Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Gretchen Menn

Gretchen Menn

To postać ze wszech miar wyjątkowa i obdarzona niezwykłym talentem: pójście na jej koncert jest muzyczną wyprawą do innego wymiaru. Jeśli papierkiem lakmusowym wielkości artysty jest jego umiejętność zaczarowania słuchacza, to Gretchen zdecydowanie ma tę cechę i nie zawaha się jej użyć.

W słonecznym Anaheim dała się oderwać od honorów pełnionych na ekspozycji Music Mana oraz GHS i namówić na chwilę rozmowy o muzycznym oświeceniu, analizowaniu Zappy, zaletach niepełnej satysfakcji, komponowaniu z dala od gitar i tym co zdradza o nas nasza muzyka. Posłuchajcie…

Swoją przygodę z muzyką zaczęłaś od rozbicia skrzypiec swojej mamy. Czy wydały przy tym jakiś ładny dźwięk?


(śmiech) Skąd o tym wiesz? Byłam naprawdę mała, miałam może trzy lata w najlepszym razie. Pamiętam, że brałam je od mamy, nosiłam po domu i grałam na nich jak na gitarze. Zachowało się nawet moje zdjęcie z tymi skrzypcami, zrobione na krótko przed ich niesławnym odejściem w niebyt, jak sądzę. Od początku ciągnęło mnie do muzyki, ale pierwsze poważniejsze lekcje miałam dopiero w wieku 5 lat i wówczas było to pianino. Następny etap to już szkoła podstawowa - mieliśmy nauczyciela, który wprowadzał nas w podstawy gry na różnych instrumentach, ich specyfikę i wykorzystanie. Było to o tyle ciekawe, że mieliśmy szkolny zespół i mogliśmy spróbować wszystkiego w praktyce - do wyboru był klarnet, skrzypce, trąbka… Ale kiedy przyszła kolej na flet, nastraszył nas, że to bardzo trudny instrument, na którym na pewno nie uda nam się nic zagrać. Ponieważ miałam buntowniczy charakter, natychmiast zadeklarowałam, że to właśnie ja będę grała na flecie i robiłam to na poważnie mniej więcej do 7 klasy. Tak więc to był mój pierwszy świadomy wybór instrumentu, którego się dłużej trzymałam. Potem coraz więcej i więcej słuchałam muzyki, odkrywając różnicę pomiędzy tym co gram na flecie, a tym co mi się podobało w radio, aż doszłam do momentu w którym podjęłam kolejną decyzję: czas zająć się gitarą.


Podobno kroplą przeważającą szalę zwycięstwa na rzecz gitary był pewien koncert...


Tak, dokładnie tak było! Wszystko zaczęło się od z pozoru niewinnej przejażdżki autem z moim ojcem - radio sobie grało i w pewnym momencie usłyszałam niezwykle piękną muzykę gitarową, która poruszyła we mnie jakąś czułą strunę. Niestety, jak to czasem bywa, prowadzący nie powiedział czyj kawałek był właśnie puszczany. Jakiś czas potem poszliśmy na koncert, gdzie jako support przed Joe Satrianim grał Eric Johnson. Ostatnim numerem jaki wykonywał było "Cliffs of Dover" - pewnie sporo osób zaczęło grać na gitarze przez ten kawałek. Pamiętam jak myślałam: "Boże, te dźwięki brzmią jak radość w krystalicznie czystej postaci - ten człowiek musi być wewnętrznie niesłychanie szczęśliwy, żeby móc grać takie rzeczy." A potem pomyślałam coś odwrotnego: "Być może właśnie dlatego jest szczęśliwy, że potrafi grać takie rzeczy?" Wtedy właściwie doznałam oświecenia i zdecydowałam, że ja też chcę grać na gitarze. Chciałam przeżywać tę samą radość i dawać ją ludziom. Uświadomiłam sobie, że grając w pewnym sensie wywołujesz "efekt motyla" - generujesz częstotliwości, a wszechświat dostraja się do ciebie. Tworzysz nastroje i wpływasz na ludzkie życie.


Czy to prawda, że miałaś specjalny tok studiów z naciskiem położonym na muzykę Franka Zappy?


Było to możliwe tylko dlatego, że trafiłam na profesora z dobrym sercem i otwartym umysłem, którego udało mi się przekonać. Mogłam oczywiście studiować Mozarta, Beethovena i sztukę kontrapunktu - nie zrozum mnie źle, lubię to także - ale w głębi serca zawsze kochałam rocka. A u Franka Zappy najbardziej lubiłam to, że nie dało się go zaszufladkować. On właściwie wymyślił swój własny styl muzyki. Wszystko co stworzył, począwszy od albumu "Freak Out!" po jego ostatnie występy na scenie, było genialne. Bardzo chciałam udowodnić, że ta muzyka, której słuchałam i którą kochałam, przejdzie próbę akademickich badań.


Nie było to chyba łatwym zadaniem?


Oczywiście, bo dużo łatwiej jest analizować muzykę znaną, taką na której opiera się ten system edukacyjny. Właściwie to klasyczni muzycy tacy jak J.S. Bach zdefiniowali swoją twórczością to jak postrzegamy dziś harmonię i melodykę. Badając muzykę Zappy nie możesz wykorzystać tych samych narzędzi, których używasz do interpretowania muzyki klasycznej. Zrobiłam wówczas sama pełną analizę harmoniczną jego utworów "The Sheik Yerbouti Tango" i "The Girl in the Magnesium Dress". Przekonałam się, że klasyczna teoria ma tu tylko minimalne odniesienie. Oczywiście Zappa był doskonale świadom jak to wszystko działa i znał akademickie reguły, ale jak większość ludzi tworzących nowoczesną muzykę, nie był przez nie ograniczany. Odkryłam na przykład, że kompozycja taka jak "The Sheik Yerbouti Tango" jest raczej dezintegracją formy, niż trzymaniem się jakiejś konkretnej formy, której zwykle szukamy. To było piękne, głębokie doświadczenie i chciałabym jeszcze kiedyś do tego wrócić.


Jak udało Ci się wykonać kangurzy skok od muzyki Bacha i Zappy do grania w kobiecym cover-bandzie AC/DShe?


Jak już wspominałam zawsze lubiłam obie strony tej muzycznej monety - klasykę i rocka. Razem ze znajomymi mieliśmy to szczęście mieć fajnych rodziców, którzy wprowadzali nas w muzykę AC/DC, Led Zeppelin, Deep Purple i tym podobnych zespołów. Nie musiałam więc przyzwyczajać się do jakiejś nowej estetyki, mogąc poruszać się na znanym mi już terytorium. Muzyka AC/DC może się wydawać prosta, ale dość szybko zrozumiałam, że to pozory. Angus zdobył mój głęboki szacunek, kiedy próbowałam grać jego solówki i riffy w przekonujący sposób. Są oczywiście ludzie, którzy tej muzyki nie czują, bo wszystko co ich interesuje to ile nut na sekundę ktoś zagrał, albo jak doskonały sound ukręcił na swoim procesorze. Genialnego muzyka można jednak rozpoznać bez względu na kostium w jaki jest przebrany i myślę, że żaden z wielkich gitarzystów, których znam, nie wypowiedziałby się na temat gitarzysty AC/DC w lekceważący sposób, ani nie deprecjonowałby jego dokonań. Zawsze rzucam ludziom wyzwanie - niech spróbują zagrać to co grał Angus, robiąc jednocześnie na scenie to co robił Angus. Obracanie się na podłodze na plecach podczas grania solówki, albo jego charakterystyczny chód połączony z machaniem głową i graniem riffu… Większość ludzi nie ma pojęcia jak niewiarygodnie trudne to jest.


...kolejnym coverowym zespołem była Zepparella?


Tak, to moja następna rockowa szkoła: Led Zeppelin. Musiałam opanować wszystkie patenty i wszystkie solówki Page’a nuta w nutę, nauczyć się jak płynnie przechodzić od agresji przesterowanego riffu do poetyki smyczka grającego na Les Paulu. Ale sprawiało mi to dużą radość, nie odczuwałam tego jako uciążliwości.


W szkole grałaś klasykę, a po szkole rocka - dzięki temu zdobyłaś szeroki zasób gitarowego słownictwa.


I za to właśnie kocham gitarę - że występuje właściwie w każdym stylu muzyki. Słuchałam Erica Johnsona, Dixie Dregs, Django Reinhardta, Louisa Armstronga, Mozarta, Bacha, B.B. Kinga, Deep Purple, Nirvany, Faith No More, Led Zeppelin i wszystko to mogłam zagrać na gitarze. Ten instrument ma tak przebogate emocjonalne i muzyczne spectrum, że nie ma możliwości, aby się kiedykolwiek człowiekowi znudził. Innym aspektem mojego grania w zespołach takich jak AC/DShe, Zepparella, Stick&Stones czy Lapdance Armageddon było to, że zawsze starałam się grać z muzykami lepszymi ode mnie, dzięki czemu miałam praktycznie darmowe lekcje gitarowe. Zawsze szukam czegoś co pozwoli mi przejść na wyższy poziom, więc w pewnym sensie wszystko co robiłam dotychczas pozwoliło mi stać się osobą, którą obecnie jestem. Za sprawą wyborów jakich dokonujemy każdego dnia, piszemy swoją własną biografię. Każda kolejna decyzja to ewolucja.


Kiedy więc będziemy mieli szansę poznać "finalnie wyewoulowaną wersję" Gretchen?


(śmiech) Nie sądzę aby istniała jakaś "finalna wersja", bo cały czas pojawia się coś nowego do zrobienia i nowe wyzwania na horyzoncie.


I to jest prawidłowa odpowiedź - nigdy - bo człowiek nie jest produktem.


Dokładnie. Nie chcę dojść do momentu, w którym stwierdzę, że nic mnie już nie czeka. Oczywiście dążę do satysfakcji z tego co robię, ale tylko dlatego, że jest ona paliwem napędzającym moją podróż w kierunku kolejnego celu, a nie celem samym w sobie. Paradoksalnie czasem większą inspiracją może być to, z czego jesteś niezadowolony, niż to co cię satysfakcjonuje. Tak było kiedy nagrałam swój pierwszy solowy album. Spojrzałam nań z dystansu i pomyślałam sobie: OK, ta płyta jest na tyle dobra, na ile jestem w stanie to zrobić na dzień dzisiejszy, ale czas iść do przodu, bo chcę być jeszcze lepsza w tym, w tym i w tamtym. Mam jeszcze wiele rzeczy do poprawienia, wiele nowych rzeczy do opanowania, i kilka kolejnych technik do szlifowania - to powoduje, że co dzień mam świeżą motywację, aby wziąć gitarę do ręki.


Pracujesz teraz nad swoim drugim albumem solowym?


Tak i sprawia mi to dużo radości. Uwielbiam komponować, zbierać własne pomysły, tworzyć zagrywki z pokręconymi opalcowaniami, a potem złościć się na siebie: "Do cholery, dlaczego musiałaś to tak skomplikować! Czas na metronom!" Cały ten proces daje mi mnóstwo frajdy i robię to na totalnym luzie. Nie mam złudzeń, że płyta z instrumentalną muzyką gitarową sprzeda się w milionach kopii, dzięki czemu nie tworzą się niepotrzebne ciśnienia. Chcę nagrywać muzykę dla czystej radości tworzenia sztuki. I myślę, że podobnie podchodzą do tego inni artyści, których cenię, za co jestem im bardzo wdzięczna. Jestem bardzo wdzięczna, że Steve Morse wydaje płyty, że robi to także Eric Johnson, czy Jeff Beck. Oni są dla mnie ważni. Wspaniale więc będzie, jeżeli moja muzyka dotrze do przynajmniej jednej osoby na świecie i stanie się dla niej ważna.


Pamiętam twój koncert z imprezy Jason Becker Not Dead Yet w San Francisco i widoczną radość na twarzy Jasona podczas twojego występu.


To było piękne doświadczenie, móc zagrać dla niego moją muzykę, ale nawet nie wiesz jak onieśmielona wtedy byłam. To jest tak jak z dawaniem prezentów - osobie dla ciebie ważnej chcesz ofiarować tak dobry prezent jaki tylko możesz zdobyć. Nie czułam tam presji rywalizacji z innymi występującymi gitarzystami, takimi jak Steve Morse czy Gus G. Chciałam po prostu dać Jasonowi od siebie fajny prezent. Niestety 30 sekund po rozpoczęciu pierwszego kawałka wysiadł mój wzmacniacz - nigdy nie przytrafiła mi się tak spektakularna awaria jak wtedy...


Faktycznie, zdarzyło się coś wtedy. Ale to ciekawe, bo stałem w pierwszym rzędzie pod sceną i moja pamięć wykasowała całkowicie to zdarzenie. Jedyne co pamiętam to dźwięki, które na kilkanaście minut zabrały mnie i pozostałych słuchaczy do innego wymiaru. To jest chyba najbardziej magiczna właściwość dobrej muzyki…


To co mówisz jest bardzo miłe, a jednocześnie interesujące. Zwykle sprzeczam się z ludźmi, którzy mają tendencję do zbyt krytycznego, analitycznego oceniania muzyki. Wierzę, że muzyka jest czymś więcej - potrafi inspirować, łączyć, a nawet sprawiać, że ktoś kto czuje się źle, poczuje się znacznie lepiej. To jest w muzyce wspaniałe, że może ze sobą nieść tyle pozytywnej energii, a jednocześnie jedyną jej złą stroną może być to, że cię rozdrażni lub znudzi i ją wyłączysz. Nie znam żadnej innej rzeczy na tym świecie, która niosłaby ze sobą tak wiele potencjalnych korzyści, przy tak niewielkim ryzyku.


Czy zatem twoja następna płyta będzie miała moc uzdrawiającą?


(śmiech) Być może, ale z muzyką jest tak, że często zaczyna żyć własnym życiem i ma gdzieś zamierzenia artysty. Czasem mam nawet wrażenie, że to nie ja piszę muzykę - to muzyka pisze samą siebie. Jedyną koncepcją jaką sobie z góry założyłam przy tworzeniu drugiej solowej płyty jest położenie większego nacisku na sferę kompozycji. Chciałabym, aby była ona bardziej zwarta jako całość. Jednocześnie skład będzie bardziej zróżnicowany, bo obok tradycyjnego rockowego trio pojawi się kwartet smyczkowy, fortepian, a nawet w kilku miejscach organy. Podchodzę więc do tej płyty bardziej od strony kompozycyjnej, niż gitarowej, której oczywiście też nie zabraknie. To są założenia, a reszta niech dzieje się sama.


W jaki sposób tworzysz nowy materiał?


Nie ma na to reguły, ponieważ inspiracja przychodzi w niespodziewanych momentach. To co staram się obecnie robić, to komponować muzykę trzymając się dalej od gitary. Powodem ku temu jest nierozerwalne połączenie pomiędzy moim wewnętrznym ja a moim głównym instrumentem. Mając gitarę w rękach, zawsze myślę jak gitarzystka, a komponując chciałabym chociaż przez chwilę być wyłącznie kompozytorem. Kiedy odkładam gitarę na bok, zyskuję pewność, że to co komponuję nie powstaje dlatego, że mam pod palcami jakąś technikę lub przeciwnie, że jakiejś techniki gitarowej unikam. Korzystam więc z programu do notacji muzycznej Sibelius, w którym zapisuję sobie wszystkie partie i motywy jakie pojawiają się w mojej wyobraźni. Dzięki temu tworzę to co po prostu dobrze według mnie brzmi, a dopiero potem uczę się tego na gitarze i opracowuję techniki jakich muszę użyć, aby to wykonać na żywo.


Jakie zabawki znajdują się w twoim arsenale sprzętowym?


Moją główną gitarą nadal pozostaje Music Man Silhouette. Właściwie Silhouette to był mój pierwszy instrument elektryczny w ogóle i dalej się go trzymam. Mam zresztą z tą firmą wspaniałe, rodzinne relacje i bardzo to sobie cenię. Często ludzie dają mi do wypróbowania jakieś nowe gitary, a ja wtedy mówię: "Ok, to bardzo fajne wiosło, ale… czy mogę już wrócić do swojej Silhouette?" (śmiech) Tak więc wykorzystuję ją do większości partii elektrycznych na tym albumie. Nowością jest użycie modelu Music Man Majesty w kilku miejscach. Do barw klasycznych wykorzystuję przepiękną gitarę nylonową Kenny Hill Ruck, a do akustycznych gitarę Stephen Strahm Custom Eros. Jeśli chodzi o wzmacniacze to opieram się na Englu Special Edition E 670 EL34 oraz Fenderze 1966 Deluxe Reverb do czystych barw. Nowinką w mojej graciarce jest Two Rock Bi-Onyx, w którym się kompletnie zakochałam - brzmi doskonale i używam go więcej i więcej. Struny to głównie GHS 10-52, choć czasami zakładam jedenastki do Gibsona, żeby gitara nie była zbyt miękka. Kostki idealnie pasujące do moich kobiecych dłoni to Jazz III - kiedy biorę do ręki standardową, dużą kostkę, czuję się prawie tak jakbym trzymała frisbee. Na koncert zdarza mi się brać wersję Jazz III Max Grip, dzięki czemu mam pewność, że jej przypadkowo nie upuszczę. Chciałabym tu podkreślić, że sprzęt jest ważny, ale nie można jego znaczenia demonizować. Wierzę, że brzmienie ma się tak naprawdę w swoich rękach i w głowie. Nasze wybory oparte są na intuicji - bierzemy to co najłatwiej i przy minimalnej walce pozwala nam uzyskać brzmienie, jakiego szukamy. Zbyt często jednak ciągłe wymiany sprzętu stają się wymówką, dlaczego nie osiągamy sukcesu - tak jakby jedynie posiadanie tej nowej, lepszej gitary nas od niego oddzielało. To miraż.


Ciekawą rzecz powiedział kiedyś John Scofield - przyznał, że często zmieniał sprzęt, ale gdyby mógł teraz wrócić i coś poprawić, to po prostu nie zmieniał by nic w swoim setupie, tylko trzymał się cały czas tych samych instrumentów. Wierzy bowiem, że jeśli bardzo długo na czymś grasz, to staje się częścią ciebie.


Totalnie się z tym zgadzam. Zauważyłam, że im dłużej na czymś gram, tym lepiej to brzmi. Tak jak z wieloma innymi rzeczami, musisz dobrze poznać swoje narzędzia, aby móc je optymalnie wykorzystać. Z nową gitarą jest jak z nowym samochodem - może być doskonały, ale nie od razu będzie ci się nim doskonale jeździło. Tak więc nad sprzętem trzeba odpowiednio popracować. Z drugiej strony część mojej osobowości nie chce się zbyt długo męczyć z danym urządzeniem: "Kupiłam Cię, teraz należysz do mnie i nic mnie to nie obchodzi - zamknij się i graj!" (śmiech) Tak długo jak sprzęt się sprawdza i nie trzeba nad nim zbyt długo deliberować - wspaniale - jeśli jest inaczej, trzeba go po prostu wymienić na coś, co będzie chciało z nami współpracować. To jest narzędzie, być może ważne narzędzie, ale samo w sobie nie jest ono właściwą treścią naszej sztuki.


Jaką radę dałabyś na koniec naszym czytelnikom?


Nie jest to może zbyt oryginalna rada, ale rób po prostu to co kochasz i nie zaprzątaj sobie głowy sukcesem albo pieniędzmi, jeśli nie jest to głównym motywem twojej działalności. Jeśli chodzi ci o muzykę, to rób taką muzykę, jaką kochasz, wkładając w nią całą energię i pasję jaką posiadasz. Prawdziwą tragedią jest bowiem sprzedawanie własnej miłości za pozornie korzystny życiowy kompromis, który finalnie może nigdy nie dać oczekiwanej satysfakcji. Świat jest pełen takich dryfujących, wypalonych ludzi, którzy podjęli kiedyś złą decyzję. Nie dopuść do tego! Trzeba też pracować nad tym jakimi ludźmi jesteśmy, bo to jacy jesteśmy odbija się w naszej muzyce jak w lustrze. Jeśli jesteś otwartym, odważnym człowiekiem - to będzie słychać w twoich dźwiękach - a kiedy jesteś zwykłym dupkiem, to będziesz brzmiał jak dupek. Muzyka naprawdę odsłania o nas samych dużo więcej niż byśmy chcieli. Słuchając czyjejś muzyki, tak naprawdę dotykasz przez chwilę jego duszy.


Rozmawiał: Krzysztof Inglik
Zdjęcia: Larry DiMarzio

GALERIA
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Zobacz wszystkie