Off musiały być wspaniałym przeżyciem…


O tak. W trakcie nagrań, Willie przyjechał do nas, do Nashville, napisał kilka partii i w ten sposób stworzyliśmy Live Gone To Waste. Później wrócił do swojego starego studia w Memphis. W tym miejscu powstały jego największe przeboje. I właśnie tam skończył miksować nasz utwór. Bardzo się cieszę, że mogliśmy z nim pracować.


Wielokrotnie dzieliłeś również scenę z BB Kingiem. Jak się poznaliście?


Na początku lat 80. supportowaliśmy go w Kalifornii. BB nie dotarł na czas, dlatego kiedy zszedłem ze sceny nie wolno mi było wejść do własnej garderoby. Wciąż stał tam ktoś z jego ekipy, co bardzo mnie wtedy zdenerwowało. Początki naszej znajomości nie były więc łatwe, jednak później zostaliśmy naprawdę dobrymi przyjaciółmi. BB King był jednym z najbardziej uprzejmych ludzi, którzy kiedykolwiek chodzili po tej planecie.


Twój styl jest niesamowicie rozpoznawalny. Nagrywając Who’s Been Talkin’ zaczynałeś od Gibsona ES-345. Czy przesiadka na Strata wymagała od ciebie innego podejścia do techniki gry?


Właściwie, zaczynałem od Gibsona SG Standard. Chciałem wtedy grać w stylu BB Kinga. Dopiero później przesiadłem się na 345. Ta gitara dała mi głębokie brzmienie, jednak było ono zbyt ciężkie przy niskich, i zbyt jasne przy wysokich dźwiękach. Później natknąłem się na Phila Guy’a, brata Buddy’ego, który grał na Stratocasterze podłączonym do wzmacniacza Fender Super Reverb, z lekko podbitym reverbem. Ten dźwięk zwalił mnie z nóg. Chwilę potem zakochałem się w moim zielonym Stracie. Dał mi brzmienie, jednocześnie ułatwiając poruszanie się na scenie w okolicach mikrofonowego statywu. W Gibsonie przełącznik przystawek oferował 6 różnych ustawień. Trój-pozycyjne rozwiązanie ze Strata znacznie ułatwiło mi pracę! Mój oryginał z 1964 roku poszedł niestety na emeryturę, jednak nowe modele grają tak samo dobrze. Pracuję na własnych strunach. Średnica wysokiego E to 11. Kolejne to 13,18,28,36 i 46.


Przez wiele lat grałeś na wzmakach Fendera. Przerzuciłęś się jednak na sprzęt firmy Matchless. Skąd ta zmiana?


Graliśmy w Hollywood przed Bonnie Raitt. Miałem okazję zagrać na sprzęcie jej gitarzysty. Dźwięk Matchlessa w połączeniu z dolną przystawką po prostu rozłożył mnie na łopatki. Fender Super Reverb wciąż jednak wiernie mi służy. Wykorzystuję go podczas nagrań. Razem z modelem Vibro-King często towarzyszą mi też podczas koncertów. Moim numerem jeden jest jednak Matchless Clubman 35, który podłączam pod kolumnę 4x10. Na scenie mam dwa takie zestawy. Przez jakiś czas, z takiego sprzętu korzystał również Jimmie Vaughan. Trochę eksperymentowaliśmy, w wyniku czego zmieniliśmy lampy na inne. To naprawdę świetne wzmacniacze. Korzystam również z Magnetone Stereo Vibrato. Mój techniczny zrobił go dla mnie lata temu. Niektórzy kolekcjonują gitary. Ja zbieram wzmacniacze!

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie