Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Ludzie / Wywiady / James Hetfield & Kirk Hammett (Metallica)

James Hetfield & Kirk Hammett (Metallica)

Metallica ponoć "skończyła się na Kill ‘Em All", a jednak powraca z najnowszym krążkiem: "Hardwired... To Self Destruct". Słowa te są tyle przewrotne, co symboliczne.

Zespół dążący od pierwszego longplaya do tytułowej autodestrukcji przetrwał ponad trzy dekady, stając się - paradoksalnie - najmocniej świecącą gwiazdą z całej "Thrashowej Czwórki"

Płyta, nad którą mamy przyjemność mieć patronat medialny, nie tylko nie bierze jeńców, ale jest też jasnym sygnałem: nie zamierzamy opuszczać "thrashowego" tronu, ani zdejmować "metalowej" korony. Spotykamy się z Jamesem Hetfieldem i Kirkiem Hammettem, aby porozmawiać o swingującym groove, gitarowych harmoniach, brzmieniowych krucjatach, kaskadowych gainach...

Każdy z nas lubi w Metallice coś innego: surowość "Kill ‘Em All", epickie brzmienie "Master of Puppets", progresywność długich kompozycji "And Justice For All", melodyjność "czarnego albumu", poetyckie eksperymenty na "Lulu", czy tętniącą agresywność "St. Anger". Zespół nie chciał spokornieć i nagrywać cały czas takich samych płyt. Dlatego łatwo jest znaleźć "niezadowolonych", którzy polubili Metę na jednym specyficznym albumie i nie mogą się pogodzić ze zmianami. Czy jednak rację mają Ci, którzy twierdzą, że zespół skończył się na "******" (tu wpisać tytuł dowolnej płyty)? Pytanie retoryczne…

Oczywiście, że nie - Metallica nigdy się nie skończyła i nigdy się nie sprzedała, robią po prostu swoje. Jako twórcy, James Hetfield i Kirk Hammett podnieśli standardy muzyki metalowej do poziomu, jakiego nie udało się osiągnąć nikomu innemu. Ich sława wykroczyła daleko poza gatunek i prawdopodobnie każda spotkana na ulicy osoba będzie kojarzyła nazwę ich zespołu. Ludzie często dywagują, kto przejmie z ich rąk pochodnię, ale wydaje się, że panowie nadal nie mają dość. Osiem lat po "Death Magnetic" wracają z nową płytą, która dla wielu będzie zaskakująca. Jeśli ostatnie nagrania grupy były dla Ciebie rozczarowaniem, czujesz wypalenie lub sądzisz, że Metallica niczego więcej nie dokona - "Hardwired... To Self Destruct" jest właśnie dla Ciebie.

To nie jest wcale przesada. Wydaje się, że Metallica właśnie odzyskała swój groove, który pamiętamy z pierwszych płyt aż do Czarnego Albumu włącznie. Jakkolwiek większość materiału tego dwupłytowego wydawnictwa stworzył duet Hetfield-Ulrich, swoje 5 groszy dołożył także Hammett. "Metallica opiera się na współpracy" - mówi Kirk - "James i Lars jak zwykle odpowiadają za lwią część materiału, ale każdy członek zespołu jest w tym obecny i stara się pomóc stworzyć najlepszą płytę na jaką jest nas w danym momencie stać." Hmm… ok, w takim razie - panowie Hammett i Hetfield - pogadajmy trochę o gitarach…

Nowa płyta powstawała dość długo, ale jednocześnie jej brzmienie jest bardzo spójne. Czy wszystkie klocki zaczęły się układać podczas końcowego okresu nagrywania?


James: Tak zazwyczaj jest. Im dalej, tym droga staje się węższa. Zaczynasz z kolekcją 800 riffów, ale dzięki przejściu przez sito zespołu na końcu masz 50 wybranych. Z nich wybierasz te, do których przyjemnie ci się dżemuje. Wszystko zaczęło się chyba od "Lords Of Summer", kiedy to graliśmy wiele letnich festiwali. To była trampolina, ponieważ jest tak, że jak raz otworzysz tę Puszkę Pandory z riffami, nie chcesz jej już zamykać. Właściwie to już przy "Through The Never" było kilka takich momentów. Mieliśmy np. riff "The Parking Lot", który ocenialiśmy na A++ sądząc, że z pewnością kiedyś przerodzi się w utwór na płytę. Tak się nie stało, ale riff był swego rodzaju trampoliną - czymś co nas zainspirowało do pracy. Tak to się właśnie odbywa - selekcja, wybór materiału, potem ukręcanie z tego piosenek. Mówisz "spójne brzmienie" - to dobrze. Dla mnie to wszystko po chwili brzmi tak samo. Potrzebujemy urozmaicenia, czegoś wolnego i czegoś naprawdę szybkiego. Przez te 6 czy 8 lat od poprzedniego krążka nazbierała się sterta pomysłów. Ale i w takiej sytuacji część mnie chciałaby krzyknąć: "Hej, pieprzyć to! Napiszmy teraz kilka zupełnie nowych riffów!"


Wydaje się, że z utworem "Hardwired" uporaliście się dość ekspresowo…


Tak, to był jeden z tych momentów, gdzie na koniec procesu nagrywania stwierdziliśmy: "OK, musimy tę płytę otworzyć czymś bezpośrednim, mocnym, czymś "prosto w twarz". Poszło nam dość łatwo i szybko, więc pomyśleliśmy: "Musimy napisać więcej takich numerów."


"Here Comes Revenge" przywodzi na myśl Czarny Album - czy był to celowy zabieg?


Tak naprawdę wydaje mi się, że nie było to ani świadome, ani nieświadome. Usiedliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać: "Death Magnetic - OK - a co zrobimy teraz?" Moja odpowiedź to zwykle krótkie, mocne kawałki. Z kolei Lars lubi bardziej organiczne podejście, kiedy to nie narzuca się sobie limitów, po prostu się pisze i pisze. Osobiście chciałem prostoty "Kill Em All", ale z produkcją lepszą niż na "Death Magnetic", z dodatkiem mistycznych elementów i ubarwień w stylu Czarnego Albumu. Tak więc całość jest efektem połączenia podejść mojego i Larsa, jest trochę złożonych rzeczy, ale też i prostoty z przytupem.


Kirk: Uwielbiam groove w tym kawałku, jego swing i rozbujanie. Dla mnie najlepszym typem podkładu do grania solówek jest właśnie taki lekko swingujący groove. Jako gitarzysta wolę ten rodzaj grania, bo to czyni moje zadanie łatwiejszym niż wyciskanie solo do podkładu na 5/8 z trzema akordami zmieniającymi się w obrębie taktu. Jest w tym swego rodzaju piękno - sztuka wyrażana przez odpowiedni puls rytmiczny.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video


Z jakim nastawieniem podchodziłeś do rejestrowania swoich solówek Kirk?


Jeśli chodzi o moje solówki to nadal czuję oszołomienie spowodowane ich nagrywaniem. Nie robiłem tego od bardzo, bardzo dawna - ot tak wejść do studia i zagrać to, co spontanicznie przychodzi mi do głowy. Bardzo niewielka ich ilość była przygotowana wcześniej. Powiedziałbym, że zaledwie jakieś 8%, jeżeli już. Kiedy zabierałem się za nagrywanie, sprawdzałem jedynie w jakiej tonacji jest dany utwór i jaka skala najlepiej tam pasuje. Znalazłem może jakieś arpeggia, które można grać do danej sekwencji akordów i to w zasadzie wszystko. Reszta to czysty spontan. Czy to do mocnego i agresywnego podkładu, czy do spokojnego i nastrojowego - po prostu wciskałem "REC" i nagrywałem. W ten sposób nie byłem w stanie przewidzieć efektu końcowego, ale teraz jestem z niego zadowolony. Przynajmniej dla mnie samego te solówki nie brzmią przewidywalnie. Kiedy sięgnę pamięcią do innych moich solówek na płytach Metalliki, to zwykle wiedziałem z pół roku wcześniej, albo nawet rok wcześniej, jak dokładnie dane solo ma wyglądać, jak ma być zagrane i jaki efekt chcę osiągnąć. Ale tym razem słucham skończonego albumu i myślę sobie: "Nie mógłbym tego tak wymyślić". Nie ma takiej możliwości, żebym sobie poukładał to co tam zagrałem. Te nuty i miejsca, w których się znajdują - wszystko to ma sens. Ale nie czuję, abym to ja sterował ich kierunkiem. Po prostu pozwoliłem by to przeze mnie przepłynęło.


Fajnie jest ponownie słyszeć harmonie gitarowe na tej płycie - szczególnie w Atlas Rise! - czy było to coś, do czego chciałeś świadomie powrócić?


Absolutnie. Jeśli pozostawiono by mi wolną rękę, to cała płyta była by wypełniona takimi harmoniami oraz melodiami. Nad krążkiem pracowało trio producentów: Greg Fidelman, Lars i ja. Tamci dwaj cały czas mnie hamowali: "Za dużo tu melodii" albo "To jest zbyt ładne"… nie chcieli, aby nasza muzyka brzmiała zbyt perfekcyjnie i ja to rozumiem. Ale jednocześnie kocham melodie. Cliff Burton zasiał we mnie ziarno, które nadal rozkwita. Uwielbiam to. Zawsze kochałem zespoły takie jak Thin Lizzy, które wplatały do swojej muzyki te interesujące harmonie. Jest tak wiele ciekawych układów akordów - to mnie fascynuje. Zadaniem Kirka na nowej płycie było tylko zagranie solówek. Ja zająłem się wymyślaniem rytmów, riffów, melodii, pisaniem tekstów. Kiedy robisz to wszystko łatwiej jest ogarniać całość i przynosić nowe pomysły.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video


Brzmienie gitary rytmicznej na tej płycie to prawdziwy cios i klarowność środkowego pasma. Czy trudno było uzyskać równowagę pomiędzy nim oraz dołem, który też jest w waszej muzyce niezbędny?


Tak… to niekończąca się krucjata w poszukiwaniu Świętego Graala gitarowego brzmienia. Dla mnie musi to być przede wszystkim perkusyjne, musi popychać powietrze, to coś co nazywam "szczekaniem". Ale jednocześnie nie może być to szorstkie, więc jakieś sztuczne fuzzy odpadają - takie rzeczy oddalają mnie tylko od dźwięku. Trudność polega na tym, że kiedy ściszysz gitarę to słyszysz konkretnie jak to brzmi, ale kiedy rozkręcisz ją bardzo głośno, barwa zupełnie się zmienia. Próbujemy znaleźć złoty środek pomiędzy pchnięciem w środkowym paśmie i dołem, który daje potęgę brzmienia. Zauważyłem jednak, że paradoksalnie im szerzej i niżej ustawiasz barwę, tym płycej zaczyna to brzmieć jako całość. Musisz po prostu znaleźć swoją własną przestrzeń, przecisnąć się tam i zrobić sobie akustycznie trochę miejsca. Proporcje zmieniają się z utworu na utwór - być może w jednym ważna jest gitara, ale w drugim nacisk położyć trzeba na groove. Myślę, że uczymy się pobłażliwości na potrzeby innych do bycia głośno i uczymy się patrzeć przez pryzmat całości. Ale doceniam twoją opinię co do brzmienia gitar na płycie. To jest coś o co walczymy od "Kill ‘Em All". Nadal integralną częścią naszego brzmienia są te stare wzmacniacze, jak Crunch Berries - używany chyba od "Ride The Lightning" - czy Mesa/Boogie Mark II C++ Simul-Class.


I jest to bardzo długa nazwa jak na wzmacniacz. Zrobili bardzo niewiele tych modeli, a my mamy szczęście posiadać kilka z nich. Nasze brzmienie definiują właśnie te wzmacniacze i sposób w jaki współpracują z przystawkami EMG. To one dały nam dokładnie ten sound jakiego potrzebowaliśmy. Gdyby nie one, nie wiem jak daleko zaszlibyśmy z Marshallami. Mesy Simul-Classe mają trzy stopnie gainu oraz wbudowany parametryczny EQ. Te trzy stopnie wzmocnienia, ustawione kaskadowo w odpowiedni sposób, dawały nam tę barwę, której szukaliśmy. Potem na rynek weszły wzmacniacze Mesa/ Boogie Dual Rectifier i dla mnie to było błogosławieństwo, bo mogłem uzyskać taki sam efekt, ale z mniejszą ilością gałek. To sprawdzało się lepiej w moim przypadku, bo osobiście wolę proste konstrukcje. Cieszę się, że James opiera swój sound na Mesie Simul-Class, bo dzięki temu mogę poeksperymentować z Dual Rectifierem i nie mieć identycznej barwy jak on.


Jakich wzmacniaczy używałeś podczas nagrywania "Hardwired..."?


Mojego Randalla Kirk Hammett Meathead, którego kocham, moją Mesę/Boogie Dual Rectifier, a także zmodyfikowanego Marshalla z 1979 roku Muszę się przyznać, że nadal uwielbiam ten charakterystyczny, marshallowski sound pomimo, że jest już zajeżdżony prawie na śmierć. Na płytach nagrywanych w latach 70. wszyscy brzmieli bardzo podobnie, ponieważ większość muzyków używała tego samego sprzętu. Ale muszę uczciwie przyznać, że do uzyskania tego agresywnego, rockowego soundu Marshall nadaje się znakomicie. Kocham to brzmienie. Można powiedzieć, że pomimo szukania swojej własnej barwy, z Marshallem łączy mnie długi i namiętny romans.


James, czy tutaj też podłączałeś się do swojej białej Electry V, tak jak to robiłeś na "Death Magnetic"?


Tak, ponieważ jest naprawdę niezła w utworach o szybszych tempach. Mówienie, że "gitara jest szybka" jest głupie, ale w tym przypadku tak właśnie jest. Gra się na niej szybko i łatwo - być może dlatego, że mam ją już 35 lat. Jest jak para starych butów. Kiedy je zakładasz, czujesz się komfortowo. Tak więc na "Hardwired..." korzystałem na zmianę z V-ki oraz z Copperheada - pod tą nazwą kryje się ESP Snakebyte z założonym duetem pickupów EMG JH HET Set i grafiką namalowaną przez Billa Nasha, który relikuje wszystkie moje instrumenty. W nagraniach wziął udział także mój stary ESP z napisem "EET FUK".


Z albumu na album zmniejszaliście saturację przesterowanego brzmienia - czy to zmuszało do mocniejszego ataku i bardziej intensywnej pracy prawej ręki?


Zdecydowanie. A kiedy grasz mocniej, to obrywa się twoim strunom i kostce. Dlatego wspólnie z Dunlopem opracowaliśmy tę kostkę "Black Fang". Połączenie odpowiedniego kształtu końcówki z materiałem dało kostkę, która żyje wyraźnie dłużej. Mocniejsze granie powoduje, że można zdjąć nieco kompresji i saturacji, a przez to całość brzmienia staje się bardziej dynamiczna. A dzięki temu łatwiej jest też przebić się w miksie. Wszystko sprowadza się do znalezienia odpowiednich proporcji. Czasem gram i myślę sobie: "Wow, ta barwa jest zbyt czysta, a ja za ciężko pracuję." Innym razem jest odwrotnie, dźwięk jest tak przesaturowany, że właściwie nie mogę rozpoznać jego wysokości, przez co kłóci się z wokalem. Jeśli nie słyszę jaka jest to nuta, zmniejszam przester, ale gram wtedy nieco mocniej, aby zachować ten perkusyjny charakter.


Niektóre z waszych partii gitarowych są dość skomplikowane, co zapewne sprawia, że równoczesne śpiewanie z nimi jest trudne. Czy wymyślasz najpierw wokale, czy skupiasz się na riffach?


Zwykle wokale powstają później, ale to działa w obie strony, w zależności od danej sytuacji. Zdarza się, że po prostu gramy i nagle powstaje coś naprawdę fajnego, ale jednocześnie skomplikowanego. I wtedy przychodzi refleksja: "O w mordę! Ja do tego będę musiał zaśpiewać." Mógłbym pójść na łatwiznę i wymigać się z tego, proponując w zamian coś prostszego. Niemniej często siadam z gitarą, zwalniam tempo i dopasowuję elementy układanki krok po kroku. Kiedy gramy potem próby, linie wokalu mogą ulegać modyfikacjom - możesz chcieć podkreślić wokalem konkretny punkt w riffie, albo na odwrót. Więc układanie kawałka przypomina raczej taki wielki kocioł, do którego wrzucasz składniki i mniej więcej wiesz, jak to wszystko będzie smakować. Ale zdarza się, że końcowy smak potrawy jest inny niż tego oczekiwałeś. Tak więc granie na gitarze i śpiewanie to dwie różne rzeczy.


Zawsze dobrze się odnajdywaliście w standardowym stroju, kiedy wiele innych zespołów przestrajało się w dół. Nie ciągnęło was do tego, aby nadać muzyce więcej ciężaru?


Przestrajając się w dół łatwiej jest uzyskać ciemne i groźne brzmienie. Są kapele grające non stop w niskim stroju i robią to naprawdę dobrze, ale czuję, że ma to też swoje minusy. Przede wszystkim dźwięk ma w sobie jakby mniej życia. Na nowej płycie jest zaledwie jeden utwór, w którym lekko przestroiliśmy instrumenty, by riff brzmiał lepiej. Jedne piosenki wymagają obniżenia gitary, a inne wręcz przeciwnie. Osobiście gra mi się lepiej w standardowym stroju - struny są nieco sztywniejsze, łatwiej kostkuje się szybkie riffy, łatwiej uzyskać jest żywy, czysty dźwięk. Tak więc nie jest to czarno-biała historia.


Niektórzy ludzie nie uświadamiają sobie roli Larsa w procesie tworzenia muzyki Metalliki. W jaki sposób wpłynął na was jako gitarzystów?


Lars daje mi swój obiektywizm tam, gdzie go najbardziej potrzebuję. Jestem jak większość gitarzystów - wydaje mi się, że wszystko co zagram jest niesłychanie wspaniałe. Musi tak być, bo inaczej przecież bym tego nie zagrał (śmiech). To co najbardziej cenię sobie w Larsie, to jego bezpośredniość i cenne opinie.


Lars jest bardzo ważny, bo zwykle mam pod palcami jakieś 800 riffów i potrzebuję skutecznego filtra. Wtedy pojawia się on i wybiera to, co uzna za dobre. Jest nieprawdopodobnie skutecznym łowcą riffów. Poza tym, słyszy inaczej niż ja, a kiedy dwóch gości słyszy te same dźwięku w zupełnie inny sposób, może pojawić się problem. Czasem pociąg wypada z szyn, ale w większości są to bardzo kreatywne sytuacje, z których rodzą się fajne rzeczy. A kiedy się pojawią, dżemujemy sobie i testujemy je w sali prób. Sporo pomagamy sobie wzajemnie, ponieważ on chciałby być wokalistą i gitarzystą, a ja chciałbym być perkusistą. Sugerujemy więc sobie wzajemnie różne rzeczy, na które sami z pewnością byśmy nie wpadli.

GALERIA
Colossus Triggerfinger

Powiadają, że lepsze jest wrogiem dobrego. Są momenty, gdy właśnie tak myślę o najnowszym albumie Triggerfinger.

Gramy dalej

7 /10
Wall of Sound Marty Friedman

Marty Friedman będzie już zawsze kojarzony z Megadeth, ale życie po tej kapeli też istnieje, czego dowodzi choćby tegoroczny album amerykańskiego...Gramy dalej

9 /10
Live at Carnegie Hall - An Acoustic Evening
Gatunek: Blues rock
How Did We Get So Dark?
Gatunek: Rock
Existential Gravity
Gatunek: Progressive metal
Zobacz wszystkie