Pewnie, że tak! Po pierwsze sam fakt, że było to nasze rodzinne miasto, był już wyjątkowy, a po drugie - studio nagraniowe należało do nas, więc nie musieliśmy się z niczym spieszyć. Kiedy już tam weszliśmy, wszystko szło własnym tempem. Zajmowaliśmy się produkcją, przeprowadzaliśmy próby, eksperymentowaliśmy z różnymi dźwiękami, nagrywaliśmy dema i miksowaliśmy je na różne sposoby. Chcieliśmy zrobić wszystko, jak należy, więc nie spieszyliśmy się. Dodatkowym plusem było to, że nie musieliśmy wszyscy przychodzić do studia każdego dnia na 10-12 godzin, tak jak to miało czasami miejsce przy okazji nagrywania poprzednich albumów. Było to bardzo kojące doświadczenie. Każdy miał czas dokładnie wsłuchać się w to, co grali inni - wcześniej nie mieliśmy takiej możliwości.