Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Ludzie / Wywiady / Paul Gilbert

Paul Gilbert

Wirtuoz powrócił z nowym albumem, a w rozmowie z Gitarzystą opowiedział o edukacji, saksofonach i wypełnianiu przestrzeni wokół siebie szybkimi, gitarowymi riffami…

Paul od zawsze lubił zaskakiwać słuchaczy. Nowa płyta zatytułowana I Can Destroy to kolejna niespodzianka. Zatrudnienie tak doświadczonego producenta jak Kevin Shirley sprawiło, że przestrzeń między pisaniem utworów a ich nagrywaniem dramatycznie się skurczyła. W całej tej machinie pojawiają się jeszcze inni muzycy, a także harmonie na trzy gitary, o których opowiedział nam Paul…

Jak wyglądały początki prac nad I Can Destroy?


Zacząłem od dużej dawki zwątpienia i niepokoju. Dopiero spotkanie z Kevinem Shirley’em i sprowadzenie Freddiego Nelsona oraz Tony’ego Spinnera, pomogło mi przezwyciężyć kryzys. Panowie sprawili, że przed moimi oczami, na nowo pojawiła się wizja świetnego zespołu. Zacząłem od tekstów, które pozwoliły mi stworzyć ogólną strukturę utworów, dookoła której mogliśmy dalej rzeźbić. Wiedziałem, że mogę sobie pozwolić na wiele harmonii wokalu i gitary. Bardzo ciekawie gra się ten materiał jako trio, podczas koncertów na żywo… Nasz koncertowy skład zna już materiał. Mieliśmy trochę czasu, żeby nad nim popracować i wiemy już, jak wypełnić przestrzeń po brakujących instrumentach. Osobiście, jestem pod wielkim wrażeniem tego jak w wielu miejscach zaśpiewał Tony Spinner. Posiada on piękną barwę głosu, który ma znacznie szerszą skalę niż moja. Jego wokal można usłyszeć np. w kawałku "Blues Just Saving My Life". Oczywiście w trakcie koncertów to już moje zadanie - niesamowite, że mój wokal potrafi to przetrwać. Muszę naprawdę krzyczeć! Tak… wspaniale było wykorzystać w studio te fenomenalne możliwości Tony’ego.


Skąd wzięła się w tobie potrzeba zaangażowania dodatkowych gitarzystów na nowej płycie?


Wiedziałem, że overdubbing nie jest czymś co Kevin lubi stosować w swojej pracy. Jeśli naprawdę będziesz o to walczył, być może zrobi kilka "dogrywek", ale dla niego przede wszystkim liczy się zespół, który w całości świetnie zabrzmi na nagraniu. Musiałem więc zebrać ekipę, która będzie w stanie sprostać temu wyzwaniu. Trio brzmi zazwyczaj dość surowo. Pomyślałem więc, że warto rozszerzyć nasze możliwości o wokale, klawisze i dodatkowe gitary. Ten pomysł świetnie się sprawdził!


Jakie dostrzegasz plusy nagrywania wszystkich ścieżek na żywo, jeśli porównać tę technikę z rejestrowaniem osobnych śladów?


Cóż, pojedyncze ścieżki na pewno łatwiej się edytuje. Ale to nie daje jednak takiej frajdy jak podczas wspólnego nagrywania. Kiedy wybieram muzyków, staram się znajdować ludzi, którzy osiągną odpowiednie brzmienie i feeling, przy jak najmniejszej liczbie prób. To nie znaczy, że nie chcę ćwiczyć ale zazwyczaj nie mamy na to zbyt wiele czasu. Pomaga również pewna muzyczna więź. Kiedy pokazywałem im jakąś prostą piosenkę, ta już po chwili zaczynała brzmieć jakby była gotowa! Plan był taki, żeby spotkać się na nagraniach w czerwcu i w sierpniu. Miałem przygotowane piosenki na pierwszą połowę płyty, więc lipiec chciałem przeznaczyć na dokończenie drugiej połówki z Kevinem. Wiedziałem, że będziemy nagrywać jeden utwór dziennie, bo tak pracowaliśmy w Mr. Big (w 2011 roku Shirley produkował album What If…). Pierwsza sesja trwała 6 dni, po upływie których miałem 6 gotowych piosenek. Pierwszą z nich nagraliśmy w trzy godziny więc Kevin zaproponował, żebyśmy zarejestrowali kolejną. Po trzech dniach nie miałem już co nagrywać. Pracowaliśmy więc na kawałkach, które zacząłem wcześniej, ale zespół nigdy ich nie słyszał. Zebrałem wszystkich i poprosiłem, żeby przyszli do studio wcześniej, żeby usłyszeć nowy materiał. "One Woman Too Many" nagraliśmy godzinę po tym jak zespół zapoznał się z moją kompozycją. To naprawdę ekscytujące, kiedy piosenka bierze się znikąd i słyszysz ją po raz pierwszy dopiero po rejestracji! Dogrywanie kolejnych ścieżek to oczywiście równie satysfakcjonujący sposób pracy. Wtedy masz pewność, że wszystko wychodzi perfekcyjnie. Nagrywanie na żywo ma w sobie coś magicznego. Nawet jeśli chcesz coś poprawić i słuchasz nagrania jeszcze raz, wszystko wydaje się nagle brzmieć tak jak powinno! Jako muzyk, zawsze dążysz do perfekcji, jednak trzeba umieć oprzeć się tej pokusie. Często nijak ma się to do faktycznego ulepszania utworu…


W przeszłości korzystałeś z elektrycznej wkrętarki i gitary z trzema strunami nastrojonymi do dźwięku E. Czy i tym razem w studio pojawiły się jakieś niecodzienne urządzenia?


Jeśli masz odpowiednie narzędzia, po prostu z nich korzystasz. W moim przypadku były to aż trzy gitary, dlatego na płycie pojawia się wiele rozbudowanych harmonii, które różnią się od mojego dotychczasowego grania. Często skupiam się na improwizacji. Niestety, rzadko można sobie na nią pozwolić kiedy harmonie rozpisane są na trzy gitary. Trzeba dobrze przemyśleć poszczególne partie. Efektem jest ten niesamowity dźwięk! Kiedy masz taki zespół jak ja, musisz dobrze go wykorzystać!


Czy harmonie na trzy gitary to coś z czego będziesz korzystał w przyszłości?


Zaliczyliśmy jeden koncert w Japonii, na którym pojawił się pełny zespół ze studia. Zagraliśmy nową płytę, moje stare kawałki i kilka numerów akustycznych. Czułem się jak członek Crosby, Stills And Nash. Wszystko niesamowicie ze sobą zagrało. Chciałbym kiedyś nagrać akustyczny album w tym składzie. Rola gitarzysty w trio to dobra zabawa jednak jako songwriter i wokalista, uwielbiam kiedy na scenie towarzyszy mi większa grupa muzyków.


Czy rozwijanie twoich songwriterskich umiejętności wpływa na styl twojej gry na gitarze?


Dorastałem słuchając takich zespołów jak Black Sabbath. Tam aranżacje były proste. Weźmy "Iron Man". Tam gitara gra dokładnie to samo co bas. Nawet melodia wokalu jest taka sama. Wszyscy grają te same rzeczy w tym samym czasie. Kiedy zaczynałem, robiłem to w ten sposób, tylko nieco szybciej. W kawałkach takich jak "Scarfied" gram dokładnie linię basu. Później zacząłem słuchać Motown i odkryłem, że linie poszczególnych instrumentów są różne, a mimo wszystko tworzą spójną całość. Brzmienie jest rewelacyjne i każdy ma dla siebie przestrzeń. Bardzo mnie to zaintrygowało. Wtedy właśnie zrozumiałem, czym są prawdziwe aranżacje.


Czy praca nauczyciela również pozwala ci się rozwijać?


Poprzez uczenie innych, łatwiej dostrzegam problemy związane z samym instrumentem. Dzięki temu doceniam swoje umiejętności i w ogóle nie przejmuję się tym wszystkim co sprawiło, że stałem się popularny. Szybkie kostkowanie nie jest tak przydatne jak podciąganie strun, dodawanie vibrato i jednoczesne trzymanie stroju. W którymś momencie trzeba w końcu zwolnić i postawić ostatni dźwięk, który jest niezwykle ważny. Wszystko musi mieć swój charakter! Miałki finisz zepsuje nawet najlepszą solówkę. Właśnie dlatego twoje vibrato musi być naprawdę dobre! Uczenie innych uświadomiło mi, że szybka gra na instrumencie to muzyczny odpowiednik "eee" czy "yyy", które wplatamy w zdania. To wypełnianie przestrzeni pomiędzy wypowiedziami, które faktycznie mają jakieś znaczenie. Kiedy szukam kolejnego pomysłu, gram dużo różnych dźwięków, jednak melodia pojawia się w nich dopiero kiedy moje poszukiwania dobiegają końca. Gdyby zajrzeć do mojej głowy, kiedy gram szybkie rzeczy, okazałoby się, że umysł jest wtedy kompletnie wyłączony. Trochę mnie to martwi, ponieważ chcę grać to co czuję, a nie to co zapamiętały mięśnie w moich palcach… Jeśli chodzi o techniczne sekwencje, zawsze staram się szukać w nich rytmu. Jeśli zapętlisz daną frazę - wyczujesz puls. Wsłuchaj się w groove i dodaj lub odejmij dźwięki, żeby wszystko ze sobą współgrało. Są takie trójdźwiękowe sekwencje, które świetnie brzmią w pulsie swingowym, ale w prostym już niekoniecznie. Jeśli do danego motywu dodam jeszcze jeden dźwięk, wszystko zaczyna pasować. Wszystkie te małe pomysły kiełkują w głowie, kiedy próbujesz wczuć się w groove. Zawsze zachęcam moich uczniów, żeby wybijali sobie rytm nogą. Słyszałem już tylu muzyków, którzy grają z metronomem, ale kompletnie się z nim rozjeżdżają. Kiedy sam wybijasz rytm, trudniej jest zignorować właściwe tempo. Często też proszę moich uczniów, żeby śpiewali sobie to co grają. Nie musisz być świetnym wokalistą, żeby nucić sobie do tego co "szyją" twoje palce. W ten sposób rodzą się znakomite pomysły. Musisz nie tylko wiedzieć jak wygląda dana skala, ale również jak brzmi. Jeśli nie wiesz czego się spodziewać po danych dźwiękach, na pewno warto tu poćwiczyć. Przed wczorajszym koncertem przez godzinę improwizowałem do akordów z "Blues Just Saving My Life", jednocześnie śpiewając, żeby później swobodnie poradzić sobie z tym utworem.


Kiedy patrzysz w przyszłość, wiesz już gdzie dalej popłynie twój muzyczny okręt?


Przede wszystkim, chcę pracować nad swoją improwizacją, żeby bez problemu grać to co słyszę. To ekscytuje mnie najbardziej. Wczoraj w nocy w trakcie naszego występu, przez chwilę jammowaliśmy do ostatniego utworu. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie grałem tego co słyszałem w swojej głowie. Spojrzałem na publiczność. Miałem wrażenie, że podobnie jak ja, nikogo tak na prawdę nie interesuje co gram. Kiedy zacząłem nucić melodię do mikrofonu, momentalnie wszyscy zaczęli się uśmiechać i znowu zwracać uwagę na to co robię. Kiedy miałem jakieś osiem lat czułem, że mam w głowie melodie, które muszę znaleźć. Miło jest wrócić do tamtych czasów i bez problemu przenosić na gitarę to co wybrzmiewa w moim umyśle. Uczysz się tych wszystkich skal i akordów, jednak w pewnym momencie musisz zadać sobie pytanie: o jakie brzmienie tak naprawdę mi chodzi? Dojście do sportowego poziomu gry na gitarze zajmuje dużo czasu, ale w końcu można się tym jednak zmęczyć. Podobnie jeśli całe dnie katujesz się bluesową improwizacją. Trzeba znaleźć odpowiedni balans. Zatraciłem się ostatnio w muzyce bluesowej. Nie tylko jeśli chodzi o gitarę. Uwielbiam to co jazzowi muzycy zrobili dla bluesa w latach 50 i 60. Np. Johnny Hodges, saksofonista z zespołu Duke’a Ellingtona. Kiedy byłem dzieckiem uwielbiałem Allana Holdswortha, jednak nie rozumiałem, kiedy twierdził, że chce brzmieć jak saksofonista. Myślałem, że chyba sobie żartuje. Saksofon znałem tylko z muzyki doo-wop i smooth jazzu. Wychowywałem się na zupełnie innej muzyce. A jeśli chodzi o harmonie, styl wolnego bluesa nie różni się wiele od Hendrixa grającego "Red House" z bonusowym akordem w II i VI pozycji dodawanym co jakiś czas. Gitarzyści często grają te swoje utarte patenty i wariacje na temat Hendriksowskich riffów. Saksofoniści tego nie robią, ponieważ ich frazowanie jest zupełnie inne. I właśnie takie rzeczy sprawiają, że tak bardzo kocham bluesa. Ta muzyka naprawdę wiele mnie nauczyła.

"Niszczyciel" pokazuje swój sprzętowy ogródek,, wykorzystywany w trasie promującej album I Can Destroy…

IBANEZ KIKUSUI SAKE CUSTOM SHOP FIREMAN


"Wykończenie inspirowane jest butelką japońskiej sake marki Kikusui. Mam olbrzymią kolekcję gitar, które zbierałem przez te wszystkie lata, ale na końcu wracam do czterech czy pięciu z nich i to one grają w studio. Zauważyłem, że gitary te mają duże "kopyto" w miejscu łączenia gryfu - brzmią lepiej, bo jest w tym miejscu więcej drewna. Tak też kazałem Ibanezowi zrobić Firemana i każdy, którego biorę do ręki brzmi świetnie."

IBANEZ PGM MICRO


"Ta gitara ma założone tylko trzy struny i wszystkie nastrojone są do ‘E’ w różnych oktawach. Drugi egzemplarz ma wszystkie 6 strun, ale z dużo wyższą akcją - do gry slide. Mam też pełnowymiarowego PGM model z mostkiem Wilkinsona i kluczami blokowanymi."

PEDALBOARD

"Mam overdrive’y TC Electronic MojoMojo oraz Ibanez Tube Screamer, co umożliwia mi stopniowe zwiększanie przesteru. Mam także dwa MXR-y Phase 90s - jeden ustawiony jest na wolne, a drugi na szybkie pulsowanie. Oprócz tego korzystam z delaya, flangera EHX Electric Mistress, oktawera Foxrox Octron i buffera MXR MC406, aby poprawić jakość sygnału na scenie, przy korzystaniu z długich kabli."

MARSHALL JCM 2000 TSL 100S


"Korzystam ze wzmacniaczy Marshalla z kilku powodów: brzmią doskonale, są głośne, uniwersalne i wszędzie gdzie pojadę, da się jakiegoś znaleźć. Kiedy muszę pożyczać sprzęt, mam pewność, że Marshall będzie brzmiał tak jak tego chcę i będzie wystarczająco głośny, aby zagrać gig."

GALERIA
Groovin' In Greaseland Rick Estrin & The Nightcats

Niecałą godzinę przesiąkniętych optymizmem i humorem, zatopionych w beztroskiej zabawie bluesów zaserwował Rick Estrin.

Gramy dalej

7 /10
Colossus Triggerfinger

Powiadają, że lepsze jest wrogiem dobrego. Są momenty, gdy właśnie tak myślę o najnowszym albumie Triggerfinger.

Gramy dalej

7 /10
Wall of Sound
Gatunek: Metal
Live at Carnegie Hall - An Acoustic Evening
Gatunek: Blues rock
How Did We Get So Dark?
Gatunek: Rock
Zobacz wszystkie