Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Tom DeLonge Angels And Airwaves

Tom DeLonge Angels And Airwaves

Po odejściu z punkowego zespołu Blink-182, założył własną formację Angels And Airwaves. Artysta ma teraz inne spojrzenie na życie i na muzykę. Poza tym twierdzi, że debiutancki album zespołu, "We Don’t Need To Whisper", to najlepsza rzecz jaką nagrał w życiu. Poznajmy nową twarz Toma DeLonge’a.
Tom DeLonge zachowuje się trochę jak nawrócony chrześcijanin, który właśnie wchodzi na drogę cnoty. Odchodząc z zespołu Blink-182 pożegnał się z punk rockiem, przekleństwami i grą według zasady "żadnych efektów". Fani Blink-182 mogą czuć się zawiedzeni. Muzyka punkowa z pewnością straciła zasłużonego muzyka, ale może zyskał go rock? Po wysłuchaniu debiutanckiego albumu Angels And Airwaves, "We Don’t Need To Whisper", trudno nie zgodzić się z Tomem, który jest przekonany, że to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek stworzył. Znudziła mu się rola rozkrzyczanego buntownika - teraz pragnie być poważnym muzykiem. Jedno jest pewne: DeLonge dojrzał.

Czy zespół Angels And Airwaves to dla ciebie zabawa czy może coś poważniejszego?


Mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że Angels And Airwaves to moje nowe życie. To nie jest kolejny projekt na boku, ale kamień milowy w mojej karierze. Myślę, że nie będę musiał zakładać już żadnych zespołów, mam nadzieję w pełni zrealizować się w tej nowej grupie.


Co teraz stanie się z Blink-182?


Blink-182 nie ma żadnych konkretnych planów na zbliżające się miesiące. Obecnie nie wiążę z chłopakami swojej przyszłości. Nie chcę powiedzieć, że nigdy już razem nie zagramy. Istnieje taka dziwna prawidłowość, że kiedy mówię, że czegoś nigdy nie zrobię, to właśnie wtedy to się dzieje. A tak poważnie? Nie miałem kontaktu z chłopakami z grupy od ponad roku i nie planuję w najbliższym czasie z nimi współpracować.


Nie możesz grać w obu zespołach jednocześnie?


Nie wydaje mi się to możliwe. Trudno mi jest wyobrazić sobie konieczność funkcjonowania w dwóch formacjach jednocześnie. Zresztą, nie ma takiej konieczności. Debiutancka płyta Angels And Airwaves to według mnie najlepsza produkcja w całym moim dotychczasowym dorobku artystycznym. Jestem z niej bardzo zadowolony, praca nad tym krążkiem dała mi ogromną satysfakcję. W tym momencie nie jest dla mnie najważniejsze, czy produkcja okaże się sukcesem.


Jak kompletowałeś skład do nowego zespołu?


Davida Kennedy’ego znałeś już z wcześniejszego projektu, Boxcar Racer... Tak, natomiast Atoma Willarda, perkusistę Angels And Airwaves, poznałem przez znajomych. David z kolei znał wcześniej Ryana Sinna, basistę. W ten sposób się poznaliśmy. Oni byli pierwszymi ludźmi, do których trafiłem z pomysłem utworzenia nowej grupy. Przesłuchiwałem później jeszcze kilkunastu muzyków, ale to nie było to. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że właśnie te pierwsze osoby, do których trafiłem, były właściwe. Miałem wrażenie, że zadziałała jakaś magia.


Opowiesz nam coś o filmie, który towarzyszy płycie?


Płyta i film mają być ilustracją metaforycznego równania pomiędzy miłością i nienawiścią, które gości w życiu wszystkich ludzi. Są o najwspanialszych i najstraszniejszych rzeczach, jakie człowiek stworzył na ziemi. Także o dobrych i złych rzeczach, jakie na co dzień dzieją się w życiu każdego z nas. To, co dzieje się w skali globalnej dotyka zwykłych ludzi i ma wpływ na ich życie. Na przykład mój brat walczył na wojnie w Iraku w wyniku wielkiego kłamstwa. Mój ojciec miał białaczkę. Ja właśnie odszedłem z zespołu, który sam założyłem.


Dlaczego nagle zdecydowałeś się opuścić Blink-182?


Wynikało to z potrzeby stworzenia czegoś nowego, wykreowania własnej, integralnej wizji świata. Nie chciałem, żeby ta płyta była zbiorem przypadkowych utworów. Pragnąłem, aby była bardziej emocjonalna i osobista. Każdy utwór powinien wywoływać jakieś konkretne uczucia, naciskać jakąś czułą strunę. Zależało mi, żeby moje piosenki miały moc, nie interesowało mnie nagranie łatwych melodyjek.


Czyli film będzie dość osobisty. Czy mówisz w nim o swoich własnych przeżyciach?


Nie zamierzam się przed nikim obnażać. To będzie raczej metaforyczne. Pragnąłem po prostu stworzyć coś, co da ludziom nadzieję i odwagę potrzebną do wprowadzania zmian w swoim życiu. Wydaje mi się, że to jest podstawowe zadanie, jakie ma przed sobą sztuka.


"Metaforyczne równania", "sztuka"? Ludzie pomyślą, że jesteś trochę nawiedzony. Wcześniej grałeś punka i byłeś znany z niewybrednych żartów.


Mam trzydzieści lat i moi fani są mniej więcej w moim wieku. Sądzę, że nie wystarcza im już zwykły bunt i szukają czegoś innego. Mają dość punka, który wyraża tylko złość i agresję. Punka, który tak naprawdę się nie buntuje, ale wręcz przeciwnie - podąża za modą. W prasie europejskiej dużo wypisuje się o tym, że amerykański rock się wyczerpał, że nie ma w nim prawdy. Jakiś zespół z Ameryki powinien pokazać, że może być inaczej. Nie zrozum mnie źle - w Ameryce jest kilka świetnych zespołów: Green Day, Metallica czy RATM, nie mieliśmy jednakże zespołów w stylu Coldplay, U2 czy The Cure. Właśnie taki rock musimy teraz robić w Ameryce.


Co zmieniło się w twoim podejściu do muzyki przy tworzeniu albumu "We Don’t Need To Whisper"?


To było coś zupełnie innego. Zwykle perkusję nagrywa się na początku, ale my tym razem podeszliśmy do sprawy inaczej. Nagraliśmy wszystkie piosenki i dopiero na końcu dodawaliśmy perkusję. Nie wiem czemu, po prostu czuliśmy, że tak właśnie powinniśmy zrobić.


Gdzie szukałeś inspiracji przy komponowaniu utworów?


Na ścianie w studiu powiesiliśmy sobie zdjęcia z Drugiej Wojny Światowej. Chcieliśmy, aby zainspirowało nas zło, a raczej chcieliśmy mieć świadomość, do jakich okropieństw zdolny jest człowiek. Obok umieściliśmy zdjęcia kosmosu i statków kosmicznych, po to by zdać sobie sprawę jak mało znaczymy w przestrzeni kosmicznej. Wspaniała jest ta tajemnica, która ze wszystkich stron otacza malutką planetę Ziemię.


Kto pisał utwory, które znalazły się na płycie?


Ja tworzyłem ramę utworu, a na późniejszym etapie pracy pozostali członkowie zespołu dołączali swoje pomysły. Współpraca nastąpiła już na etapie nagrywania. Ta płyta to głównie moje dzieło. Nie pisałem wprawdzie partii na bas czy perkusję, ale byłem zaangażowany w cały proces tworzenia. Kiedy potrzebowałem obiektywnej opinii, chłopaki z zespołu świetnie się sprawdzali. Mają wspaniałą wrażliwość muzyczną i bezbłędnie potrafili mi powiedzieć co pasuje do danej kompozycji, a co nie.


Ta płyta nie ma punkowego brzmienia. To spore zaskoczenie, nie sądzisz?


Robiłem to, co czułem, że powinienem zrobić. Nie obchodził mnie punk rock, ani co powiedzą krytycy. Odniosłem w życiu sukces, którego się nie spodziewałem. To mi wystarczy. Na tym etapie nie martwię się już, czy to, co robię się komukolwiek spodoba.


Jesteś autorem wszystkich partii gitarowych?


Tak, napisałem wszystkie partie gitarowe. Chciałem uzyskać na gitarze brzmienie podobne do huku samolotu lecącego przez chmury lub łoskotu rozpoczynającej się w oddali bitwy. Starałem się przekazać te wizje poprzez odpowiedni sposób gry.


Jak dokładnie przenosiłeś te wizje na gitarę?


Wiem, że pewne progresje lub odpowiedni styl kostkowania wywołują określone wibracje i emocje. Potem tę bazę gitarową wzbogacaliśmy odpowiednio perkusją i klawiszami.


Jak udało ci się uzyskać brzmienie podobne do lecącego samolotu? Jakich efektów używałeś?


To było tak: szedłem do najbliższego sklepu gitarowego i przynosiłem do domu całe skrzynki z efektami. Po prostu je podłączałem i grałem najdziwniejsze rzeczy pod słońcem! Między innymi używałem efektów typu flanger, chorus i phaser. W niektórych sytuacjach również pomagały mi kompresory, których wcześniej nie stosowałem na tę skalę. Stosowaliśmy ponadto syntezatory gitarowe, przede wszystkim Electro-Harmonix. Podczas nagrywania wiele eksperymentowałem z przeróżnymi efektami.


Pamiętam, jak kilka lat temu zastrzegałeś się, że nigdy nie będziesz używał efektów!


No cóż, widocznie się zmieniłem. W grupie Blink-182 bardzo rzadko stosowaliśmy efekty. Teraz dzięki tym urządzeniom odkryłem całą paletę nowych możliwości. To wspaniałe.


Czy to zasługa Davida? Czy on cię namówił do używania efektów?


Nie. David w swojej karierze miał tak samo mało do czynienia z efektami jak ja. To był proces poznawczy, przez który przechodziliśmy razem. Konieczność rozpracowania tych wszystkich urządzeń zrobiła z nas lepszych gitarzystów.


Na płycie "We Don’t Need To Whisper" widoczny jest wyraźny wpływ grupy U2. Przekonałeś się do stosowania efektów typu delay?


Tak, uwielbiam U2, to jeden z moich ulubionych zespołów. Prawdą jest również to, że używaliśmy sporo delayów, nawet przy wokalu. Efekt ten z pewnością dodaje dźwiękowi odpowiedniej przestrzeni. Zależało nam na tym, aby bębny brzmiały potężnie, a gitara przestrzennie. Moim zamierzeniem było uzyskanie takiego rezultatu, jaki pojawia się podczas gry na wielkim stadionie.


Czy twój sposób gry na gitarze zmienił się?


Na tej płycie wszystko było inne. Różnicę widać przede wszystkim podczas koncertów. Przy nagraniu użyliśmy dużej ilości elektroniki, ponieważ programowaliśmy perkusję. Wszystko zostało zaprogramowane z matematyczną dokładnością z powodu stosowania efektu delay. Dlatego sposób, w jaki tworzyliśmy utwory, musiał być wcześniej przemyślany. Wymaga to od nas umiejętności dodawania elektroniki w trakcie koncertu. Trudno jest grać, śpiewać i włączać cały czas jakieś guziki. Nie mogliśmy początkowo tego wszystkiego ogarnąć, ale po kilku miesiącach prób udało nam się nad tym zapanować.
GALERIA
Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie