Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Ludzie / Wywiady / Damian Darlington (Brit Floyd)

Damian Darlington (Brit Floyd)

Czy zespół grający hity Pink Floyd może Brit Floyd odnieść światowy sukces i przyciągać na swoje koncerty tysiące fanów muzyki grupy z Londynu?

Jak się okazuje Brit Floyd znalazło sposób na poskromienie tej materii i z każdym kolejnym rokiem staje się coraz większą sensacją. O tym jaka jest recepta na sukces tribute bandu innego niż wszystkie rozmawialiśmy z założycielem Brit Floyd, Damianem Darlingtonem.

Twoja wielka przygoda z muzyką zespołu Pink Floyd rozpoczęła się z The Australian Pink Floyd Show. W zespole tym grałeś przeszło 17 lat. Czy kiedy zaczynałeś, nie miałeś wątpliwości dotyczących grania w tribute bandzie?


Szczerze powiedziawszy nie. Kiedy w 1994 roku dołączyłem do The Australian Pink Floyd Show co prawda nie miałem w planach gry w takim zespole, ale jakoś mi to nie przeszkadzało specjalnie. Trzeba pamiętać, że było to kawał czasu temu i w latach 90. tribute bandy były całkiem nowym zjawiskiem. Była to okazja, z której musiałem skorzystać. Z pewnością w podjęciu tej decyzji pomógł mi fakt, że jestem fanem Pink Floyd od 13 roku życia.


Po The Australian Pink Floyd Show nadszedł czas na Brit Floyd. Skąd pomysł na stworzenie takiego zespołu?


Po 17 latach z The Australian Pink Floyd Show doszedłem do wniosku, że chcę grać tę muzykę po swojemu i stworzyć nową grupę, która trochę bardziej liberalnie będzie podchodziła do źródła. Chciałem stworzyć swój własny set i czułem, że nadszedł na to czas. Nasz pierwszy koncert zagraliśmy w styczniu 2011 roku i od tego czasu dbamy o to aby każdy kolejny był równie wyjątkowy.


Twoi bracia i siostry są muzykami. Kiedy dorastałeś czułeś się poniekąd zmuszony do podjęcia takiej kariery, czy raczej w naturalny sposób zainteresowałeś się grą na gitarze?


Na samym początku imponowało mi moje starsze rodzeństwo, które świetnie radziło sobie z grą na instrumentach. Nigdy jednak nie czułem się do niczego zmuszany. Zainteresowałem się tym w naturalny sposób i sam chciałem podjąć taką, a nie inną drogę zawodową. Nieskromnie przyznam, że mamy chyba jakoś szczególnie dużo talentu do muzyki w naszej rodzinie (śmiech). Każdy z nas w miarę szybko uczył się gry na swoim instrumencie i robił spore postępy w krótkim czasie.


Wiele osób jest zdania, że granie w tribute bandzie jest proste, gdyż sprowadza się to do roli odtwarzacza muzyki. Z drugiej strony granie na takim poziomie jak wy wymaga od artysty sporo zaangażowania i trudno w tym wypadku o odnalezienie własnej osobowości. Jak ty radzisz sobie z tym problemem? Gdzie w waszym zespole jest miejsce na indywidualizm?


W założeniu Brit Floyd ma jak najwierniej odtwarzać muzykę zespołu Pink Floyd, ale jeśli ktoś kiedykolwiek był na naszym koncercie to wie, że nie jesteśmy więźniami oryginałów i często wykonujemy naszą interpretację danego utworu. Ponieważ każdy element show jest zaplanowany do ostatniego szczegółu to można w tym wszystkim usłyszeć również naszą własną osobowość, która w bardzo ciekawy dla nas sposób łączy się z muzyką Pink Floyd i pozwala stworzyć coś wyjątkowego. Oczywiście nigdy nie pozwalamy sobie na zbyt dużo. Ostatecznie ludzie, którzy przychodzą na nasze koncerty chcą posłuchać Pink Floyd i nie możemy ich częstować własnymi kompozycjami. Linia pomiędzy interpretacją utworu a wiernym odegraniem go jest niezwykle cienka. Niemniej jednak wydaje mi się, że w Brit Floyd uzyskaliśmy idealny balans, czego dowodem są pełne sale koncertowe.


Co zatem robisz z własnymi kompozycjami, które z całą pewnością powstają w twojej głowie? Czy takim wentylem bezpieczeństwa jest dla ciebie Acoustic Unlimited?


Poniekąd tak. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że Acoustic Unlimited tak naprawdę istnieje dla mnie dłużej niż granie muzyki Pink Floyd (śmiech). Kiedy dorastałem byłem wielkim fanem muzyki progresywnej, ale równie wysoko ceniłem gitarzystów grających na akustykach, którzy potrafili zachwycić zaledwie kilkoma dźwiękami. Ja również chciałem wyczyniać takie cuda i tak narodził się pomysł na stworzenie Acoustic Unlimited. Zaczęło się od trio, ale z czasem przerodziło w coś więcej. Na samym początku była sama muzyka, ale od jakiegoś czasu piszemy piosenki i dodaliśmy wokal. Dodatkową zaletą tego zespołu jest to, że mam okazję grać z moim bratem i siostrą. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że posiadanie takiej odskoczni pozwala mi nadal czerpać radość z grania muzyki Pink Floyd. Ostatecznie przecież nie chcę być drugim Davidem Gilmourem (śmiech).


Brit Floyd to mimo wszystko ogromne przedsięwzięcie, które wymaga od ciebie skupienia i mnóstwo czasu. Czy nie czujesz, że brakuje ci przez to czasu chociażby na granie z Acoustic Unlimited?


To prawda. Brit Floyd to praca na pełen etat i nie pozwala mi na angażowanie się w inne projekty w takim stopniu jak bym tego sobie życzył, ale robię co mogę i staramy się w przerwach pomiędzy trasami dawać chociaż kilka małych koncertów. Nawet takie niewielkie rzeczy dają mi chwilę wytchnienia i pozwalają nabrać dystansu do tego co robię na co dzień. Kiedy gramy z Brit Floyd na nasze koncerty przychodzą tysiące ludzi. W przypadku Acoustic Unlimited mówimy czasami o kilkudziesięciu, ale to właśnie jest w tym najlepsze.


Grając tyle lat utwory Pink Floyd z całą pewnością poznałeś część lub nawet wszystkich członków tego zespołu. Czy mieli oni kiedykolwiek jakieś rady lub uwagi do tego jak gracie niektóre kawałki?


Do tej pory poznałem Davida Gilmoura, Richarda Wrighta i Nicka Masona. Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze spotkania z Rogerem Watersem, ale moje doświadczenia z członkami tego zespołu nigdy nie były negatywne. Nigdy nie usłyszałem od nich nic przykrego, a wręcz przeciwnie. Swego czasu David Gilmour zatrudnił nawet The Australian Pink Floyd Show abyśmy zagrali na jego urodzinach. Podejrzewam, że gdyby krytycznie podchodził do naszej działalności to raczej byśmy o tym wiedzieli (śmiech).


Po tylu latach grania tych samych piosenek łatwo znudzić się materiałem i popaść w rutynę. Jak dbacie o to, aby każda kolejne trasa była inna od poprzedniej?


Oczywiście są takie elementy i utwory, które muszą być zawsze na każdym koncercie. Przychodząc na Brit Floyd ludzie mają pewne oczekiwania w stosunku do materiału, który gramy. Nie znaczy to jednak, że nie możemy od czasu do czasu zmieniać listy utworów. Zawsze zagramy "Wish You Were Here" czy "Money", ale pomiędzy tymi kawałkami wciskamy mniej znane kompozycje, których w dyskografii Pink Floyd jest cała masa. Osobiście zawsze przykładam dużą wagę do tego jakie kawałki gramy na danej trasie i wspólnie staramy się je połączyć tak, aby koncert po prostu płynął. Nawet po tylu latach jest nadal sporo utworów, których do tej pory jeszcze nie graliśmy. Ponadto z każdym rokiem staramy się odświeżać naszą oprawę, która musi dorównywać muzyce. Zawsze idziemy do przodu i staramy się, aby każda kolejna trasa była większa i bardziej okazała niż poprzednia. Póki co szczęśliwie nam się ta sztuka udaje.


Sukces Brit Floyd jest chyba najlepszym dowodem na to, że muzyka Pink Floyd jest większa niż sam zespół, który ją stworzył. Czy podpisujesz się pod tym stwierdzeniem?


Zdecydowanie tak, choć trzeba przyznać, że oglądanie tych gości na scenie grających razem jest doprawdy niesamowitym doświadczeniem, którego nikt nigdy nie będzie w stanie oddać na żywo. Nikt nigdy nie zagra solo w "Comfortably Numb" tak jak David Gilmour. Nikt również nie zrobi takiego show jak Roger Waters w przypadku The Wall. Niemniej jednak pomimo ich ogromnego sukcesu należy pamiętać, że w czasach kiedy byli najbardziej aktywni, raczej nie rzucali się specjalnie w oczy mediów. Jeśli ktoś udawał się na koncert Pink Floyd to nie dlatego żeby zobaczyć Watersa czy Gilmoura, a raczej po to żeby doświadczyć ich muzyki. Wrażenie robiła oprawa i sama muzyka, która jest ponadczasowa. Jestem przekonany, że sukces Brit Floyd ma bardzo dużo wspólnego właśnie z tym faktem. Podejrzewam, że gdybyśmy grali muzykę Beatlesów to bez obecności Ringo czy Paula nic by z tego nie wyszło (śmiech).


Jesteś fanem Watersa czy Gilmoura?


Ciężka sprawa. Jak wiele innych osób uważam, że Pink Floyd był najsilniejszy kiedy ci goście pracowali razem. Bardzo często mieli różne poglądy na to jak dany kawałek powinien brzmieć, co prowadziło do konfliktów, ale to właśnie ta dziwna chemia dała życie wielu wspaniałym kompozycjom. Jeśli jednak miałbym wybrać jednego z nich to przez wzgląd na ich dokonania jestem raczej za Watersem. Jego solowy materiał zawsze przemawiał do mnie dużo bardziej niż dokonania Gilmoura. Jest coś w tekstach Watersa, co zawsze przykuwa moją uwagę. Gilmour jest genialnym gitarzystą i ma wspaniały głos, ale mam wrażenie, że brakuje mu tego czegoś co wnosił do Pink Floyd Waters.


Czy będziemy jeszcze kiedyś w historii mieli taki zespół jak Pink Floyd? Czy jakaś grupa lub artysta będzie kształtował swoją muzyką przyszłe pokolenia?


W tej chwili trudno mi to sobie wyobrazić. Pink Floyd zaczynał w zupełnie innych czasach, a muzyka tego zespołu, podobnie zresztą jak większość innych wielkich grup z lat 60. i 70. zmieniła świat. Oczywiście ciężko jest to jednoznacznie stwierdzić, ale nie podejrzewam, aby w najbliższej przyszłości jakikolwiek zespół zbliżył się do poziomu Pink Floyd.


Rozmawiał: Michał Lis

GALERIA
Under Cover Motorhead

Okazuje się, że Lemmy potrafi zrobić dobrą imprezę nawet po śmierci.

Gramy dalej

9 /10
1994 Jamal

Mamy rok 1994. 5 kwietnia coś we mnie (i wielu z Was) umiera wraz z odejściem Kurta Cobaina.

Gramy dalej

5 /10
Out of the Voiceless Grave
Gatunek: Death metal
Korpus ocena 7
Respekt
Gatunek: Heavy metal
Wolves
Gatunek: Punk
Zobacz wszystkie