Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Ludzie / Wywiady / Marek Napiórkowski

Marek Napiórkowski

Marek Napiórkowski jest znany z tego, że każdą kolejną płytą zaskakuje słuchaczy, nawet gdy jest na niej repertuar lub skład znany z jego wcześniejszych muzycznych wojaży.

Spotykamy się tuż po premierze płyty koncertowej "Sextet Trójka Live", by porozmawiać o jej powstaniu, ale także o dyscyplinie i wolności w jazzie.

Twoja najnowsza płyta koncertowa jest tradycyjnie inna niż poprzednie, choć skład jest prawie ten sam, co na płycie "Up!".


Ideą konstrukcji tego składu jest oparcie się na muzykach, którzy stanowili jazzową część zespołu "Up!", liczącego w sumie 14 osób. Kiedy płyta się ukazała, chciałem pokazać tę muzykę na koncertach, chciałem zobaczyć jak moje kompozycje będą ewoluować, stąd powołałem do życia zespół w składzie: Paweł Dobrowolski, Robert Kubiszyn, Krzysztof Herdzin, Adam Pierończyk, Henryk Miśkiewicz i ja. Ruszyliśmy w trasę, mieliśmy dużą frajdę z grania tej muzyki. Jednym z przystanków było studio im. Agnieszki Osieckiej w Warszawie, gdzie zagraliśmy koncert w styczniu 2015 r. To był koncert w ramach niedzielnego cyklu Trójki, nagrany wielośladowo na komputer. Mniej więcej rok później posłuchałem zarejestrowanej muzyki i wydała mi się ona atrakcyjna, warta wydania na płycie. Miksowania i masteringu podjął się Leszek Kamiński - wielki mistrz tej dziedziny. Nagrywając płyty jazzowe zawsze zapisujemy je na tak zwaną setkę, przy płytach studyjnych czasami dochodzi do postprodukcji, dogrywania innych instrumentów, możemy wiele zrobić w kwestii edycji. W nagraniu koncertu sekstetu ingerencja postprodukcyjna w muzykę była bardzo mała. Graliśmy przecież na małej scence, były przesłuchy, jest to więc zapis chwili, tak graliśmy akurat tego dnia. Na koncercie wykonaliśmy więcej utworów, niż zawarłem na płycie, skupiłem się bowiem na pokazaniu energetycznej twarzy zespołu. Bardzo mocne jest "Vietato fumare", które trwa 16 minut. Adam Pierończyk i Henryk Miśkiewicz w pewnym momencie zostają tylko we dwóch i to jest jedno z moich ulubionych miejsc na tej płycie - grają szalony dialog, który jest bardzo intensywny i nacechowany wzajemnym słuchaniem.


Ktoś zapytał Charlie Parkera, czy powinien ćwiczyć skale. On odpowiedział "oczywiście, ćwicz je solidnie, a później zapomnij". Podobnie Wayne Shorter - wiem, że go wyjątkowo cenisz - przypomniał jak Miles Davis powiedział do swojego zespołu "nie ćwiczcie w pokojach, ćwiczcie na scenie". Jak wygląda sytuacja Twoim sekstecie?


Ćwiczenie skal to coś takiego jak uczenie się języka, na pewno nikomu nie zaszkodzi poznawanie materiału dźwiękowego. Po pierwsze, poznajemy te skale na gryfie, uczymy się grać ćwicząc przeróżne rzeczy - interwały, wariacje tych skal, ale co zapewne najważniejsze, uczymy się słyszeć te skale. Tu jest klucz! Grając, zaczynamy słyszeć skale, które być może nie przyszłyby nam do głowy, to można porównać do przyswajania nowych słów. Jednak od znajomości słów do pisania wierszy jest jeszcze długa droga. Granie tego sekstetu porównałbym do pisania, bądź wypowiadania się na scenie w sposób wyrafinowany. Każdy z muzyków jest arcymistrzem wagi ciężkiej. Na płycie grają wspaniali artyści operujący bardzo wyrazistym muzycznym językiem i właśnie zestawienie różnych osobowości jest dla mnie najciekawsze. Prawdziwe indywidualności w jazzie - tak wynika z moich doświadczeń - cechuje to, że potrafią nawiązywać muzyczną rozmowę, czyli stwarzać okoliczności, prowokować, ale też reagować na to, co się dzieje na scenie. To jest główna zaleta tego grania. Utwory są napisane przeze mnie, aranżacje na instrumenty dęte opracował Krzysztof Herdzin, który na koncercie zagrał na fortepianie i flecie. Utwory są zapisane, natomiast improwizacja każdego z muzyków jest zupełnie niezależna - po prostu gramy. Zdziwiłbyś się, jak różnią się nasze koncerty. Wszyscy ci muzycy nauczyli się kiedyś języka i teraz próbujemy napisać piękną książkę, że użyję takiej literackiej przenośni. Moja liderska rola polega na tym, że dostarczyłem pretekst, czyli utwory na bazie których improwizujemy, które interpretujemy. Każdy ma ogromną swobodę - każde uderzenie w talerz Pawła Dobrowolskiego jest jego wyborem. To nie jest jak w układance popowej, że każde uderzenie hi-hatu jest wcześniej wymyślone. Oczywiście jest groove, czyli rodzaj rytmu, na bazie którego otwiera się wielka przestrzeń wolności - każdy może zagrać jak chce. Dzięki temu, że każdy przemawia swoim językiem, to razem staramy się wyruszyć w podróż muzyczną, która nierzadko nas zaskakuje.


A propos perkusji - dlaczego na każdej z Twoich płyt na bębnach gra inny muzyk?


Nie myślałem o tym w tych kategoriach, ale musi to oznaczać niechybnie, że mamy wspaniałych perkusistów w Polsce. Nagrałem sześć płyt autorskich, a licząc Funky Groove gdzie współliderowałem - osiem. W Funky Groove grał Marcin Jahr, potem Robert Luty na płycie "Nap". Michał Miśkiewicz na płycie "Wolno" zaproponował bardzo jazzowy i swobodny sposób grania. Trzecia płyta to "KonKubiNap" - trio z Robertem Kubiszynem i Czarkiem Konradem, który jest wielką instytucją perkusyjną. Na płycie "Up!" zagrał Clarence Penn - nowojorski arcymistrz. Potem był "Celuloid" duet z Arturem Lesickim bez perkusji. Na tej płycie zagrał Paweł Dobrowolski, który jest niesamowicie utalentowanym muzykiem, długo z nim współpracuję i na pewno nasza przygoda się szybko nie zakończy. Nie jest moim hobby ciągłe zmienianie bębniarzy. Perkusja jest sercem zespołu i definiuje pewien kolor. Ci, którzy znają wymienionych przeze mnie perkusistów, wiedzą, że każdy z nich gra inaczej, każdy też gra bardzo wyraziście, ich styl tworzy nowy kontekst dla muzyki, którą komponuję. To nie jest też tak, że poprosiłem Roberta Lutego żeby zagrał na płycie i to wszystko - Robert grał ze mną rok przed nagraniem płyty i ze dwa lata po, czyli to jest zapis intensywnej współpracy. Istotne jest, że ja lubię ideę zespołu, kiedy się zgrywamy, razem rozwijamy, eksploatujemy jakąś wspólną płaszczyznę muzycznej wymiany, aż przychodzi nowy projekt i gramy coś innego. Poza tym z każdym z wymienionych perkusistów zdarza mi się grywać też w innych bandach.


Nad jakimi projektami pracujesz obecnie?


Jeśli wszystko dobrze pójdzie, na początku maja nagram kolejną płytę opartą na zestawieniu muzyków z Nowego Jorku i Warszawy. Będzie Clarence Penn na perkusji, na fortepianie Manuel Valera - mieszkający w Nowym Jorku pianista kubański, mój chyba najbliższy muzyczny współpracownik - Robert Kubiszyn na basie i ja na gitarze. Taki jest zamysł, knujemy trasę, a po niej chciałbym nagrać płytę. Zajmuję się promowaniem płyty "Sextet Trójka Live" - mamy zaplanowane koncerty i chcemy grać, bo jest to świetna przygoda i udało mi się stworzyć zespół typu All Stars, co nie jest łatwe. Kolejny projekt to mający się świetnie duet z Arturem Lesickim. Minął rok od premiery bardzo dobrze przyjętej płyty "Celuloid". 6 listopada 2016 r. zadebiutowaliśmy z nową odsłoną tego projektu - "Celuloid" z orkiestrą smyczkową. Koncert odbył się w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, towarzyszyła nam Orkiestra Leopoldinum pod dyrekcją Rafała Karasiewicza i to też jest bardzo ciekawy świat, który się przed nami otwiera. Muzyka była inspirowana filmem, a orkiestra smyczkowa idealnie się wpisuje w ten kontekst. Poza tym grywam w duetach, np. z Dorotą Miśkiewicz, z którą napisałem sporo piosenek, i mimo że granie w duecie z wokalem jest dla gitarzysty bardzo wymagające, to daje mi dużą frajdę. 31 grudnia 2016 r. o 21:00 w Teatrze Starym w Lublinie zagram z Andrzejem Dąbrowskim - wykonawcą hitów typu "Zielono mi", wokalistą, ale też perkusistą jazzowym. Około rok temu graliśmy razem w jakimś składzie i wpadliśmy na pomysł, by stworzyć projekt trochę wzorowany wykonaniami Elli Fitzgerald i Joe Passa. Powoli dłubiemy elegancki, swingowy repertuar, który zostanie premierowo wykonany w sylwestrowy wieczór. Jeszcze jeden projekt, który cieszy mnie niezmiernie to Dire Straits Symfonicznie. Objechaliśmy sporo miast, ale ciągle liczę na nowe koncerty. Muzyka Dire Straits i Marka Knopflera została zaaranżowana przez Krzysztofa Herdzina na dużą orkiestrę symfoniczną i nie jest to działanie polegające na dopisaniu orkiestry do zespołu rockowego, tylko przemyślany, mądry projekt w którym aranżacje uwypuklają piękno tych melodii. Krzysztof Herdzin dyryguje, Kuba Badach wciela się w Marka Knopflera śpiewającego, a ja grającego.


Co wśród wydarzeń muzycznych zwróciło ostatnio Twoją uwagę?


Dla środowiska jazzowego takim wydarzeniem jest otwarcie w Warszawie klubu muzycznego 12on14, który wystartował z niesamowitym impetem. Mamy w sercu stolicy bardzo eleganckie miejsce z nieprawdopodobną ofertą koncertów jazzowych. 8 listopada zagraliśmy tam z moim sekstetem. Bardzo kibicuję temu klubowi, bo przyjeżdżają do niego pierwszoligowe zespoły ze świata, co daje zadowolenie melomanom, ale też integruje muzyczną scenę warszawską. Bardzo wielu muzyków bywa w tym klubie, zrobiło się swojsko, domowo, i to jest coś, co robi na mnie największe wrażenie. Jakbym przeanalizował moje koncerty, których wcale nie jest mało, to znacznie częściej grywam w teatrach, czy salach koncertowych. Życie klubowe trochę zanikło, a nie ma nic fajniejszego od bliskiego kontaktu z widownią. Uwielbiam salę Teatru Starego w Lublinie, gdzie mieści się 160 osób, muzykuje się w pięknym wnętrzu, dla niewielkiej liczby ludzi, co daje pewną intymność i tworzy świetny kontakt, no i po prostu dobrze się tam gra muzykę.


Ta potrzebuje wyrafinowanego instrumentarium - czego użyłeś na Trójkowej płycie?


Moja główna gitara to John Suhr - towarzyszy mi od lat i jest uniwersalna - można zagrać na niej bardzo ciepłym jazzowym brzmieniem i ostrym rockowym, nie zmieniając instrumentu. Do tego głowa Custom Audio Electronics i kolumna John Suhr. Zagrałem też na gitarze akustycznej Lindy Manzer, która z uwagi na warunki koncertowe, została nagrana przez przetwornik piezoelektryczny i preamp stworzony przez Eugeniusza Czyżewskiego. Z efektów użyłem przesteru T-Rex Michael Angelo Batio - co może się wydać dziwne, bo panu Batio daleko do jazzu, ale ten overdrive bardzo mi pasuje.


Zagrałeś na nim swoim brzmieniem, podobnie jak niedawno Eric Johnson na gitarze Zakka Wylde'a
.

Tak naprawdę brzmienie mamy w rękach i w sercach. W przypadku muzyków grających już długo, wszyscy zabrzmielibyśmy bardzo podobnie na przeróżnych gitarach. To, jakie wybieramy instrumenty, i to, że chcemy mieć je jak najlepsze, wynika z faktu, że dobry instrument daje możliwości artykulacyjne i reaguje na zmiany dynamiczne. Pamiętam, że kiedy zdarzało mi się brać udział w "wyścigu zbrojeń" - przynosiłem na próbę czy koncert nowe gitary. Koledzy mówili "ja tam nie słyszę żadnej różnicy", a ja czułem kolosalną różnicę w wydobywaniu dźwięku. Dobry muzyk potrzebuje instrumentu w pewnym sensie wymagającego. Oczywiście nie chodzi tu o wysoką akcję strun, żeby cierpieć, bo ma być jak najwygodniej, ale o taki instrument, na którym można kształtować brzmienie, o instrument, który reaguje na artykulację.


Czytający powyższe zdanie rodzice młodych gitarzystów zapewne rozumieją dlaczego dziecko chce mieć lepszą gitarę czy wzmacniacz.


Tak, aczkolwiek nie jestem zwolennikiem zbytniego inwestowania, zwłaszcza w przypadku młodych adeptów gitary, ale na pewnym etapie, gdy muzyk zaczyna już się orientować, dobry instrument może mieć znaczenie.


Skoro mówimy o rozwoju muzycznym, to czy mógłbyś wytłumaczyć młodym ludziom jak rozumiesz ideę wolności w jazzie?


Jeśli jesteśmy kreatywni i potrafimy się otworzyć to cieszymy się wspaniałym poczuciem wolności, choć to nie jest tak, że wychodzimy i gramy cokolwiek. Trzeba było to skomponować, zaaranżować, ułożyć formy utworów, a potem dać sobie swobodę. Ta wolność ziszcza się w jakichś ramach. Na zupełną wolność mogą sobie pozwolić tylko najwięksi, jak na przykład Wayne Shorter. Oni mają repertuar, ale mogą grać cokolwiek - zupełnie wolną improwizację, bo są na tak wysokim poziomie interakcji i proponowania, że powstaje piękna muzyka. Ciągle istnieje duża różnica między graniem rzetelnym, a hochsztaplerką i bez względu na to, czy jest to piosenka rockowa, czy zespół jazzowy, warto być uczciwym w stosunku do siebie i słuchaczy.


SPRZĘTOLOGIA
• Gitary: John Suhr Standard, Linda Manzer
• Wzmacniacze: Custom Audio Electronics, do gitary akustycznej wzmacniacz Eugeniusza Czyżewskiego
• Efekty: T-Rex Michael Angelo Batio, Strymon Timeline I Blue Sky, Dunlop Cry Baby

Rozmawiał: Wojtek Wytrążek
Zdjęcia: Grzegorz Rajter (główne), Rafał Masłow (pozostałe)


GALERIA
Ave Venom Inc.

Venom w nazwie, ale nie zawsze w muzyce. Czy to coś złego? A jakże!

Gramy dalej

8 /10
To The Bone Steven Wilson

Oho, Steven Wilson tym razem chce być Peterem Gabrielem. Tak można sobie pomyśleć słuchając "To The Bone". Czasami włącza mu się Talk Talk,...Gramy dalej

7 /10
Kadavar ocena 8
Rough Times
Gatunek: Rock
Cold Like War
Gatunek: Metalcore
Kasabian ocena 8
For Crying Out Loud
Gatunek: Indie rock
Zobacz wszystkie