Po prostu przyszła jej pora na odpoczynek. O jej odejściu na emeryturę zadecydował mały wypadek na koncercie w Istambule. Grałem przed dziesięciotysięczną publicznością i kiedy uderzyłem w mostek tremolo, gitara po prostu się rozpadła. Kawałki żółtego i brązowego drewna spadły na podłogę i odpadło całe dolne skrzydło. Byłem załamany. Spojrzałem w stronę publiczności i nie wiedziałem, co dalej robić. To był moment, w którym stwierdziłem, że nadszedł czas, by dać biednej staruszce odpocząć. Zagrałem na niej niezliczoną ilość koncertów - to była moja najważniejsza gitara od roku 1998. Przez osiem bitych lat wyciskałem z niej siódme poty. Myślę, że odsłużyła swoje. Na swojej stronie internetowej zorganizowałem konkurs na gitarę dla mnie. Wygrał lutnik Jason Miskimins z Ohio. Owocem naszej współpracy jest dwugryfowa gitara w stylu Jimmy’ego Page’a o korpusie podobnym do Gibsona SG. Co ciekawe, jeden z gryfów jest bezprogowy. Najważniejsze jednak, że jest to naprawdę świetny instrument o wyjątkowym designie. Vigier konstruuje tylko dwie te gitary - jedną dla mnie i drugą dla Jasona. Nie mogę się doczekać, kiedy ją dostanę. Poza tym gram jeszcze na sygnowanej przeze mnie gitarze Vigier Excalibur, przy której majstrowaliśmy tyle, ile się tylko dało. Ma małą dziurkę z przodu, gdzie trzymam swój magiczny naparstek (śmiech). Jeśli chodzi o przetworniki, gitara ma DiMarzio Tone Zone przy mostku i Chopper przy gryfie. Jest do tego przełącznik 5-pozycyjny, dzięki któremu możliwe są różne konfiguracje: przetwornik przy mostku może pracować jako humbucker lub single-coil albo oba mogą być w przeciwfazie, co pozwala na uzyskanie takiego brzmienia, jak lubię. Mostek typu Floyd Rose jest oparty na korpusie i można go używać bez obawy o to, że gitara przestanie stroić. Poza tym nie ma nic gorszego niż pęknięta struna podczas koncertu, bo wtedy cała gitara traci strój. Rzeczą, która najbardziej mi się podoba w gitarze Vigier, jest gryf wyłożony cienką warstwą grafitu, dlatego nie trzeba go ustawiać. Jest wręcz perfekcyjny, i to niezależnie od klimatu. Na gitarach Vigier zawsze grałem tak, że leciały wióry, i nigdy nie miałem problemów z gryfem.