Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Mateusz Szulborski (Black Mad Lice)

Mateusz Szulborski (Black Mad Lice)

Niektóre młode zespoły potrzebują czasu, ogłady i nabrania wiatru w żagle. Jednak Black Mad Lice brakuje jedynie trasy u boku dużego zespołu, gdyż drugi pełny materiał płockiej formacji powinien przypaść do gustu nawet najbardziej wybrednym zwolennikom gatunku. Rozmawiamy z gitarzystą Mateuszem Szulborskim.

Żeby nie zaczynać w sztampowy sposób, od razu krótka piłka, który z was najmocniej kocha At The Gates (śmiech)? Dziesięć lat temu za odpowiednik legendy można było uznać poznaniaków z In Twilight's Embrace, którzy jak wiemy, dziś stoją po znacznie mroczniejszej stronie barykady. Można powiedzieć, że w pewnym sensie wypełniliście lukę na scenie podręcznikowego melo death metalu.


At The Gates zawsze było wyznacznikiem skandynawskiego melodeath, każdy kto próbuje wejść w ten nurt nie uniknie skojarzeń z tą kapelą. Na nas jednak większe wrażenie zawsze robiło Dimension Zero i to oni byli dla nas numerem jeden gatunku - największa wścieklizna i najlepszy soundtrack pod zakrapiane imprezy.


Gdyby w Dimension Zero były blasty, rzeczywiście, zgodziłbym się. Podoba mi się ten balans pomiędzy melodyjnością a sieką. Wiele zespołów z tego nurtu często popada w przaśność i cukierkowatość. Mało tego, całe zastępy poległy w starciu z dorobkiem legend, a w waszym przypadku nie ma mowy o amatorce ani nieumiejętnym podejściu do tematu. Aż ciśnie mi się na usta pytanie, gdzie się do cholery ukrywaliście...


Komponowanie utworów wychodzi nam w sposób naturalny. Nie podchodzimy do tego jak kucharz do ciasta. Wiesz, tworzenie metodą, tu trochę tego, może trochę tego itd. Każdy z nas siedzi w innej muzie, stąd też taki a nie inny dobór "składników" kompozycji. Zawsze zależało nam na tym, żeby nasze utwory lub chociaż ich fragmenty, można było później zanucić, ale nie oszukujmy się, metal to metal, musi walić w pysk. Co do ukrywania się, to nie robiliśmy tego celowo. Jesteśmy cały czas tu - w Płocku, kapela istnieje już od jakiegoś czasu, ale zawsze zaskakiwały nas problemy natury logistycznej - zmiany w składzie, zmiany miejsc prób itp. Materiał tworzony jest dosyć prężnie, jednak do tej pory nie udało nam się wyjść z tym dalej.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

Okazja jest co najmniej dobra, bo w gatunku od jakiegoś czasu panuje posucha, a przynajmniej w tej części Europy. O ile giganci przeważnie nie zawodzą, brakuje świeżej krwi. Wasz debiut cieszy nie tylko ze względu na doskonałe podanie melo death w warstwie muzycznej, ale również brzmieniowej. W większości przypadków, nawet jeżeli zespół mocno zerka w stronę grania z pogranicza lat '90 i nowego millenium, sound jest cyfrowy. Niestety jest to winą trendów w realizacji niż celowym działaniem muzyków. Wam udało się uzyskać całkiem naturalny sound.


Dobry sound płyty zawdzięczamy Danielowi Witczakowi i Adrianowi Kasprzakowi z Aurora Studio w Luboniu pod Poznaniem. Spędziliśmy z nimi dwa tygodnie a cel, jak słychać, został osiągnięty skoro tak to oceniasz. Wszyscy uczestniczyliśmy w produkcji tego materiału i każdy z członków zespołu dorzucał coś od siebie, a zależało nam najbardziej na tym, żeby brzmienie było naturalne. Oczywiście nie boimy się nowoczesnego podejścia do realizacji, ale wszystko z umiarem.


Aurora słynie z głównie metalcore’owych produkcji. Nie baliście się, że klasyczny metalowy sound może stanowić dla chłopaków przeszkodę?


Wybór studia nagraniowego zasugerował nam Krzysztof "Siulek" Kurczewski, który był ówczesnym gitarzystą Turbo. Jego podpowiedź wystarczyła nam w 100% do tego, żeby rozpocząć sesje właśnie w Aurora Studio. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z "tematyki", jaka dominuje w tym miejscu, ale słuchaliśmy ich produkcji z oficjalnej strony, nie tylko metalcore'owych, co tylko nas utwierdziło w tej decyzji. Zresztą, melodeath, którym się zajmujemy, zawiera w sobie elementy, które ktoś z metalcorem mógłby powiązać, więc wszystko pasowało.


Z jakiego sprzętu korzystaliście w trakcie sesji ?


Bębniarz całą sesje wbijał na swoim zestawie Pearl Masters Premium z blachami firmy Anatolian. Gitara basowa to japoński Fender z 84 r PJ-Bass 555, a gitary rytmiczne i prowadzące - Fernandes Revolver 7 Bariton. Wbrew pozorom Daniel i Adrian brzmienie gitar i basu kręcili w większości na sprzęcie cyfrowym, oddającym w pełni to, co prezentują zwykle żywe wzmacniacze lampowe i tranzystorowe.


Chwilę wcześniej powiedziałeś ciekawą rzecz odnośnie brzmienia. Zazwyczaj pytam gitarzystów o ich preferencje odnośnie gratów, i procesory częściej interesują młodych ludzi, grających nowoczesny metal. Z drugiej zaś strony, kiedy mówi się o "metalowym duchu" i ciężarze, pasjonaci stawiają na klasyczny zestaw paka plus head. Do czego trzeba tak naprawdę dojrzeć?


Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć, co jest lepsze, a co gorsze. Niektórzy pewnie słyszą różnicę pomiędzy np. wzmacniaczem Peavey 5150 w wersji klasycznej - analogowej, a pomiędzy jego odzwierciedleniem w wersji VST czy jego symulacji np. przez Axe FX czy Kempera. Dla mnie ta różnica jest na tyle znikoma, że zdecydowaliśmy się używać na płycie brzmień typowo cyfrowych, a i tak jak sam stwierdziłeś sound jest naturalny. Nie jestem w stanie opowiedzieć się za którąkolwiek ze stron. Wszystko to kwestia możliwości dokładnego ogrania różnych sprzętów, na co nie zawsze znajdzie się czas i budżet. Podobna sytuacja ma miejsce w graniu na żywo. Jeśli gitarzysta stwierdzi, że znalazł kozackie brzmienie na Marshallu Valvstate a gra djent, to czemu miałby tego nie używać.


Wydajecie się być świadomi zarówno jakości materiału jak i wkładu pracy jaki został włożony w jego realizację. Pozostaje jednak pytanie, co z promocja albumu. Obaj wiemy, że próżno u nas szukać potencjalnego wydawcy.


Jesteśmy właśnie w trakcie wysyłania promówek do wytwórni zarówno polskich jak i zagranicznych. Nie ukrywamy, że celujemy także w te "największe", ale z nimi bywa różnie. Zobaczymy co z tego wyjdzie. W dzisiejszych czasach wiele młodych zespołów próbuje promocji na własną rękę i być może także podążymy tą drogą, ale zostawiamy to jako ostatnie rozwiązanie. Jedno jest pewne - chcemy grać i promować naszą muzykę wszędzie gdzie się da. Na tę chwilę nie mamy żadnych konkretów, a szkoda. 

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

Wielokrotnie w rozmowie pada hasło melodic death metal i metalcore. Oba te nurty przez lata mocno się przenikały, a może nawet, gdyby nie podwaliny położone przez At the Gates i szwedzki metal, z pewnością nie mówilibyśmy o metalcorze jaki znamy. Jak jest w waszym przypadku, jesteście zapatrzeni tylko w "klasyków", czy to co słyszymy na debiucie jest wypadkową również nowych brzmień?


W Polsce od zawsze panowała moda na "true death metal" i wstrętny metaplikowy thrash.To tak jakby wpisało się w tradycję narodu. Później nastąpił metalcore'owy boom i wielu chciało grać jak Killswitch Engage, ale też nie stanowią oni większości. Może po prostu nie ma aż tylu fanów melodeathu żeby łączyli się w składy tak często jak np. fani Vadera, Deicide czy Nile. Stąd też może ta luka na polskim rynku. To oczywiście tylko podejrzenia, nikt z nas nie przeprowadzał badań rynku muzycznego przed założeniem kapeli. Jeśli ta luka istnieje, to chcemy ją zapełnić.


Rozmawiał Grzegorz Pindor

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie