Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Ludzie / Wywiady / St. Vincent

St. Vincent

Ikona art-rocka i projektantka najbardziej niezwykłego modelu Music Mana w całej kolekcji tej kalifornijskiej marki - znana też jako Annie Clark - podbija serca fanów na całym świecie oryginalną mieszanką popu, indie, poezji śpiewanej oraz elektroniki…

Znacie to uczucie, kiedy jesteście świadkami jednego z najbardziej elektryzujących występów w waszym życiu, a potem długo nie możecie o nim zapomnieć. To właśnie wydarzyło się jakiś czas temu nam, kiedy wyruszyliśmy na spotkanie z Annie, grającą na imprezie The Green Man Festival. Jej muzyka jest tajemniczą mieszanką niezwykłych partii gitarowych nie z tego świata, z energetycznie pulsującą elektroniką, a całość sprawia wrażenie współczesnego, dźwiękowego pop-artu. Próby porównania jej muzyki do czegoś co już znamy są skazane na fiasko, choć moglibyśmy nawiązać do niektórych dźwięków Roxy Music z lat 70. czy Talking Heads. Co ciekawe, Clark występowała wraz z Davidem Byrnem z Talking Heads, tworząc z nim specyficzny duet niespokojnych duchów eksplorujących pogranicza indie-pop-rocka.

St Vincent to także nazwa jednego z najbardziej oryginalnych projektów gitarowych ostatnich lat, stworzonego przez artystkę wraz z firmą Music Man. Tak jak jej muzyka, gitara jest ciekawą mieszanką wpływów retro oraz sztuki nowoczesnej. "Dużą rolę odegrała tu inspiracja trójkątnym smokingiem Klausa Nomiego" - wyjaśnia nam Annie. I jeśli poszukacie w Google, to od razu zrozumiecie co miała na myśli…

Jak rozpoczął się proces tworzenia sygnowanej przez Ciebie gitary?


Na wiosnę 2015 rodzina Ball zaprosiła mnie na wizytę w ich fabryce, więc pojechałam tam na cały dzień, by zobaczyć jak powstają ich instrumenty i ile uwagi im poświęcają. Rozmawiałam z pracownikami - wielu z nich pracuje tam od lat i stało się już praktycznie częścią rodziny. Dla gitarzystki taka wyprawa to jak wycieczka dzieciaka do Fabryki Czekolady Willy’ego Wonka. Przekonałam się, że to są faktycznie w dużej części ręcznie robione instrumenty. Ernie Ball to nie tylko biznes budzący respekt, ale też nań zasługujący. Jest to dla mnie ważne i cenne, że robią to wszystko na miejscu, szczególnie w tych czasach kiedy tak mocno stawia się na ‘outsourcing’, a produkt może składać się z kilkunastu elementów tworzonych w różnych miejscach na świecie.

Tak więc po wycieczce usiedliśmy sobie ze Sterlingiem na chwilę pogawędki i wtedy usłyszałam: "Czemu właściwie nie zaprojektujesz swojej własnej gitary?" Momentalnie wzięłam ołówek do ręki i naszkicowałam to co przychodziło mi do głowy - możecie wierzyć lub nie, ale końcowy efekt jest bardzo bliski temu co powstało na papierze tamtego dnia. Oczywiście było kilka zmian, głównie w celu uzyskania optymalnej ergonomii. Zależało mi też na minimalnej wadze, ale bez poświęcania brzmienia. Zaskoczyło mnie, że poszło tak łatwo. Obawiałam się komplikacji, biurokracji, mnożenia problemów, projektów, podań o zgodę zarządu, a wszystko było w zasadzie tak łatwe jak oddychanie. Ernie Ball to firma zarządzana rodzinnie, bez niedorzecznie rozdętej kasty biurowej - upraszczają więc proces i dają artyście dużą swobodę. Wierzę, że dzięki połączeniu mojej wizji z ich umiejętnościami, udało się nam stworzyć naprawdę dobry instrument. A najlepszym testem dla gitary jest to, czy po nią sięgasz - komponuję już od wielu miesięcy i podświadomie sięgam tylko po tę gitarę, nie używając żadnej innej. Z instrumentami jest tak, że niektóre tylko dobrze wyglądają, inne dobrze brzmią - moja sygnatura daje mi obie te rzeczy jednocześnie.


Twoja muzyka jest bardzo zróżnicowana. Jak często zalążkiem kompozycji są partie gitarowe?


Właściwie to bardzo często. Dla mnie podstawą jest melodia, a wiele melodii, które snują się w mojej głowie ląduje potem na gryfie gitary, jest transponowana, czy przerabiana na riffy. W tej chwili mogę mówić tylko o tym co się aktualnie dzieje z moją muzyką, a tak się składa, że jest bardzo gitarowa. Moje spektrum emocjonalne na tym instrumencie uległo znacznemu rozszerzeniu.


Grasz dość dynamicznie - przesuwasz się w dół i w górę gryfu, stosując sporo efektów perkusyjnych. Czy gra w ten sposób, aby unikać typowych gitarowych grepsów i uczynić swój styl nieco mniej cliché, to świadomy wybór?


Staram się trzymać z dala od pułapek kiepsko granego bluesa. Poza tym nie opieram się na pamięci mięśni, grając to co wchodzi pod palce. Zamiast tego wychodzę od melodii, które mam w głowie, a one czasem brzmią intrygująco, ale są koszmarnie trudne do zagrania na gitarze. Kluczem jest tu słuch i serce. Jammowanie na temat riffów znanych każdemu gitarzyście na świecie to urocza zabawa, ale artystycznie od tego właśnie uciekam. W przestrzeni rozbrzmiewa już John Lee Hooker oraz Howlin’ Wolf, a ja nie czuję, abym potrzebowała wtrącać się do tej konwersacji.


Jednym z bardziej znanych członków Twojej rodziny jest genialny gitarzysta Tuck Andress. Czy miał on jakiś wpływ na Twój rozwój muzyczny?


Tuck jest moim wujkiem i bez wątpienia miał na mnie ogromy wpływ. Sama myśl o tym, że wiąże nas genetyczne pokrewieństwo i możemy dzielić w skali mikro jakieś zachowania jest dość onieśmielająca. Według mnie to muzyczny geniusz - może z łatwością sprawić, że gitara brzmi jakby grało 10 osób. To niewiarygodne jak wiele pracy i dyscypliny musiał włożyć w tę sztukę. Nigdy nie widziałam nikogo, kto grałby tak jak on. Myślę, że nie będzie przesadą nazwania Tucka Andressa ósmym cudem świata. Kiedy miałam 15 lat, Tuck i jego żona Patti zabrali mnie na trasę do Japonii. Byłam dzieciakiem z Dallas, który nagle znalazł się w Japonii w roli tour managera - tam dokładnie przekonałam się jak to jest być "koncertującym muzykiem". Zobaczyłam jak duży wpływ ich muzyka ma na publiczność i na mnie, co ostatecznie rzuciło mnie w ramiona tej nieustającej, głębokiej miłości do muzyki. Zakochałam się w muzyce i jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłam. To najlepsza rzecz w moim życiu.


Twoje koncerty także mają ogromną siłę i wpływają na ludzi - jaki jest klucz do porwania tłumów?


Zahaczamy tu o tematykę książki Davida Byrne’a pt. "Jak działa muzyka". Ten rodzaj sztuki jest ściśle powiązany z kontekstem i niektóre rodzaje muzyki sprawdzają się lepiej na dużej, otwartej przestrzeni niż inne. To jeden z aspektów. Innym jest to, że podczas koncertu muzyka przestaje być samymi dźwiękami - występ na żywo to już sztuka audiowizualna, a publiczność słyszy nie tylko uszami, ale także oczami. Dlatego też do swoich występów dodaję choreografię, która pomaga mi efektywnie prowadzić moją muzyczną narrację. Mój osobisty związek z muzyką stał się znacznie głębszy. Piosenki są dla mnie rodzajem medytacji i z doświadczenia widzę, że im częściej je wykonuję, tym głębiej w nie wchodzę. A im głębiej wchodzę, tym więcej widzę dróg wyjścia i rozwiązań, więc mam możliwość sprawić, by każdy koncert był inny i wyjątkowy. Każda scena jest inna, ale jeśli skupisz się na "tu i teraz", dokonasz tego. Poza tym, jako muzyk koncertujący, staram się sobie stawiać poprzeczkę wysoko, bo jeśli ja się staram to publiczność także daje z siebie wszystko, a wtedy efekt występu jest lepszy.


Jakiego sprzętu oprócz gitary Music Mana używasz w trasie?


Zestaw koncertowy to kompromis pomiędzy moimi sonicznymi potrzebami, a dostępnym w transporcie miejscem. Tak więc w trasę zabieram dwa efekty Eventide H9, Z.Vexa Mastotron Fuzz i Bixonica Expandora - z tego sygnał idzie prosto do wzmacniacza modelującego Kempera. W moim idealnym świecie powietrze poruszałby prawdziwy głośnik, zbierany mikrofonem. Miałam różne małe wzmacniacze, takie jak Kalamazoo, customowy TRVR, który był trochę jak Tweed z lat 50., czy Princeton z 1973 roku, na którym uwielbiałam grać. Mój techniczny, który pracował też z zespołem Nine Inch Nails, namówił mnie na Kempera i w końcu odkupiłam kilka z nich od Nailsów. Moje występy są dość techniczne i programowalne brzmienia sporo tu ułatwiają - tak więc przeważyła pragmatyczność.


Na scenie sprawiasz wrażenie osoby pasywnej i bardzo kontrolującej każdy swój ruch - skąd wziął się taki "image"?


Trasa "Digital Witness" odbywająca się na przełomie 2014 i 2015 roku była rodzajem komentarza na temat "zeitgeistu" czasu, a częścią narracji było stopniowe rozpadanie się robota. Myślę, że to się wzięło właśnie stamtąd. Poza tym ta dychotomia wydaje mi się interesująca - używanie dzikich, mocnych brzmień w sposób kontrolowany, granie ich przez rodzaj lalki, czy manekina, ale posiadającego emocjonalny rdzeń. Trzeba ludziom dostarczać sztukę w formach, które potem ewoluują i nabierają z czasem dodatkowej treści.

GALERIA
Colossus Triggerfinger

Powiadają, że lepsze jest wrogiem dobrego. Są momenty, gdy właśnie tak myślę o najnowszym albumie Triggerfinger.

Gramy dalej

7 /10
Wall of Sound Marty Friedman

Marty Friedman będzie już zawsze kojarzony z Megadeth, ale życie po tej kapeli też istnieje, czego dowodzi choćby tegoroczny album amerykańskiego...Gramy dalej

9 /10
Live at Carnegie Hall - An Acoustic Evening
Gatunek: Blues rock
How Did We Get So Dark?
Gatunek: Rock
Existential Gravity
Gatunek: Progressive metal
Zobacz wszystkie