Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Ludzie / Wywiady / Jakub Żytecki

Jakub Żytecki

Disperse to jeden z najciekawszych zespołów klasyfikowanych w pograniczach rocka progresywnego i metalu, który jednak dzięki swojemu otwartemu podejściu do sztuki muzycznej sprawnie wymyka się tego rodzaju klasyfikacjom.

Z liderem formacji rozmawiamy o kulisach powstania płyty "Foreword", której premiera miała miejsce 24 lutego…

Jaka jest nowa płyta z Twojej perspektywy? Czy kontynuujecie kierunek wyznaczony poprzednimi dokonaniami, czy pojawiły się jakieś nowe elementy?


Nowa płyta Disperse jest dość mocno eksperymentalna, przede wszystkim pod względem warstwy aranżacyjnej, brzmieniowej. Format utworów jest też zdecydowanie bardziej prosty, piosenkowy. Wydaje mi się, że jest pewien rodzaj emocji, który poniekąd spaja wszystkie nasze dotychczasowe płyty, jednak nie mieliśmy żadnego założenia, by w jakikolwiek sposób kontynuować wcześniejsze dokonania. Jedynym założeniem było to, jak podejść do całego procesu inaczej, jak znaleźć coś, co na nowo będzie ekscytujące. Patrząc wstecz i wspominając te 10 miesięcy pracy nad "Foreword", myślę, że to znaleźliśmy. Znowu czuliśmy się jak naiwne dzieciaki, które tworzą najpiękniejsze dźwięki świata. Straszliwie uzależniające jest to uczucie.


W jaki sposób pracowaliście nad utworami?


Jak wspominałem, strasznie ważnym było, by znaleźć nową drogę w procesie tworzenia, tak by na nowo się tym wszystkim podekscytować. Od jakiegoś już czasu słucham dużo muzyki, w której w znaczącej mierze panuje nacisk na produkcję, brzmienie, flow - dlatego też zacząłem zabawę z samplami. Bywały noce, gdy godzinami przesiadywałem na YouTube czy FreeSound.org szukając interesujących soundów. Niemalże cały proces tworzenia był głównie na tym oparty, utwory zaczynały się często od tweakowania brzmień, przepuszczania je przez dziesiątki wtyczek, czy też nagrywania puszki z solą i robienia z tego pseudo grzechotkowego beatu. (śmiech) Czasem pojawiał mi się w głowie pewien zamysł na całość utworu. Powiedzmy, że kiedy większość kawałków utrzymana była w dość prostym, piosenkowym formacie, strasznie marzyło mi się, by znalazł się na płycie jakiś dziesięciominutowy kolos, który byłby najbardziej odjechanym i bezkompromisowym elementem płyty. W taki sposób powstał chociażby "Does It Matter How Far?".


Czy w trakcie tworzenia utworów demonstrujesz je komukolwiek, chociażby kolegom z zespołu? Mają na nie jakiś wpływ przed powstaniem gotowej formy?


Było kilka utworów, nad którymi działaliśmy w większym stopniu wspólnie, lecz były też i takie, nad którymi wolałem pracować samemu. 'Does It Matter How Far' był jednym z takich samotników, chociażby dlatego, że miałem na ten utwór konkretną wizję, jednak potrzebowałem straszliwie dużo czasu, żeby ją zrealizować. O ile dobrze pamiętam, dopiero bodajże po dwóch tygodniach wysłałem wstępnie skończoną wersję chłopakom.


Jak przebiegała praca nad albumem?


Wszystko oprócz bębnów zostało nagrane na moim domowym PC-cie. Perkusję nagraliśmy w Raven Studio w Tarnowie, pod okiem najmilszego człowieka na świecie - Krzysia Krupy. Przez to, że jednak przez większość swojego życia przyzwyczaiłem się do tego by pracować nad muzą samemu, ciężko było mi ten element całkowicie odpuścić, aczkolwiek mimo wszystko kolaboracja z resztą bandu była mocniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Mikey kilka razy przylatywał do nas do Krakowa, gdzie gościłem go w swoich 30 metrach kwadratowych. Jedliśmy tosty, piliśmy piwo, graliśmy w Smash Bros i jamowaliśmy. Często odwiedzał nas Rafał, jednak z Rafałem spędziłem najwięcej wspólnego czasu wiosną 2016, kiedy to nagrywaliśmy wokale i dopieszczaliśmy materiał. Przez cały ten okres był też z nami Bartek, często wspierał nas dobrą radą i energią. Zaraz po zakończeniu prac nad płytą dołączył do zespołu pełniąc rolę odpowiedzialną za obsługę niskich częstotliwości. Chyba pierwszy raz w życiu udało mi się w takim stopniu doświadczyć wspólnego, szczerego wysiłku w imię stworzenia czegoś pięknego. Gdyby nie energia i talent włożony w tę płytę przez chłopaków, nie byłaby ona tym, czym jest teraz.


Był jakiś szczególny moment podczas powstawania tego dzieła?


Niesamowitym przełomem, w którym materiał nabrał bardziej wyraźnego charakteru był moment zgrania gotowych śladów z sesji bębnów Mike'a i wrzucenia ich do sesji, zastępując wcześniejsze programowane partie. Był to drugi albo trzeci raz, a na pewno pierwszy tak ważny, gdy mogłem pracować z żywą perkusją. Po otrzymaniu śladów delikatnie zacząłem panikować ze względu na totalny brak doświadczenia w miksowaniu takich rzeczy, ale po kilkudziesięciu godzinach nerdowania po nocach, w końcu powoli zaczęło się to wszystko zlepiać w jedną całość.


Perkusista mieszkający na innym lądzie mógłby się wydawać problemem dla funkcjonowania zespołu, a jednak znakomicie sobie z tym radzicie. W tym momencie wręcz trudno sobie wyobrazić Disperse uboższy o osobowość Mikey'a. Obecny kwartet jawi się jako bardzo dopasowany organizm.


Również nie wyobrażam sobie nikogo innego na miejscu Mike'a. To absolutny geniusz. Mało kto wie, że jest równie dobrym pianistą, co perkusistą. Jest bębniarzem, który za główny cel obiera sobie stworzenie z bandem jednego organizmu, niesamowicie wyłapuje każdy najmniejszy niuans w naszej grze, każdą najmniejszą improwizowaną zmianę, którą często podkreśla w swój przepiękny, zwariowany sposób. Basista Bartek zaś, nie dość, że świetnie gra na basie, choć zaczął na nim grać w momencie, gdy dołączył do zespołu (jest świetnym gitarzystą) to również stał się niesamowitą podporą dla zespołu, często również w sferach organizacyjnych. Szalenie pomocny i pomysłowy człowiek.


Jak często spotykacie się, żeby pograć razem? Czy na próbach szlifujecie formę swoją i utworów czy też powstają modyfikacje, zmiany?


Nie piszemy materiału na próbach. Spotykamy się na nich wtedy, gdy przygotowujemy się do koncertów. Z racji, że zbliża się nasza polska trasa, a później tour z Plinim i Davidem Micicem, właśnie wynajęliśmy jedną z krakowskich sal prób na najbliższy tydzień. Czeka nas dużo ekscytującej zabawy.


Wydanie kolejnej płyty to także okazja do podsumowania dotychczasowych osiągnięć - zwiedziliście kraje na różnych szerokościach geograficznych. Ile koncertów macie na koncie, o ile prowadzisz taką statystykę? Które występy wspominasz najlepiej?


Nie prowadzę żadnej z takich statystyk, choć z mą drugą połówką planujemy kupić w końcu dużą mapę, na której zaczniemy zaznaczać miejsca, które zwiedziliśmy. Jest sens robić to wspólnie, bo Kaja często razem z nami podróżuje. Każda trasa, każdy wyjazd, choć czasem żmudny i męczący, jest nadal pełen pięknych doświadczeń. Trasa z Dead Letter Circus była niesamowita. To tak przemili i życzliwi ludzie, że aż nie mogliśmy uwierzyć, tym bardziej, że jesteśmy ich wielkimi fanami już od lat. Koncerty w Japonii są równie genialne i strasznie odjechane. Ludzie wariują tam na Twój widok, trzęsą im się ręce gdy dają Ci karteczkę do podpisu, dają Ci prezenty, ustawiają się w kolejce do "mercha" wykupując wszystko co tylko się da, a w czasie koncertu, całkowicie skupieni pochłaniają każdy Twój dźwięk. Mam nadzieję, że kiedy następnym razem uda nam się tu wspólnie porozmawiać, nasza mapka uzupełni się znacznikami o kilka dodatkowych kontynentów.


Co lub kto Cię inspiruje?


Inni artyści i ich twórczość, natura, otwarte przestrzenie. Chyba najbardziej jednak inspirujące są te momenty, póki co dość ulotne, w których jestem w stanie sobie całkowicie zaufać.


Czy będziesz skłonny przywołać kilka nazwisk artystów, którzy ostatnio wywarli na Tobie tak silne, że aż inspirujące wrażenie?


Nazwiska? Na pewno Scott Hansen z zespołu Tycho. To człowiek, który zaczynał jako grafik komputerowy, traktując muzykę jako zupełne hobby. Po pewnym czasie doszedł jednak muzycznie do czegoś tak bardzo swojego, tak bardzo pięknego i charakterystycznego, że aktualnie Tycho to jego główny projekt. Strasznie ujmuje mnie to w jak niesamowity i minimalny sposób wyraża się dźwiękowo i wizualnie oraz jak to wszystko łączy. Panowie Harrison Mills i Clayton Knight to duo producenckie, które pod nazwą Odesza, tworzy równie niesamowite rzeczy. Straszliwie kocham sposób w jaki bawią się tą obtartą, vinylową fakturą, opierając na niej swoje brzmienie. Kolejny artysta to George Daniel - perkusista i producent zespołu The 1975, produkuje również The Japanese House. Daniel ma bardzo złożony, dość psychodeliczny styl produkowania muzyki. Ma dość groteskowe podejście do tworzenia aranży, co w dziwny sposób sprawia, że serducho jeszcze bardziej płacze. Nazwisk tych jest znacznie więcej, te jednak to te, które najszybciej przyszły mi do głowy... Prawdopodobnie dlatego, że ich wpływ był największy.


Czy nadal śledzisz twórczość muzycznych mistrzów z wczesnej młodości? Co się zmieniło w Twoim nabywaniu inspiracji?


Dziś troszkę bardziej inspiruje mnie tworzenie muzyki, produkcja i brzmienie, aniżeli sama gitara. Zauważyłem, że jest to jednak pewien powtarzający się cykl, schemat. Zainteresowanie swoim instrumentem na nowo z pewnością prędzej czy później wróci - to tylko kwestia czasu. Staram się po prostu tworzyć muzykę, która mnie porusza. Która sprawi, że zatęsknię za tym tak straszliwie trudnym do opisania uczuciem. Uczuciem pewnej ucieczki, głęboko w horyzont. Wierzę, że życie to nie tylko szkoła, która przygotowuje Cię jedynie do tego, byś mógł przez najbliższe pół wieku odkładać na jak najgustowniejszą i stylową aranżację swej trumienki i nagrobka. To nie to, nie po to tu trafiliśmy. Nikt nawet nie wie, jakim cudem się tu znaleźliśmy, mało nawet kto zadaje sobie trud by próbować się nad tym zastanowić, bo przecież nie ma czasu. Ciężko jest mi w tej materii się wypowiadać, bo sam nie wiem absolutnie nic. Wierzę jednak, że jest coś, co wszystkich nas spaja, ale sami, na własną rękę musimy to odnaleźć. Nikt nie powie nam jak to zrobić, choć co gorsza wielu próbuje. Wydaje mi się, że w swojej muzyce szukam czegoś, co sprawi, że zatęsknisz i zaczniesz szukać, tworzyć i burzyć.


Jakie płyty czy wydarzenia ostatnio zwróciły Twoją uwagę?


Całkiem niedawno ukazała się nowa płyta Bonobo "Migration", która niszczy pod każdym względem. Płyta ma dość "szamański" przelot z charakterystyczną dla Bonobo dbałością o najmniejszy detal, często uzyskiwany z nagrań naturalnych instrumentów. Płyta Flume "Skin"', Tycho "Epoch", czy nowe arcydzieło Bon Iver "22, A Million" to kolejne z takich ostatnich mega inspirujących dla mnie albumów.


Andrzej Nowak twierdzi, że bez względu na wiek, każdy normalny mężczyzna jest chłopcem dopóki ma swoje zabawki i marzenia, inaczej mentalnie umiera. Porozmawiajmy o Twoich zabawkach.


Mam kilka gitar Music Mana (dwie siedmiostrunowe JP i Cutlass) plus ósemkę Washburna Parallaxe i Strandberga - również ośmiostrunowego. Jestem zachwycony MM Cutlass, którego Ernie Ball jakiś czas temu mi podesłał. To niesamowicie dynamicznie brzmiący instrument, zdecydowanie lepiej sprawdzający się w delikatnych soundach. To na nim głównie teraz gram i piszę nowy materiał. Myśle, że taki vintageowy, single-coilowy temat, to coś co bardzo chciałbym w gitarach obecnie eksplorować. Z efektów to Line 6 POD HD 500X, którego grając koncerty, wpinam w pętlę starego dobrego Randalla MTS, a brzmienie biorę bezpośrednio ze wzmacniacza. Opaczkowanie to Orange 4×12". W domu nagrywam na PC-cie, a mój główny DAW to Reaper. Jeśli chodzi o wtyczki jakie użyliśmy na nowej płycie, z instrumentów wszelakich pozagitarowych były to biblioteki Native Instruments, a oprócz tego jak wspomniałem wcześniej - masa kompletnie przypadkowych sampli wydobywanych z czeluści internetu lub nagrywanych w domu. Do gitar używałem wtyczek typu LePou, Pod Farm, Amplitube, czy Positive Grid.


Jak to się stało, że będąc już niejako ikoną JP7, gitary bardzo jednoznacznej i dość nowoczesnej, zainteresowałeś się modelem Cutlass, będącym powrotem MM do początków firmy, ale i ukłonem w stronę prostoty pierwszych gitar elektrycznych w ogóle?


Zdaje się, że coraz więcej radości znajduję w mniej przesterowanych brzmieniach, przede wszystkim ze względu na większe spektrum dynamiki. Cutlass zaś jest idealnym narzędziem do tego, by tą dynamiką lepiej władać. Nie jest to instrument, który cechuje się komfortem gry jak w przypadku JP7, ale brzmieniowo jest jedyny w swoim rodzaju. Poza tym, odkąd pamiętam, zawsze byłem fanem single-coil'owego brzmienia.


Czyli to przypadek, że Twoje potrzeby i pomysł MM tak perfekcyjnie zbiegły się w czasie?


To całkowity przypadek. Strasznie jestem ciekaw jak rozwinie się kariera Cutlass'a. A nuż doczekamy się wersji siedmiostrunowej! (śmiech)


Na swojej, wydanej w 2015 płycie solowej Wishfull Lotus Proof użyłeś również dźwięków z gitary akustycznej, co wzbudziło spore zaskoczenie ale i apetyt. Zamierzasz częściej sięgać po ten instrument?


To była imitacja akustyka z piezo Music Mana JP 7. Akustyk to instrument, z którym mam bardzo małe doświadczenie, jednak byłoby super napisać na nim trochę nowej muzyki. Zawsze jest to jakaś zmiana podejścia do pisania.


Co planujesz w najbliższym czasie?


W najbliższym czasie wspólnie z chłopakami planujemy serię prób, ponieważ w trakcie naszej polskiej trasy, zamierzamy zagrać całą nową płytę. Z racji, że materiał jest pełen detali i struktur, musimy włożyć trochę energii, by znaleźć sposób na jak najwierniejsze odwzorowanie tego na żywo. Później czeka nas wspólna miesięczna trasa z Plinim i Davidem Micicem, a po niej powrót do domu i praca nad moim solowym materiałem, który przy dobrych wiatrach uda mi się wypuścić w okolicach lata, choć z takim planowaniem nigdy nic nie wiadomo.


To bardzo dobra wiadomość. Czego możemy się spodziewać po Twojej drugiej płycie solowej?


Prawdopodobnie będzie to tym razem krótsze wydawnictwo. Nie wiem czy byłbym w stanie znów zamknąć się na rok i pracować nad pełnym albumem, zwłaszcza teraz, gdy w świecie Disperse coraz więcej ofert koncertów zaczyna się pojawiać. Jaki będzie nowy solowy materiał? Nadal ciężko powiedzieć, wszystko jest w pierwotnej jeszcze formie, która znając życie zmieni się tysiące razy. Wydaje się jednak, że zmierza to w stronę czegoś delikatniejszego, subtelniejszego.


Mamy wszyscy nadzieję, że uda Ci się utrzymać ostatnio narzucone tempo wydawania fonogramów, z każdym rozbudzasz coraz większe oczekiwania. Czy odczuwasz jakąś presję? Czy zainteresowanie Twoją twórczością mobilizuje i pobudza Cię do działania?


Z pewnością jest to bardzo miłe, gdy dostrzegasz jak ludzie doceniają to co tworzysz, czy też wyczekują niecierpliwie na nowe dźwięki. Jednak najbardziej inspirują mnie momenty, w których zapominasz o wszystkim, a sam proces tworzenia jest czysty, bez jakichkolwiek oczekiwań. Presja pojawia się często pod koniec procesu, kiedy tylko zbliża się deadline. Pamiętam, kiedy proces masteringu zacząłem w któryś z kolei czerwcowy wtorek około godziny 12.00 po południu, a skończyłem o godzinie 8.00 rano w środę, po czym wsiadłem w samochód do Krakowa, a stamtąd wspólnie z chłopakami wpakowaliśmy się do busa i jechaliśmy do Londynu, by przygotowywać się do trasy. Takie rzeczy jak praca nad płytą często trwają do ostatniej minuty (śmiech).


Co jest dla Ciebie najważniejsze w muzyce?


Bardzo lubię, gdy w muzyce przejawiane są emocje, które mnie dotykają, wzruszają, sprawiają, że chce wyjść na zewnątrz i eksplorować świat. Sprawiają, że chcę eksplorować siebie. Nadal lubię też muzyczną agresję, choć emocje, które wymieniłem na początku to coś, za czym aktualnie chcę podążać. Kiedy już udaje mi się ich dosięgnąć, chciałbym przekazywać je możliwie w jak najszczerszy sposób.


Nie jest tajemnicą, że raczej unikasz prowadzenia warsztatów muzycznych, jednocześnie w sieci chętnie dzielisz się swoją wiedzą i umiejętnościami. Czy to znak czasów czy coś innego?


Publiczne warsztaty dość mocno mnie stresują, prawdopodobnie również dlatego, że przy okazji trzeba wyrzucić z siebie parę słów. (śmiech) Jest to zdecydowanie trudniejsze, gdy jesteś w trybie tworzenia materiału, kiedy głowa często jest w innym miejscu niż być powinna, a kłopotliwe czasem staje się kupienie marchewki w warzywniaku. Ale to jest coś nad czym chcę popracować i wierzę, że z czasem uda mi się radzić z tym lepiej, bo niesamowitym jest uczucie, gdy widzisz, że możesz komuś w kwestii muzycznej czy pozamuzycznej pomóc.


Co poradzisz młodym adeptom gitary, którzy chcą na skróty opanować granie szybkie i efektowne?


Powiem, że skróty niestety prawdopodobnie nie istnieją. (śmiech) Musisz włożyć w to czas, upór i cierpliwość. Powiem też o prawdopodobieństwie, że granie szybkie i efektowne dość szybko i efektownie może zostać zastąpione przez inne środki wyrazu. Powiem też byś nie wierzył do końca w moje słowa i sam na własną rękę poszukiwał, mylił się, tworzył rzeczy dobre i mniej dobre oraz dochodził do własnych rozwiązań.


Niedługo dziesięciolecie zespołu, życzę Ci zdrowia i dobrych warunków do rozwijania i eksponowania Twojego talentu.


Wielkie dzięki za zainteresowanie. Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieje do zobaczenia, na którymś z naszych najbliższych koncertów.


SPRZĘTOLOGIA (wybór)
• Gitary: Music Man John Petrucci (2 szt.), Music Man Cutlass, Washburn Parallaxe, Strandberg
• Wzmacniacze: Randall MTS, kolumna Orange 412
• Efekty: Line6 POD HD 500

Rozmawiają Grzegorz Rybicki i Wojciech Wytrążek
Zdjęcia Kaja Sosnowska

GALERIA
Gods Of Violence Kreator

Mille Petrozza na czternastym albumie studyjnym Kreator pt. "Gods Of Violence" ogłasza: Szatan jest rzeczywistością!

Gramy dalej

8 /10
The Last Night of The Electrics Status Quo

Status Quo legendą jest i basta. Wystarczy wspomnieć, że od 1962 roku do dziś, nagrali 60 piosenek, które znalazły się na brytyjskiej liście...Gramy dalej

6 /10
Mad Season
Gatunek: Hardcore
Wastelands
Gatunek: Post-rock
Origin ocena 6
Unparalleled Universe
Gatunek: Death metal
Zobacz wszystkie