Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Arek Lerch (So Slow)

Arek Lerch (So Slow)

Arek Lerch niejednokrotnie gościł na naszych łamach i za każdym razem były to ciekawe, wielowątkowe rozmowy. Nie inaczej jest tym razem, kiedy spotykamy się aby porozmawiać o drugiej płycie warszawskiego So Slow.

Zespół dał się poznać słuchaczom dzięki występom u boku m.in. Jesu, ale głównie znamy ich z odważnego i nieszablonowego podejścia do dźwięków z pogranicza hardcore, noise czy awangardy. Z naszym rozmówcą poruszamy kwestie granic w muzyce, bieżących trendów, ale przede wszystkim tego, jak So Slow odnajduje się w realiach naszego rynku muzycznego.

Zanim przejdziemy do części właściwej, dotyczącej So Slow, pomówmy chwilę o Tobie. Jesteś jedną z najbardziej zapracowanych osób na scenie jakie znam. Grasz w niezliczonej ilości kapel, żyjesz muzyką, tworzysz ją i chłoniesz. Jak to jest, że po czterdziestce jeszcze Ci się chce? Mało tego, gdybyś mógł, pociągnął byś swój muzyczny wózek jeszcze dalej, zerwał z kajdanami ciężkiego grania i wstrzelił się w alternatywny pop.


Jak to jest? Przede wszystkim - organizacja. Zauważyłem, że od kiedy wszystko sobie organizuję, zapisuję i układam, lepiej wyrabiam się ze swoimi sprawami. Po drugie spokój - kiedyś byłem bardziej nerwowy (ponoć nadal jestem…) i to powodowało, że różne rzeczy robiłem nie tak. Następnie - samoświadomość. W latach 90. wydawało mi się, że szybko w muzycznym biznesie uda się coś zdziałać. Ale tak po prawdzie nic nie umiałem. Dzisiaj umiem więcej, ale jednocześnie mam całkowicie "wywalone" na jakikolwiek "sukces" czy jakby tego nie nazwać. Mam pracę, która o dziwo mi się podoba, jestem zadowolony z życia i dlatego z takim luźnym podejściem wszystko jakoś się "klei". No i mam w 200% kochaną i strasznie tolerancyjną żonę. Poza tym - pomaga dzisiejsza technika. Zdarza mi się nawet, że siedząc na próbie, korzystam z Internetu w telefonie, żeby robić jakiś wywiad via FB. Kiedyś, kiedy trzeba było dzwonić, spisywać etc, traciłem mnóstwo czasu. Teraz - że tak pojadę Bareją - jest duuuużo łatwiej. No i najważniejsze - cały czas mam w sobie chęć działania. Moja żona mówi, że dla mnie dzień spędzony w domu to dzień stracony. Bawi mnie działanie, tworzenie czegoś, ruch, nerw. I nadal, po setkach napisanych tekstów sprawia mi radość, kiedy widzę własny artykuł w gazecie. Nie stałem się zgorzkniałym malkontentem. Staram się po prostu wykorzystywać czas, jaki mi pozostał. Myslowitz kiedyś śpiewał, że trzeba wykorzystywać swoje życie, bo na drugie nie ma szans. Wielka prawda...


Ja to odbieram w ten sposób, że przeżywasz drugą młodość. Albo tęsknisz za impetem, z jakim na scenie działało Sunrise i Coalition, w których się udzielałeś. Z drugiej strony, z perspektywy czytelnika, dochodzę do wniosku, że zwyczajnie tęsknisz za latami '90 i tym, że człowiek cieszył się małymi sukcesami, każdym gigiem i nową muzyką. Nie patrzył na to, co mówią inni tylko robił swoje.


Trzeba robić swoje. Oglądanie się na innych, obgryzanie paznokci ze strachu, kto też co powie jest bez sensu. Nie przejmuję się - mój styl grania na perkusji nie każdemu pasuje, moja pisanina też tu i ówdzie budzi jakieś tam polemiki - i super. Każdemu nie dogodzę, ale najważniejsze jest żeby działać. Cały czas utrzymywać jakieś takie napięcie. Znowu pojadę klasykiem: Henry Rollins kiedyś powiedział, że najgorsi są tacy ludzie, co łażą do pracy, siedzą w domu, potem się starzeją, dostają na 30-lecie pracy zegarek od szefa, idą na emeryturę i umierają. Taki schemat mnie przeraża i może dlatego cały czas chcę coś robić. Poza tym - to jest trening, który utrzymuje mnie w jako takiej formie. Lata 90... Cóż, nigdy nie ukrywałem, że ta dekada była dla mnie GENIALNYM czasem jeśli chodzi o muzykę. Niezal z tego okresu do dnia dzisiejszego inspiruje setki zespołów i nadal uważam, że wszystko to co w ostatnich czasach jest dobre, czerpie z tamtego okresu. Złota dekada hałasu… Mam do tego prawo? Oczywiście, że tak.


Rollins jednak dość przypadkowo porzucił pracę w lodziarni żeby dołączyć do Black Flag. Zresztą, przygoda tego pana z hc/punkiem jest wystarczająca, aby ktoś to w końcu spisał. W twoim przypadku jest trochę inaczej, sam ostatnio niemal krzyczysz, że najlepsze co Cię spotkało to noise. Czego bym nie czytał, czego bym nie słuchał jeśli Lerch to nie babranie w smole, nie perkusyjne kanonady i metal walący w pysk, a eksperymenty. Z upływem czasu i nabieraniem doświadczenia chcesz od ciężkiego hałasu czegoś więcej?


Czy ja wiem… Owszem, noise jest niezwykle inspirujący i zawsze będzie we mnie tkwił. I faktycznie przeżył nawet fascynację metalem, bo ostatnio z "muzyką kuców" nie do końca mi po drodze. Przejadła się. A noise powrócił wręcz do łask. Okazało się, że alternatywny hałas ma w sobie więcej pary niż wszystkie metalowe bandy razem wzięte. Jeśli już metal - to ten najbardziej odjechany, może francuski. Po latach eksplorowania tego nurtu zaczął mnie mierzić schematyzm i kurczowe trzymanie się kolein. Na szczęście - jest tyle świetnej - właśnie eksperymentalnej - muzyki, że nie będę się pastwił. Jak ktoś lubi klasykę, ok. Ma prawo. Inna sprawa, że w ostatnich latach przeżywam totalną fascynację indie rockiem i brit popem. Ta ostatnia rzecz wręcz mnie przeraża - kiedyś nienawidziłem wyspiarskiego grania, nienawidziłem tych wszystkich Blurów i Jamesów, a teraz uwielbiam. Fajnie jest odkrywać te zespoły, wejść na nieznane tereny. Dlatego bardzo mnie cieszy, że Suede czy Blur powróciły i wydały rewelacyjne w sumie płyty. To świetna sprawa. Chcę od muzyki prawdy. Głupie, nie? Chcę dotrzeć do jądra, tak jak to zrobił Michael Gira. Wczoraj z nim rozmawiałem i to było dla mnie coś ciekawego, bo to przykład człowieka, który ma wszystkich głęboko gdzieś i robi rzeczy ponadczasowe, choć na pewno kontrowersyjne. Chciałbym się tak zestarzeć. Bez kapci, ale z pałeczkami w łapie.


On przez długi czas funkcjonował na scenie hardcore. W pewnym sensie, przełamywania kolejnych granic dźwięków i tego "mam-to-w-dupizmu" o którym powiedziałeś, on nadal tam jest. Mówimy o eksperymentach, wychodzeniu poza schematy i to najlepiej wychodzi w obrębie black metalu. Francuzi o których wspomniałeś mają w tej materii sporo do powiedzenia.


No właśnie. Poszukiwanie niezależności artystycznej jest podstawowym dogmatem. To jest walka i w pewien sposób dojrzewanie. Schemat wygląda tak - młodzi grają to co grają, bo jeszcze nie potrafią się samookreślić, w dojrzałym wieku pojawia się chęć ugrania czegoś na tym poletku, przysłowiowego "zarabiania na graniu" i tu zdarza się najwięcej potknięć, ośmieszeń czy standardowego kurwienia się, pod wyblakłym szyldem "wcale się nie sprzedaję, po prostu tak lubię". A na starość wszystko zaczyna latać koło pędzla więc znowu robi się coś ciekawego. Wspomniany Gira jest tu ideałem. Zawsze z boku, zawsze w kontrze. I teraz na starość przeżywa w dodatku najlepszy okres w karierze, także pod względem popularności. Ja cały czas przyglądam się temu i zastanawiam się, dlaczego komuś się udaje a innemu nie. I staram się wymyślić jakiś algorytm, który to opisze. Póki co, nie udało mi się.

Co do black metalu w jego eksperymentalnej formie, najbardziej inspirują mnie łączenia skrajnych stylistyk w całość, rzadko się to udaje, ale w paru momentach było/jest blisko. Nadal śledzę poczynania Spektr, nowe Oranssi Pazuzu, z tą psychodeliczną otchłanią rządzi. Choć zauważyłem, że często najciekawsze są te rzeczy, które z formalnego punktu widzenia, black metalem być już przestały. Albo pozostają gdzieś na granicy, jak np. amerykański The Lion's Daughter czy szwedzki This Gift Is A Curse. Z takiego punktu widzenia używanie określenia black metal traci rację bytu. No i Francuzi. Deathspell Omega. Decline of the I. A z ostatnich odkryć - polecam Zhrine z Islandii. Niezła rzecz...



Do głosu doszła również Polska. Sukcesy naszych zespołów bynajmniej nie są dziełem przypadku. Znów o nas głośno, i jak zawsze dzięki ekstremie. Od Mgły, Batushki przez Entropię po Odrazę i Kult Mogił. Dzieje się.


Oczywiście, że się dzieje. Entropia rządzi. Ale mnie brakuje właśnie takiego zespołu co by "odjechał" tak, że nikt nie będzie wiedział jak to ugryźć. Wiesz - muzyka, która budzi konsternację. Bo nasze black metale, nawet te bardziej odważne, jednak trzymają się pewnych ram, chociażby w temacie instrumentarium. Czekam na coś, co spowoduje, że nie będę się czuł na siłach by to opisać. Coś aroganckiego.


Ale żeby odjechał tak jak w obrębie nowoczesnego grania zrobiło to SAMO czy żeby to była taka black metalowa Mars Volta lub australijski Alchemist?


Chyba jednak bliżej SAMO. Bo właśnie to budzi tę jakże przyjemną konsternację...


Ale masz świadomość tego, że nie doczekamy się już ani w black metalu ani łamańcach rzeczy tak wybitnej jak Kobong. Nie bez kozery przywołałem tu SAMO.


No i dobrze. Nic bardziej nie boli od kolejnych klonów. Perfekcyjnych ale klonów. Poza tym - jest świetna Ketha. I styka. Kobong wyprzedził czas, rzecz unikatowa nie do powtórzenia. Dlatego strasznie się cieszę, że miałem przyjemność uczestniczyć w próbach Kobonga, kiedy przygotowywali płytę "Chmury nie było". Takim stary...


I dalej niezwykle płodny (śmiech). Przyszedł czas żeby porozmawiać o So Slow. Celowo chciałem nakreślić Twój związek ze sceną noise i eksperymentami, ponieważ ten, chyba jeden z Twoich ostatnich zespołów, mocno lawiruje na granicy tychże, spajając hałas ciężarem słów. Nie tak dawno temu udało się wam zaskoczyć debiutem "Dhavari", do którego najczęściej wracają Ci, którzy dostrzegają magię saksofonu w ciężkiej muzyce. Dziś, już bez coraz popularniejszego "dodatku" w gitarowym tyglu, chcecie kupić słuchacza… i tu mam problem z identyfikacją tego, co w "Nomads" najlepsze. Może to, że rzadko w polskim undergroundzie wychodzą rzeczy tak spójne i nieszablonowe, a jednak wybitnie koncertowe?


Z tym 'wybitnie koncertowe" zaczekajmy do koncertów. Formalnie płyta "Nomads" będzie dość trudna do oddania na żywo, bo w przeciwieństwie do "Dharavi", która powstawała w naturalny sposób, jest swoistym eksperymentem aranżacyjnym. Mamy w planie odegranie tego w nieco luźny sposób, zapodawanie tematów i rozwijanie na żywo niż odgrywanie muzyki 1:1. Mi też jest trudno zidentyfikować co jest najlepsze, ale powiedzmy, że pokuszę się o coś w rodzaju obiektywizmu - najlepsze jest to, że nie da się tej muzyki w żaden sposób zaszufladkować. Teraz już nikt nie powie, że jesteśmy starymi dziadami, co czynią sentymentalne wycieczki do lat 90.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

Mam tutaj na myśli sporą dawkę emocji, która musi znaleźć upust na koncercie. Kaliber tego materiału jest na tyle duży, że zarówno post-metalowcy jak i fani black metalu powinni przyjąć "Nomads" z otwartymi ramionami.


Oj, mocne słowa. Nie jestem pewien, czy post metalowcy to łykną. Jest w tym chyba za dużo alternatywy. No i ten rap w "Źle sformułowanych pytaniach". Poza tym, boję się trochę, że ten materiał wpadnie właśnie w taką niszę, gdzie nikt nie będzie się do niego chciał przyznać (śmiech). Zobaczymy. Na razie jest na rynku niecałe dwa miesiące. Recenzje są bardzo dobre, czas na największy sprawdzian, czyli koncerty.


Rap cały czas jest "na topie". Co więcej, żeni się go nawet z punkiem (Sleaford Mods) i jakoś wszyscy się zachwycają. Swoją drogą, "Źle sformułowane pytania" to chyba najlepszy numer z całej płyty. Choć wiem, że ty wolisz "Nomads" jako całość - w dodatku bez przerw między kolejnymi ścieżkami.


Przerwy są, ale minimalne. Tak, to jest całość, tak ją traktujemy, choć jeśli miałbym wypowiadać się indywidualnie, to na ten moment najlepszym kawałkiem jest "Poza wszystkimi kręgami, w pewnej odległości". W tym numerze udało nam się połączyć kilka światów, stworzyć coś zupełnie unikatowego. Tak myślę i ten numer będziemy starali się odtworzyć w całości na żywo, choć są też pomysły, żeby go troszkę "rozruszać". "Źle sformułowane pytania" to rzecz, z powodu której prawie się rozpadliśmy. Takie były opory, ale faktycznie, przyjął się dość dobrze. Cały czas rozmyślamy nad tą płytą, jak ją "sprzedać", tym bardziej, że mamy teraz nowego wokalistę i to też zmienia nieco optykę. Ale jest ciekawie, nie powiem.


Zastanawiam się, z kim, i czy w ogóle będzie się wam dobrze grało. W kalendarzu macie już kilka wydarzeń, więc tym bardziej ciekawi mnie jak na "Nomads" zareagują zarówno metalheads jak i fani hc/punka.


Dobre pytanie. Jest trochę obawa, że do nikogo nie będziemy pasować, ale to konsekwencja zrobienia takiego a nie innego materiału. Gramy/graliśmy z różnymi zespołami, na pewno nie metalowymi. Całe szczęście, jest już w Polsce taka alternatywna scena, gdzie się chyba wpasujemy. Co do hc/punka - sprawdzimy temat na tegorocznym Fermencie, bo tam gramy i zobaczymy jakie będą reakcje. Ważne jest to, że muzyka na żywo brzmi trochę inaczej, jest z jednej strony więcej agresji i mniej takiego wycofania, ale też więcej "rozjeżdżania" tych numerów. Graliśmy na żywo "Księgę Rogera" i całkiem dobrze się sprawdza.


Miejmy nadzieję, że sprawdzi się również na dużych scenach, bo katowicki Off prędzej czy później może wyciągnąć w waszą stronę pomocną dłoń. 


Coś jest na rzeczy, ale nie zapeszajmy. Ważne jest to, żeby grać w fajnych miejscach. W naszym przypadku, kiedy dochodzi użycie sampli i konieczność wytworzenia pewnej przestrzeni, muszą być jednak spełnione podstawowe warunki. Ale nie jesteśmy też wybredni, duch DIY cały czas w nas żyje Można zadzwonić/napisać i się dogadać.


Byle nie było jak z Blindead parę lat temu, kiedy padł komputer i zespół zakończył występ po trzecim numerze.


U nas jednak jest dużo gitarowego grania. Poza tym Michał, nowy wokalista, z zawodu aktor, przy pomocy efektów gitarowych i własnego głosu potrafi dużo zdziałać. Byliśmy zaskoczeni.


Kto posłucha "Nomads" powinien to zaskoczenie podzielać. Dzięki za Twój czas i do zobaczenia na którymś z koncertów. Kiedy najbliższy?


Wiesz co - 23 w chmurach (Warszawa), potem w Hydrozagadce, Ferment i negocjujemy kilka większych rzeczy. Zobaczymy. Powiem tak - przyjęliśmy zasadę, że jednak musi być konkretna stawka, bo granie za wątpliwe zwroty przestało nas kompletnie interesować Nie chcemy zarabiać, ale nie mamy zamiaru dokładać do interesu 


Rozmawiał: Grzegorz "Chain" Pindor
Zdjęcie: Janek Fronczak


Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Zobacz wszystkie