Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Marcin Żabiełowicz (HEY)

Marcin Żabiełowicz (HEY)

W tym miesiącu rozmawiamy z Marcinem Żabiełowiczem, gitarzystą jednej z najbardziej zasłużonych dla polskiego rocka grup.

Okres największej popularności grupy Hey, bo o niej tu mowa, przypada na lata 1993-1994, kiedy to światło dzienne ujrzały dwa doskonałe albumy: "Fire" (1993) oraz "Ho!" (1994). Marcin Żabiełowicz jest artystą o bogatym doświadczeniu studyjnym i scenicznym, mającym na swoim koncie również współpracę z takimi wykonawcami, jak choćby: John Porter, Edyta Bartosiewicz, Natalia Kukulska, Albert Rosenfield czy After Blues.

Obecnie Hey bardzo dużo koncertuje. Czy wasze doświadczenie zdobyte w ciągu 15 lat kariery artystycznej pomaga w zwalczeniu stresu związanego z występem?


Tak naprawdę to zespół Hey koncertuje non stop. Mimo to nigdy nie próbował grać więcej niż potrzeba i za każdym razem występ wiąże się z emocjami i adrenaliną. Myślę, że pierwszy koncert bez stresu i tremy będzie oznaką rutyny, a wtedy czas skończyć z tym zawodem. Odnośnie walki ze stresem, to każdy z nas ma pewne rytuały, które mają za zadanie zrelaksować i wyłączyć z rzeczywistości. Są to zupełnie banalne i codzienne czynności, takie jak picie herbatki czy małego piwka lub czytanie książek... To pomaga.


Odnośnie życia na walizkach - jest to dla was ciężka praca, która wymaga wielu wyrzeczeń?


Bardzo pomagają nam zdrowe, przyjacielskie relacje, które panują w zespole. Hey jest naprawdę wyjątkowy pod wieloma względami i nie mówię tego tylko dlatego, że akurat w nim gram. Ta rodzinna atmosfera w zespole udziela się nie tylko nam, ale także naszym kolegom z ekipy technicznej.


Wasz koncertowy album zatytułowany "MTV Unplugged" został bardzo dobrze przyjęty...


Szczerze mówiąc, sukces tej płyty bardzo nas zaskoczył, ponieważ nie wiedzieć czemu polska publiczność nie lubi płyt koncertowych. Mamy w kraju wspaniałych ludzi, którzy świetnie potrafią bawić się na koncertach, natomiast płyty koncertowe nigdy nie cieszyły się taką popularnością jak studyjne. Jest to dla mnie nieco dziwne, bo ja osobiście uwielbiam płyty koncertowe innych wykonawców. W przypadku tego krążka myślę, iż trafił on do nieco starszych odbiorców, i mimo tego, że bardzo chciałbym uniknąć słowa "starszych", to chyba mi się to nie uda. Sukces tej płyty jest także efektem tytanicznej pracy Marcina Macuka, który znakomicie ogarnął całe przedsięwzięcie. Bez niego praca przed koncertem rejestrowanym na płycie byłaby dużo trudniejsza. Dzięki Marcinowi uniknęliśmy wielu nieporozumień podczas przygotowań, których zapewne nie dałoby się wyeliminować bez jego fachowej pomocy. Właściwie to nie wiem, w czym można jeszcze upatrywać sukcesu tej płyty. Może dlatego, że jest to przekrojowy materiał podany w nieco lżejszej formie? To jest taki lekki Hey...


Kiedy można spodziewać się kolejnej płyty studyjnej i jaką będzie zawierać muzykę?


Trudno powiedzieć. W Heyu tak naprawdę niczego nie można przewidzieć. Każdy z nas pisze piosenki, ma pomysły w szufladzie, jednak ten ostateczny szlif płyty nadajemy wspólnie - po to zresztą jest zespół. Kiedyś robiliśmy próby przed wejściem do studia, aby materiał został odpowiednio ograny. W przypadku ostatnich płyt stwierdziliśmy, że to nie ma kompletnie sensu. Praca w studiu ma być otwarta i nieograniczona. Taką możliwość daje nam studio, które budujemy sobie na wsi, i w spokojnej atmosferze pracujemy nad albumem, nie próbując odtworzyć czegoś, czego nauczyliśmy się wcześniej. Pracujemy cały dzień bez poganiania - część z nas nagrywa, część przygotowuje obiad. To naprawdę świetny system. Oczywiście taka metoda pracy bardzo nam odpowiada, lecz nie wiem, czy jest ona uniwersalna i dobra dla wszystkich.


Chociaż wszystkie wasze albumy realizował Leszek Kamiñski, to jednak każdy z nich ma inny charakter i brzmienie. Czyja to zasługa?


Jest to zasługa zarówno samego zespołu, jak i Leszka Kamińskiego, który jest dla nas autorytetem. My sami staramy się nie zamykać w jakiejś określonej przestrzeni stylistycznej, bo taka sytuacja skazywałaby zespół na powolną śmierć. Nie można przecież grać przez naście lat tak samo (śmiech). I tutaj dochodzimy do współpracy z realizatorem/ producentem. Jest rzeczą oczywistą, że gdy muzycy nie dają się do niczego przekonać - wszystko wiedzą lepiej, nie mają zaufania i szacunku dla realizatora bądź producenta - wtedy jakakolwiek owocna współpraca jest praktycznie niemożliwa. Ale w naszym przypadku na szczęście tak nie jest.


Czy tradycja współpracy z tym samym realizatorem będzie podtrzymana również na kolejnym studyjnym albumie?


Zobaczymy. Myślę, że przy kolejnej płycie mielibyśmy ochotę spróbować czegoś innego. Ale nic nie jest przesądzone.


Jak wyglądała twoja edukacja muzyczna, zanim zacząłeś grać w zespole Hey, i jaki wpływ miała ona na twoją obecną grę?


Moim pierwszym instrumentem był fortepian. Zacząłem na nim grać w wieku siedmiu lat. Gdy miałem dwanaście lat doszła gitara i tak zaczęła się moja długa fascynacja tym instrumentem. W domu zawsze było dużo muzyki, głównie dzięki mojemu tacie, który był ogromnym fanem Jimiego Hendriksa. Tak więc, jak widzisz, przynajmniej ze strony rodziców start miałem ułatwiony, bo nikt mi nie mówił, że jest za głośno czy za długo. Dzięki nim kupiłem swoje dwie pierwsze gitary, wielokrotnie pomagali mi też przy realizacji nieco bardziej szalonych zakupów typu Soldano SLO czy Matchless... Co tu dużo mówić, rodzice mi się udali (śmiech). Jeśli chodzi o muzykę, to przechodziłem wiele etapów fascynacji - czy to zespołem, czy to stylem muzycznym. Miałem etap Hendriksa, Pink Floyd, Jane’s Addiction, Living Colour, miałem też długi etap fascynacji bluesem, jazzem... Obecnie nagrywa się tyle ciekawej muzyki, że naprawdę nie warto się ograniczać. Trzeba po prostu chłonąć tak dużo, jak tylko jest to możliwe.


Czy twój styl grania solówek z okresu pierwszych płyt, a także tych nowszych, to efekt ciężkiej pracy?


Moja gra z okresu pierwszych płyt to bezsprzecznie owoc ciężkiej pracy. Jak każdy muzyk musiałem na początku swojej drogi poświęcić niemałą ilość godzin na ćwiczenia i "walkę z materią". Potem, im więcej umiesz, tym łatwiej przychodzą ci różnego rodzaju korekcje stylu gry. Czasami robisz to świadomie, czasami dzieje się to niejako poza tobą.


Czyli na wyrobienie własnego stylu pozwolił ci twój wrodzony talent i timing?


Widzę, że próbujesz mnie wciągnąć na bardzo śliski grunt. Na pewno nie powiem: tak, to jest mój wrodzony talent (śmiech). Myślę jednak, że chodzi tu bardziej o wiek i doświadczenie. Mogę to już powiedzieć, mając czterdziestkę na karku. Tak jak powiedział kiedyś Wojtek Waglewski, parafrazując słynne powiedzenie: "Gitarzysta jest jak wino - im starszy, tym lepszy". To w stu procentach prawda. Jeśli mimo upływającego czasu miłość do muzyki zostaje i obserwujesz, co się w niej dzieje na świecie, stwarzając sobie możliwości rozwoju i spojrzenia w nieco innym wymiarze, to twoja gra na gitarze będzie coraz lepsza. Trzeba zrozumieć, że w muzyce siłą wyrazu nie jest liczba zagranych na sekundę nut. Swoją rolę gry na gitarze w zespole Hey postrzegam teraz jako obudowywanie wokalu Kasi Nosowskiej. Szkieletem piosenki jest bas, perkusja i linia melodyczna. Dużo większą frajdę sprawia mi oszczędniejsze 
granie niż walka z wokalistką i nieustanne "łupanie". Vernon Reid powiedział kiedyś: "Nie zamykaj się ze swoją gitarą w pokoju na 18 godzin. Otwórz drzwi, wyjdź, porozmawiaj z ludźmi, rozejrzyj się po mieście. Bez tego twoja muzyka będzie uboga". Im dłużej żyję, tym bardziej rozumiem to, co on chciał powiedzieć.


Począwszy od płyty "Karma" w twoich solówkach słychać więcej improwizowanych fragmentów. Jak wygląda twój proces tworzenia solówek?


Rzeczywiście, partie solowe z pierwszych płyt układałem praktycznie co do dźwięku. Kiedyś wydawało mi się, że tak jest fajnie. Wszystko, co sobie wymyśliłem, zostało nagrane na płytę w najbardziej wycyzelowany sposób, na jaki mnie było wtedy stać. 
Wraz z upływem czasu taki styl pracy zaczął mnie nudzić, gdyż w tamtych partiach solowych brakowało... życia. Obecnie też pracuję nad solówkami, jednak to nie jest tak, że włączamy przycisk RECORD, a ja gram wszystko z głowy. Praca ta odbywa się w nieco odmienny sposób: wyznaczam sobie pewne tematy, pewne rzeczy, które chciałbym w danym solo zawrzeć, i zostawiam sobie pewien margines dowolności. Czasami jest to 10-20 procent, a bywa też nawet i 50 procent. Lecz mam tu jedną żelazną zasadę: solo na płytę musi być zagrane w całości. Nie toleruję sklejek, bo to potem słychać. Z grą na gitarze jest trochę tak jak ze śpiewaniem - kiedyś w końcu trzeba wziąć oddech. Niestety podczas klejenia fragmentów te oddechy się traci, a to bardzo rzuca się w uszy (śmiech). Jestem na to szczególnie wyczulony i dlatego zawsze nagrywam solówki w całości.


Twoje solówki charakteryzują się także wysokimi podciągnięciami i głębokim wibrato, np. w utworze "Ho". Czy wspomagasz się czasem wajchą, czy używasz jedynie siły palców?


Solo w "Ho" jest nagrane bez wajchy - wibrato i podciągnięcia grane są z ręki. Tak szczerze powiedziawszy, to podciągnięcie w "Ho" nie jest wcale takie ekstremalne. Mistrzem w ekstremalnych podciągnięciach jest David Gilmour. Co ciekawe, to solo było nagrywane na źle połączonym sprzęcie. Miałem wtedy preampa Mesa Boogie Triaxis i końcówkę VHT Two/Ninety/Two i jakoś tak w ferworze walki pospinaliśmy to wszystko przez wejścia instrumentalne o wysokiej czułości. Teoretycznie rzecz biorąc, taki zestaw powinien był charczeć, a okazało się, że zabrzmiał surowo, ale całkiem ładnie.


Grasz koncerty na gitarach PRS i Fender. Czy masz jakieś gitarowe ciekawostki w zanadrzu?


Ostatnio na koncert wyciągnąłem z szafy Gibsona Les Paula z 1969 roku. Może to też wpływ wieku (śmiech), bo ja jestem raczej fenderowcem. Oprócz tego mam PRS Hollow Body oraz PRS Custom 22 z minihumbuckerami od Jasona Lollara. Cudowne przystawki. Na ostatnim koncercie towarzyszył mi też wzmacniacz Matchless Phoenix 35 z otwartą paczką 2×12". Poza tym mam efeky Fulltone oraz Guyatone, a struny to tradycyjnie Ernie Ball .010-.046".

 

Krzysztof Jaworowski 

GALERIA
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Zobacz wszystkie