Właściwie to ta płyta powinna powstać wcześniej, ponieważ odkąd wstąpiłem do zespołu w 2002 roku, natychmiast zająłem się wraz z Davidem tworzeniem nowego materiału. Zawsze uwielbiałem komponować. Nie mieliśmy jednak dość czasu, żeby nadać swym kompozycjom sprecyzowany kształt i nagrać płytę. W 2006 roku byliśmy zaabsorbowani wydaniem koncertowego DVD pod tytułem "Live: In The Shadow Of The Blues". Ale mieliśmy też sporo dodatkowego materiału, z którym nie było co zrobić. Od lat nagrywaliśmy nasze koncerty, opracowując przy tym nowe aranżacje starych utworów. Poza tym pojawiło się kilka kompozycji, które nie znalazły się na płycie DVD. David miał pomysł, żeby je wydać jako kolejną płytę koncertową. Pracowaliśmy nad tym, ale kiedy wróciliśmy z trasy koncertowej, uświadomiliśmy sobie, że nie jesteśmy zbytnio zadowoleni z miksu. David, ja oraz Michael McIntyre, długoletni przyjaciel i asystent Coverdale’a, zmiksowaliśmy wszystko jeszcze raz i byliśmy już o wiele bardziej zadowoleni z efektu. Postanowiliśmy więc, że od tej pory sami zajmiemy się produkcją naszych płyt. Pomysł na nowy krążek narodził się zupełnie naturalnie. Dzień po Bożym Narodzeniu pojechałem z żoną w odwiedziny do Davida, u którego mieliśmy pojeździć trochę na nartach. Usiedliśmy obaj, wzięliśmy gitary akustyczne do rąk i nagraliśmy trzy lub cztery piosenki, rejestrując je w formacie MP3. Kiedy wróciłem do domu, zacząłem dopracowywać wersję demo. Potem David przyjechał do mnie i zdecydowaliśmy się wprowadzić zmiany. Tak to się właśnie odbywało, czyli całkiem spontanicznie. Nie planowaliśmy wydania nowej płyty, zaczęliśmy po prostu komponować... Niełatwo jest komponować piosenki dla Whitesnake, ponieważ europejscy fani naszego zespołu lubią klasyczny Whitesnake, natomiast fani ze Stanów Zjednoczonych znają jedynie twórczość grupy po roku 1987. Trudno jest więc wszystkich zadowolić. Ale moim zdaniem album nam się udał, ponieważ znalazły się na nim utwory, które powinny przypaść do gustu wszystkim naszym fanom.