Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Phil Collen i Vivian Campbell (Def Leppard)

Phil Collen i Vivian Campbell (Def Leppard)

W zeszłym roku trasa koncertowa Def Leppard, Whitesnake i Black Star Riders wypełniła hale całego świata. Spotkaliśmy się z Philem Collenem i Vivianem Campbellem, żeby porozmawiać o najnowszej płycie, sposobie komponowania i starych dobrych czasach…

Zespół Def Leppard nie uznaje półśrodków. Jest 16 grudnia. Czekamy na próbę dźwięku w Cardiff Motorpoint Arena. Szum głośników co jakiś czas przerywają pojedyncze dźwięki instrumentów. Armia technicznych uwija się ze sprzętem. Na ogromnym ekranie wyświetlany jest pokaz slajdów prezentujący fotki Def Leppard z lat 80.: młodość, nagie torsy i natapirowane włosy muzyków, którzy do dziś nie wierzą w swój ogromny sukces. W końcu na scenie pojawia się zespół. Zaczynają grać przebój, z którym powrócili w 2015 roku. Pusta hala w ogóle nie przeszkadza w tym, żeby dać czadu. Phil Collen i Viv Campbell toczą bitwę na solówki stojąc na podwyższanych platformach. Nikt nie uwierzyłby w to, że zespół koncertuje już niemal 40 lat.

Godzinę później czekamy na muzyków w przygotowanym wcześniej biurze. Pierwszy zjawia się Campbell ze swoją gitarą. Opowiada o tym jak zjarał się podczas przesłuchań do zespołu Ronniego Jamesa Dio. Chwilę później pojawia się Collen. Towarzyszy mu jego charakterystyczny Jackson X-Stroyer. Kończymy pogaduchy i przechodzimy do konkretów.

Bądźcie ze mną szczerzy. Jak bardzo szalone były wasze trasy koncertowe w latach 80.?


Phil: Ja i Steve Clark (zmarły w 1991 roku gitarzysta zespołu) wlewaliśmy w siebie hektolitry alkoholu. Później robiliśmy oczywiście strasznie głupie rzeczy. W Holandii jeździliśmy po pijaku Porsche. Przelecieliśmy przez most, ścięliśmy kilka drzew i wjechaliśmy do sklepu. Oczywi- W zeszłym roku trasa koncertowa Def Leppard, W hitesnake i Black Star R iders wypełniła hale całego świata. Spotkaliśmy się z Philem Collenem i V iv Campbellem, żeby porozmawiać o najnowszej płycie, sposobie komponowania i starych dobrych czasach… ście skończyliśmy w areszcie. Z perspektywy czasu uważam, że nie było w tym nic zabawnego. To czysta głupota. Chyba dlatego od 28 lat nie piję…


Jak głośne są wasze koncerty na obecnej trasie?


Viv: Cóż, po wczorajszym występie było trochę skarg. Niestety, nie od lokalnych władz, ale od fanów. Niskie pasma były ogłuszające, więc musimy coś z tym zrobić. Poza tym trasa była fenomenalna. Czuję jakby ludzie myśleli, że to nasze ostatnie koncerty: "Lepiej chodźmy na Def Leppard zanim kopną w kalendarz".


Czy nowa płyta miała być utrzymana w konkretnej stylistyce?


Otóż nie. Zazwyczaj faktycznie mamy określony plan. Tak było w przypadku płyty Slang. Po dopracowanych wydawnictwach, takich jak: Pyromania, Hysteria czy Adrenalize, chcieliśmy nagrać coś surowego. Z kolei X miało być z założenia bardziej popowe: coś pomiędzy Garbage i Backstreet Boys. Tym razem chcieliśmy napisać singiel a nim się obejrzeliśmy, mieliśmy całą płytę. To popłynęło samo. Nie podchodziliśmy do tego specjalnie serio, planując szczegółowy business-plan. Stąd zresztą ten jakże odkrywczy tytuł (śmiech).


To chyba najmniej spójna płyta w całej karierze zespołu. Płytę zamyka psychodeliczny kawałek Blind Faith. Nigdy wcześniej nie nagraliśmy nic takiego. Jedyne co spaja cały ten materiał to wokal. Jesteśmy Beach Boys metalu!


Każda piosenka jest inna. Sprawdź Last Dance, Sea Of Love czy Dangerous. Mimo wszystko jakoś ze sobą grają. Dookoła jest tyle inspiracji. Gdybyś spytał mnie czego ostatnio słuchałem, od razu wskazał bym Hiatus Kaiyote. To neo soul w stylu Eryki Badu czy Jill Scott. Kocham też najnowszą płytę The Prodigy!


W jaki sposób wybieracie riffy, które wykorzystujecie w utworach Def Leppard?


Liczy się przede wszystkim prostota. Wiele hard rockowych zespołów nie akceptuje prostych riffów. Muzycy myślą, że skomplikowany znaczy lepszy. Takie myślenie rzadko się sprawdza. Chyba mogę powiedzieć, że gra w Def Leppard nie pchnęła szczególnie do przodu moich umiejętności. Nie o to chodzi w tej muzyce. Prawdziwym wyzwaniem jest wokal, dobrze napisane piosenki, produkcja i wykon. Kiedy grałem z Dio, gra na gitarze faktycznie stanowiła wyzwanie. Byłem jedynym gitarzystą i oprócz rozbudowanych riffów, grałem rozbudowane solówki.


W brzmieniu zespołu gitara musi mieć swoje określone miejsce. Jest wielu muzyków, którzy potrafią spierdolić melodię wokalu bo w ogóle się z nią nie liczą. U nas gitara nigdy nie wchodzi nikomu w drogę. To dopracowane riffy, które nie wchodzą w drogę linii wokalu ale wciąż mają groove. Na płycie Hysteria jest od cholery gitar jednak wszystkie są "posłuszne" melodii.


To jednak nie tak, że my i nasze gitary, jesteśmy zupełnie zbędni. Weźmy na przykład kawałek Dangerous. Jest agresywny i punkowy, więc aż prosił się o solówkę. Wolę jednak być jak Mick Ronson niż Yngwie Malmsteen. Nie chodzi przecież o to, żeby sprawdzić ile sześćdziesiątekczwórek zmieścisz w ośmiu taktach.


Macie swoje ulubione akordy?


Chyba każdy ma. Bob Dylan powiedział kiedyś, że piszemy tylko pięć piosenek a potem odtwarzamy je na milion różnych sposobów. Zawsze masz D, C i G, jednak każdy z tych akordów ma 9 innych wersji. I każdy z nich może zabrzmieć świetnie!


Moment w którym w waszych utworach wchodzi refren jest jak spuszczenie bomb. W czym tkwi sekret?


To lata pracy z naszym producentem Muttem Lange. Przychodzimy do niego z refrenem a on od razu zarzuca nam, że nie jest wystarczająco mocny. Zawsze podnosi poprzeczkę w górę. Poza tym refreny ciągle grają mi w głowie. Mój telefon jest pełen nagrań, na których śpiewam różne bzdury.


Kogo w takim razie uznajecie za najlepszych gitarzystów-kompozytorów?


Zdecydowanie Jimmy Page. Choć kiedyś zlinczowano mnie za to, że powiedziałem, że wcale nie jest taki dobry. A chodziło mi po prostu o to, że jego solówki nie są zbyt czyste. Mimo to wolałbym być nim niż np. Yngwie Malmsteenem. Oczywiście nie żebym chciał obrażać tego drugiego. Po prostu wolę tamten typ muzyka.


Jimi Hendrix i Eddie Van Halen. Ich piosenki były świetne. Yngwie jest świetny, a jednak ludzie wciąż sięgają po gitarę nie ze względu na niego, tylko np. Kurta Cobaina.


Macie jakieś szczególne wspomnienia z sesji nagraniowych w Dublinie?


To była czysta przyjemność. Nagrania były podzielone na trzy etapy. Trochę jak w przypadku The Rolling Stones kiedy w Muscle Shoals, jednego dnia nagrali Sugar a drugiego Wild Horses. Nie czuliśmy się przeciążeni.


Szczerze mówiąc sam proces nagrywania nigdy nie sprawia mi szczególnej frajdy. Dorastałem w czasach kiedy wyglądało to zupełnie inaczej. Nagrywaliśmy na setkę, dodawaliśmy drobne zmiany i bang, poproszę kolejny utwór. W przypadku Def Leppard, na każdym etapie zajmuje to mnóstwo czasu. Nie liczy się wykon. Nieco ważniejsze jest brzmienie. Jednak priorytetem są zawsze dobre kompozycje. Zawsze zastanawiamy się co zrobić, żeby płyta zachowała pewien balans. Większość zespołów nie myśli tymi kategoriami. U Dio wyglądało to tak: "Ma ktoś riff? Zróbmy z niego piosenkę, nagrajmy ją i jedźmy w trasę."


Czy to prawda, że w latach 80. Mutt faktycznie nagrywał pojedyncze struny?


To ten fragment w kawałku Hysteria kiedy leci "I gotta know tonight". Mutt chciał, żeby nie było tam żadnego arpeggio. Mój przyjaciel, który był z nami w studio stwierdził, że coś jest z nami nie tak. Ten patent pojawił się też w kawałku Too Late For Love. Jest tam przester więc chcieliśmy uzyskać większą klarowność brzmienia. To były tylko pojedyncze epizody. Nie robimy tego często!


Ludzie twierdzą, że w waszych kawałkach jest strasznie dużo ścieżek gitar. To prawda?


Jest ich na pewno więcej niż mogę policzyć na palcach obu dłoni. Jednak to nie jest jakaś reguła, do której zawsze się stosujemy. W kawałkach takich jak np. Man Enough prawie w ogóle nie słychać gitar. Przeciwieństwem będzie oczywiście Let’s Go gdzie faktycznie jest ich sporo.


Bardzo się cieszę, że pracując nad tą płytą, wiedzieliśmy kiedy powiedzieć stop. To chyba pierwszy album, który nie nie pomieszał nam w głowach kiedy siedzieliśmy w studio. Mutt to geniusz. Mówił: "spróbujmy tego" i zazwyczaj okazywało się, że jego rozwiązanie sprawdza się najlepiej.


Potrafisz powiedzieć, kto nagrywał które partie na tej płycie?


Zdecydowanie! Wzmacniacze i efekty nie potrafią ukryć tożsamości gitarzysty. Kiedy jesteśmy w studio i mam jakiś pomysł, biorę do ręki gitarę Phila, która akurat jest pod ręką. Mimo że gram na jego brzmieniu i tak słychać, że to ja trzymam wiosło. Kiedy on chwyta za mojego Les Paula, mamy analogiczną sytuację. Wszystko zależy od rąk. Liczy się każdy niuans, taki jak np. kąt pod którym układam kostkę. Ja i Phil gramy zupełnie inaczej. Jego prawa ręka jest bardziej agresywna. Często artykułuje nią pewne dźwięki. Mi zdarza się to niezwykle rzadko. U mnie jest więcej legato granego lewą ręką. W moim graniu, bardzo ważne są również podciągnięcia.


Gram agresywnie bo bardzo się wczuwam. Oczywiście to oczywiste, że przez to można się łatwo pomylić. Używam trzech palców do podciągania strun a moje vibrato jest niezwykle wolne.


Mam ciężką prawą rękę przez co nie wszystkie dźwięki artykułuję w odpowiedni sposób. Tłumię znacznie więcej dźwięków niż Phil. Moi pierwsi gitarowi idole, których utwory mocno analizowałem to Rory Gallagher i Gary Moore. Obaj mają mocną prawą rękę. Od Gallaghera nauczyłem się wyciskanych flażoletów, których chyba trochę nadużywam.


Phil, zakładam, że w studio nagrywałeś na swoim Jacksonie PC1?


Głównie tak. Moc mojego X-Stroyera tkwi w grubszym gryfie. Ściśle współpracuję z Jacksonem więc wciąż ulepszamy serię PC1. Używam też bardzo grubych strun: od 13 do 54.Korzystam też z metalowych kostek co również wpływa na brzmienie. Mutt stwierdził, że brzmi to bardziej współcześnie. W studio korzystałem z innego modelu PC1 niż ten który mam tu ze sobą. Tam korzystałem ze strum 0,014-0,056.


Viv, a jaką gitarę ty zabrałeś do studia? Czy to wciąż ten sam, hybrydowy Les Paul?


Gryf pochodzi z modelu 78 Custom, który kupiłem w Nashville w 1993 roku. Nieco później lecieliśmy z Los Angeles do Hiszpani. Instrument dotarł do Europy w kiepskim stanie. Korpus był pęknięty a przystawki wbite w drewno. Najwyraźniej na gitarę spadło coś ciężkiego. Przetrwał tylko ten gryf. I całe szczęście, bo głównie z jego powodu kupiłem tę gitarę. Wszystkie części są więc oryginalne. Korpus pochodzi z modelu 59 Standard. Głównie ten instrument pojawia się na płycie. Tu trzeba jednak zaznaczyć, że dla mnie nie ma tak naprawdę znaczenia za jaką gitarę chwytam podczas nagrań. Biorę co mam pod ręką.


Jaki sprzęt pomógł uzyskać brzmienie na najnowszej płycie?


Dużo nagrywaliśmy na Marshallu JMP. Do studia zabrałem też głowę Engl Blackmore i paczkę Engl 4x12 z głośnikami Vintage 30.


Korzystałem z brzmień programu Guitar Rig, głównie symulacja Marshalla JCM800 z różnymi chorusami i delayami. Żadnych wzmacniaczy. Żadnych efektów. Nigdy nie przepadałem za takimi rzeczami. W moim przypadku to zawsze wzmacniacz kreował brzmienie.


Efekty podłogowe nie pojawiają się też na waszych koncertach, prawda?


Żadnych pedalboardów. Szczerze mówiąc, tęsknię za czasami, kiedy miałem nad tym wszystkim kontrolę. Obecnie nie mogę nawet zmienić czystego kanału na przesterowany. Mamy od tego ludzi, którzy nie są nieomylni. To dość interesująca kwestia.


Obydwaj korzystacie z procesora Fractal Axe-Fx II…


(wzdycha) Nie mam zielonego pojęcia jak to działa. Preferuję oldschoolowy sprzęt. Wolałbym wpinać się prosto we wznacniacz. Kiedy byłem młodszy chodziło tylko o efekty: "Stary, posłuchaj jaki świetny przester!". Obecnie, gdybym wylądował na bezludnej wyspie, wziąłbym ze sobą kaczkę i to by mi wystarczyło.


Komputer jest dla was istotnym elementem pracy w studio?


Korzystamy z Pro Toolsa. Nie jesteśmy na tyle "retro", żeby nagrywać na taśmę. Jeśli chodzi o technologie, wszystko zależy od tego jak się ich użyje. Nowoczesne nagrania są kompresowane na każdym etapie produkcji: od rejestracji śladów, przez miks aż po mastering. Każdy chce, żeby to jego ścieżki były najgłośniejsze. A potem patrzysz na widok fali dźwiękowej i nie ma tam nawet odrobiny przestrzeni na jakikolwiek oddech. Właśnie tego nie lubię w nowoczesnych nagraniach. To rani moje uszy. Słuchając płyt z lat 70. czuć pewne ciepło. Myślę, że w przypadku naszych nagrań, nowoczesne technologie wykorzystywane są w dobry sposób. Prędzej piekło zamarznie, niż postanowimy nagrać płytę analogowo…


Phil, jak wspominasz sukces płyty Hysteria w 1987 roku?


Moim zdaniem, ciekawszym zjawiskiem były wszystkie problemy związane z poprzednią płytą, Pyromania. W ciągu 9 miesięcy przeskoczyliśmy z koncertów w Marquee Club do Jack Murphy Stadium. A później trzy lata ciszy. Zaczynaliśmy właściwie od początku i było to bardzo upokarzające. Hysteria nie mogła się przebić. Koncerty się nie sprzedawały. I nagle utwór Pour Some Sugar On Me stał się hitem klubów ze striptizem na Florydzie a album pobił rekordy sprzedaży. Porażka związana z Pyromanią nauczyła nas dużej pokory. Zdaliśmy sobie sprawę z tego jak bardzo ulotny potrafi być sukces.


Viv, co zmieniło się w twoim życiu odkąd zdiagnozowano u ciebie raka?


Zawsze byłem bardzo pozytywną osobą. Moja szklanka była do połowy pełna. Teraz właściwie się przelewa. Takie historie sprawiają, że zaczynasz doceniać każdy aspekt życia. Nie mam problemu z samą chorobą. Najgorszy jest balans pomiędzy pracą i leczeniem. Gdybym nie mógł grać, z pewnością już dawno bym umarł. Wiem, że choroba w końcu zwycięży, ale obecnie każdy dzień to piękny dar od losu. Nie ma już czegoś takiego jak zły koncert. Jeśli coś mi się nie uda, nie będę tego przeżywał jak dawniej. Teraz spływa to po mnie jak po kaczce. W szerszej perspektywie nie ma to żadnego, jebanego znaczenia.


Czy gitarowy rock ma jeszcze przyszłość?


Na rynku muzycznym wciąż pojawiają się wspaniałe zespoły. Nie mam jednak pojęcia jak poradzi sobie sama gitara. Gitarzyści wiele już osiągnęli. Z drugiej jednak strony, w latach 70. na pewno też mówiło się o tym, że ten instrument się kończy. A potem pojawił się Eddie Van Halen i dopisał zupełnie nowy rozdział do gitarowej historii muzyki. Spójrz, mamy tu plakat Black Stone Cherry. Zbliża się ich koncert. To jeden z sygnałów, że gitarowy rock wciąż ma szansę przetrwać. Chciałbym, żeby ten instrument znów stał się modny. Wszystko jest możliwe, czyż nie?

GALERIA
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Zobacz wszystkie